obraz

Forum Betania » Forum Ewangelizacyjne » Homilie na niedziele i święta

Forum Ewangelizacyjne · Homilie na niedziele i święta 3 lat temu

"Paś owce moje" Wydarzenie, które zadecydowało o roli św. Piotra w Kościele, rozegrało się nad brzegiem jeziora Genezaret. Kilkanaście dni po zmartwychwstaniu Szymon zalazł się na tym samym miejscu, w którym po raz pierwszy spotkał Mistrza z Nazaretu. Na tym miejscu, na którym usłyszał Jego wezwanie: „Pójdź za Mną! Odtąd ludzi będziesz łowił”. Od tego pierwszego spotkania upłynęło sporo czasu i wydarzyło się wiele. Przecież to Piotr szedł za Jezusem w Wielki Czwartek. Trzykrotnie zaparł się Go na dziedzińcu arcykapłana. Załamał się. Nie poszedł pod krzyż w Wielki Piątek. A teraz Zmartwychwstały czeka na niego na tym samym miejscu, aby naprawić to, co apostoł zepsuł w Wielki Czwartek. Trzy razy się zaparł, mówiąc: „Nie znam tego Człowieka!”.A teraz Chrystus trzy razy go pyta: „Czy ty Mnie kochasz?”. Nikomu innemu nie postawił tego pytania. „Czy ty Mnie kochasz więcej niż ci?”. A obok stali inni apostołowie, a wśród nich Jan, który nie tylko się nie zaparł, ale wędrował za Mistrzem aż na szczyt Golgoty, podtrzymując Jego Matkę. Był to bardzo trudny egzamin dla Piotra. Ale też wielkie było zadanie, które Mistrz chciał mu powierzyć. Piotr trzykrotnie odpowiadał: „Tak, Panie,Ty wiesz, że Cię kocham”. Już nie zapewniał o swej wierności jak w Wieczerniku. Teraz był pewien, że Chrystus wszystko wie, tak jak wszystko wiedział, gdy w czasie świętej uczty zapowiadał: „Zanim kurdwakroćzapieje, trzykroć się Mnie zaprzesz”. „Ty wiesz, że Cię kocham!” Gdy Jezus to usłyszał, oficjalnie i uroczyście powtórzył Piotrowi te same słowa, które wypowiedział na samym początku: „Pójdź za Mną!”. Oto ponowne powołanie Piotra. Pójdzie on za Mistrzem wiernie do końca, pamiętając o bolesnych lekcjach, które już miał za sobą. Pójdzie aż na Wzgórze Watykańskie, by świadczyć o Mistrzu i o swej miłości do Niego. Tam zobaczy pal i belkę swojego krzyża. Tam podzieli los swojego Pana. W historii Piotra jest coś z tajemnicy naszego życia. Wcześniej czy później Chrystus, powierzając nam trudne zadanie, zapyta: „Czy kochasz Mnie?”. Zaczeka na naszą odpowiedź. Trzeba być przygotowanym na ten moment. Wówczas odpowiedź będzie łatwa. To przygotowanie trwa. Czasem przez trudne życie; bywa, że również przez upadki. Jeśli jednak nieustannie doskonalimy miłość do Boga i ludzi, nawet upadki nie są w stanie jej zniszczyć. Nawet grzechy nie potrafią zniszczyć zaufania, jakim Bóg nas darzy, bo On nas kocha i czeka na nasze wyznanie miłości. W dziejach Piotra została ukazana potęga zła i ogrom słabości, z którą mamy do czynienia w Kościele. Piotrowi na początku jego misji Jezus powiedział: Musisz pamiętać, że najważniejsza jest miłość, jaką Mnie darzysz, i miłość, z jaką podejdziesz do moich owiec. „Paś”, a nie wykorzystuj, nie rań, nie nakładaj ciężarów, nie niszcz, nie gorsz! „Paś owce moje!” Nie zapomnij, że są moje! Nie twoje – moje! Nie jesteś ich właścicielem. To nie twoja owczarnia. Jesteś tylko najętym pasterzem moich owiec. Owczarnia Chrystusa to dom rodzinny. Każdej matce, każdemu ojcu Jezus stawia pytanie: „Czy kochasz Mnie?”. A jeśli usłyszy odpowiedź: „Tak, Panie”, powierza im swe owce i mówi: „Paś owce moje”. Dzieci nie są własnością rodziców. Są własnością Boga. On tylko na kilkanaście lat oddał je w ich ręce, aby troszczyli się o ich życie. Odpowiedzialność wielka. Parafia to owczarnia Jezusa, a kapłan w niej to pasterz odpowiedzialny za życie duchowe Chrystusowych owiec. Kościół to owczarnia oparta na prawie miłości pasterzy do Chrystusa i Jego owiec. O nieustanne doskonalenie tej miłości należy się modlić, i to często. ks. E. Staniek
III niedziela Adwentu „Radujcie się zawsze w Panu” – głosi dziś antyfona na wejście. Adwent, jak zresztą całe chrześcijaństwo, zaprasza nas do radości zuchwałej. To ona jest miarą nadziei. Jeśli mimo wszystko – mimo smutku, niepowodzeń, zmęczenia własnym złem i głupotą – jest w nas wewnętrzna radość, to znaczy, że trwa nadzieja. Radość z tego, co przed nami, czego jeszcze nie widać, co jedynie daje się przeczuć w ledwie widocznych znakach, powoli przeradza się w pewność: „Pan jest blisko”. W.Cz.OP Praca u podstaw Niewiele się zmieniło od czasów Jana Chrzciciela. Kryzysy nadal dręczą poszczególnych ludzi, całe społeczeństwa i narody. Nadal też trzeba podejmować wprost heroiczne wysiłki w celu ich przezwyciężania. Jan jest jednym z nielicznych specjalistów od wychodzenia z kryzysów. Przyszło mu żyć w sytuacji głębokiego kryzysu zarówno politycznego, społecznego, jak i religijnego, który objął życie narodu wybranego. Trzeba było wskazać drogę wyjścia. Jan czyni to w sposób bezbłędny. Jego zdaniem jest tylko jedna droga przezwyciężania kryzysu — droga pracy u podstaw. Nie pomogą żadne, nawet najpiękniejsze hasła, długie dyskusje, szczegółowo wypracowane programy, jeśli nie przekona się człowieka, że on sam musi być lepszy. Wszelkie kryzysy mają swe źródło w sercu człowieka. Jeśli uda się udoskonalić serce, kryzys zostanie przełamany; jeśli nie, kryzys się pogłębi. Praca u podstaw łączy się nierozerwalnie z ukazaniem gwiazdy nadziei lepszego jutra. To dla tego radośniejszego jutra człowiek może zmobilizować swe siły i stać się lepszym. Zdumiewający jest jednak fakt, że samo przygotowanie do spotkania z Mesjaszem koncentrowało się na gruntownym przeobrażeniu życia doczesnego. Czegóż to bowiem Jan wymagał? Długich modlitw? Częstszego chodzenia do świątyni? Dodatkowych składek na budowę pomników? Nie. Od urzędników domagał się uczciwości; od zbierających podatki — sprawiedliwości; od żołnierzy — unikania przemocy; od wychowawców — umiłowania prawdy; od sprawujących władzę — przestrzegania prawa moralnego; od każdego człowieka — umiejętności podzielenia się tym, co posiada, z braćmi, którym brakuje środków do życia. Jan jest wielkim realistą. Wzywa do pracy nad doskonaleniem uczciwości człowieka. Traktuje uczciwość jako najbardziej podstawowy warunek wyjścia z każdego kryzysu. Tam gdzie brakuje wartości moralnych, żaden kryzys — ani polityczny, ani społeczny, ani gospodarczy, ani religijny — nigdy nie zostanie przezwyciężony. Moralnie wartościowy człowiek spełni dobrze wszystkie swoje obowiązki, a wówczas społeczeństwo może na niego liczyć, może darzyć go swoim zaufaniem i z radością korzystać z owoców jego pracy wiedząc, że są one zawsze solidne. Jan Chrzciciel jest specjalistą od wychodzenia z kryzysów, a jego program pracy u podstaw, w historii przezwyciężania kryzysów, jawi się jako trwała wartość. Kryzys życia religijnego należy do najgłębszych i najtrudniejszych kryzysów, jakie dotykają serca człowieka. Droga, jaką wskazuje Jan, jest jedyną drogą wyjścia. To sam Bóg domaga się od człowieka pracy u podstaw. Pierwsze wezwanie łaski jest zawsze apelem o oczyszczenie serca. Jak nikt z nas nie wlewa mleka do brudnej butelki, tak Bóg nie wypełni świętością serca nieczystego. Oczyszczanie serca to właśnie praca u podstaw. Kryzysy pojawiają się wówczas, gdy serca ludzkie są tak zanieczyszczone, że w danym społeczeństwie czy narodzie nie ma w czym przechowywać wielkich wartości. Dopóki nie uporządkuje się serc, dotąd nie ma mowy o jakiejkolwiek perspektywie nowego i lepszego jutra. Za serce zaś jest odpowiedzialny każdy indywidualnie. W tym wypadku odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje. Kto zatem chce zobaczyć lepsze jutro, winien dobrze przemyśleć wskazania Jana Chrzciciela i rozpocząć pracę u podstaw — doskonalenie swego serca. Jego własna doskonałość zacznie stopniowo rzutować na doskonałość jego pracy, a ta z kolei zadecyduje o ubogaceniu społeczeństwa. Wartościowy lekarz z troską zajmie się każdym pacjentem, wartościowy nauczyciel dobrze wychowa nowe pokolenie, wartościowy budowniczy postawi dom, który będzie wymagał pierwszego remontu dopiero za lat trzydzieści. Droga wyjścia z kryzysu zostanie otwarta. Ujawnienie własnej twarzy Upłynęło kilka miesięcy ostrej dyskusji nad dwoma konkretnymi pytaniami. W jednym chodziło o prawną ochronę życia dziecka nienarodzonego, a w drugim o miejsce religii w programach szkolnych. Ponieważ pytania te posiadają charakter egzystencjalny, i w większej lub mniejszej mierze dotyczą każdego Polaka, pośrednio stały się one wezwaniem do złożenia osobistego wyznania. I oto społeczeństwo, czy to w ramach wioski lub miasta, czy w ramach Sejmu i Senatu, ze zdumieniem zobaczyło prawdziwe twarze dyskutantów. Czasami to zaskoczenie było bolesne, znacznie częściej jednak bardzo radosne i napawające nadzieją. Te dyskusje udowodniły, że sumienie wielu Polaków, mimo ciężkich doświadczeń ostatnich pięćdziesięciu lat, zachowało w większej mierze, niż powszechnie sądzono, poprawną ocenę tego co dobre i tego co złe. Jest to jedno z najradośniejszych stwierdzeń, jakie można postawić w naszej, ciągle niełatwej rzeczywistości. Ład moralny stoi u podstaw wszelkiego ładu, a więc również społecznego, politycznego i gospodarczego. Skoro zaś tak duży procent młodzieży, rodziców, lekarzy, radnych, senatorów zachował wrażliwość sumienia, to można realnie liczyć, że z nimi budowa nowego społeczeństwa jest możliwa. Takich prób, w których ujawniają się nasze własne twarze, potrzeba znacznie więcej. Stanowimy społeczeństwo, które przez wiele lat wypracowywało i doskonaliło metody chodzenia w maskach. Ukazanie własnej twarzy było niebezpieczne. Nastąpiła wielka, społeczna dezorientacja, do tego stopnia, że nawet w szerszym rodzinnym gronie nie bardzo było wiadomo, kto jest kto. Ujawnienie własnej twarzy jest zawsze czynem godnym pochwały, bez względu na to, jaka jest twarz. Ten, kto się na to decyduje, dowodzi odwagi, a ta już jest dużą wartością. Twórcze spory o dobre prawo, o właściwy profil wychowania i inne ważne instytucje społeczne są możliwe dopiero wówczas, gdy poprowadzą je ludzie z odsłoniętą twarzą. Dopiero tacy dyskutanci zajmą odważnie jedno stanowisko i potrafią go bronić lub uznać się za pokonanych, uczciwie przyznając rację stronie przeciwnej. W adwentowej scenerii, w spotkaniu ze św. Janem Chrzcicielem, pojawia się pytanie: „Kto ty jesteś?” To przy jego pomocy Jan został zmuszony do jasnego sprecyzowania, za kogo się uważa. Uchylił wszelkie podejrzenia wysuwane pod jego adresem i objawił własną twarz promieniującą tak wielkim dostojeństwem, że jego słuchacze podejrzewali, iż jest samym Mesjaszem. Tę jedną twarz zabrał do więzienia i zachował nawet po śmierci, kiedy jego głowa na misie spoczęła w ręku Herodiady. Mimo swej śmierci, dzięki tej jednej twarzy okazał się niezwykle twórczy w budowaniu nowej wspólnoty ludzi bez maski, którą gromadził wokół siebie Chrystus. Nie należy się obawiać ujawnienia własnej twarzy. Jeśli kogoś nie stać na uczynienie tego publicznie, to winien się zdecydować na to w sakramencie pokuty. To jest ta zdumiewająca instytucja w Kościele katolickim, w której chrześcijanin sprawdza, w jakiej mierze potrafi ujawnić własną twarz przed Bogiem i przed wspólnotą wierzących, którą reprezentuje kapłan. Każde podejście do spowiedzi wymaga odwagi i umożliwia przeżycie radości, iż człowieka stać na taki krok. Gdziekolwiek programowo zakłada się tworzenie społeczeństwa z ludzi chodzących w maskach, wyśmiewa się i atakuje spowiedź. Tam bowiem, gdzie ona jest praktykowana, wierni maskę traktują jako obce ciało i tęsknią za jej zrzuceniem. Wolą twarz ze skazami, ale własną, bo tylko z nią są prawdziwie szczęśliwi. ks.E.Staniek „Duch mój raduje sit; w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1, 47) „Ogromnie weselę się w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości” (Iz 61, 10). Radosny śpiew ocalonej i odbudowanej po wygnaniu Jerozolimy stosuje się do Kościoła, który raduje się i dziękuje za zbawienie, jakie przyniósł Chrystus Zbawiciel, Jego misję przedstawia proroctwo Izajasza: „Duch Pana nade mną, bo Pan... posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać razy serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę” (tamże 1). Kiedy Jezus w synagodze w Nazarecie będzie czytał te wiersze, zastosuje je do siebie samego (Łk 4, 17–27). Zaiste, tylko na Nim spełniło się całkowicie to proroctwo. Tylko Chrystus ma moc dokonania zbawienia powszechnego, które nie ogranicza się do leczenia nędzy małego narodu, lecz odnosi się do leczenia nędzy całej ludzkości, uwalniającego ją przede wszystkim z najstraszniejszej nędzy, to jest grzechu, i uczącego przemieniać cierpienie w środek do zdobycia szczęśliwości wiecznej. Błogosławieni ubodzy, uciśnieni, łaknący, prześladowani, „albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5, 10). Takie jest głębokie znaczenie zbawczego dzieła Chrystusa. Wierzący powinni stać się jego heroldami i uczynić je zrozumiałym dla braci, starając się wielkodusznie przynieść im ulgę w cierpieniach. Wówczas Narodzenie Zbawiciela nabierze znaczenia również dla tych, którzy są daleko, i przyniesie radość całemu światu. W drugim czytaniu św. Paweł przypomina właśnie posłannictwo dobroci i radości powierzone chrześcijanom: „Bracia, zawsze się radujcie... Wszystko badajcie, a co szlachetne, zachowujcie. Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1 Tes 5, 16–22). Nie tylko czynności mogą być złem, lecz także zaniedbania tylu dobrych dzieł, których nie spełnia się wskutek egoizmu, chłodu czy obojętności względem bliźniego, który jest w potrzebie. By zawsze być gotowym czynić wszystkim dobrze, trzeba żyć w łączności z Jezusem, dając się przeniknąć Jego uczuciom dobroci, miłości, miłosierdzia. Modlitwa jest punktem szczytowym tej łączności, a Apostoł mówi: „Nieustannie się módlcie” (tamże 17). Żywa wiara chrześcijanina i jego czynna dobroć względem braci to potężne środki, by dawać świadectwo Chrystusowi i szerzyć na świecie poznanie Go. Dotąd boleśnie brzmią słowa Chrzciciela: „Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie” (J 1, 26). Jezus jest pośród nas: w swoim Kościele, w Eucharystii, przez łaskę, dzięki której jest obecny i działa w ochrzczonych. Lecz świat Go nie zna, nie tylko dlatego, że zamyka oczy, lecz również dlatego, że mało jest takich, którzy życiem dają świadectwo Ewangelii, dobrocią objawiając dobroć Zbawiciela. Nawet sami wierni znają Go mało, ponieważ ich łączność z Nim jest powierzchowna, słabo zasilana modlitwą, pozbawiona serdeczności. A to dlatego, że nie umieją Go rozpoznawać tam, gdzie się ukrywa: w biednych, uciśnionych, cierpiących na ciele i na duchu. Podczas Adwentu Jan Chrzciciel ukazuje się nam jako wzór świadka Chrystusowego. Przyszedł z żywą wiarą, z surowym życiem, z bezinteresownością, z pokorą i miłością, „aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez Niego” (tamże 7). Boże, Ty widzisz, z jaku wiarą Twój lud oczekuje świąt Narodzenia Pańskiego, spraw, abyśmy przygotowali nasze serca i z radością mogli obchodzić wielką tajemnice, naszego zbawienia (Mszał Polski: kolekta). O niewysłowiona miłości tego Nauczyciela, który widząc, że woda świętych Proroków nic była żywa do lego stopnia, aby nam dała życie, wyjął z siebie i ofiarował nam Słowo wcielone, Jednorodzonego Syna. I dał Mu w ręce potęgę i moc swoją, umieścił Go w mieszkaniu naszego serca jako kamień, bez którego nie możemy żyć. A jest tak słodki, że wszelka rzecz gorzka dzięki Jego słodyczy staje się nam słodka (św. Katarzyna ze Sieny). Twoje przyjście, o nasz Zbawicielu, jest potrzebne nam, ludziom, jest nam potrzebna Twoja obecność, o Chryste. Przyjdź, boś niezmiernie łaskawy! Zamieszkaj w nas przez wiarę i oświeć naszą ślepotę. Pozostań z nami i wspomagaj naszą słabość. Stań po naszej stronie, opiekuj się nami i broń naszej ułomności. Jeśli Ty będziesz w nas, któż może nas oszukać? Jeśli Ty będziesz w nas, czego nie zdołamy uczynić w Tobie, kiedy nas umacniasz? Jeśli Ty jesteś z nami, kto przeciwko nam? Właśnie dlatego przychodzisz na świat. Przebywając w nas, ludziach, z nami i dla nas, stając po naszej stronic, chcesz oświecić nasze ciemności, pokrzepić nasze zmęczenie i oddalić od nas niebezpieczeństwo (zob. św. Bernard). o. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
IV niedziela Adwentu Podobnie jak król Dawid pragniemy zbudować Bogu świątynię. Żeby było wiadomo, gdzie jest, gdzie Go można znaleźć. Świątynię piękną i trwałą, na miarę naszych możliwości i naszego wyobrażenia o wielkości Boga. Budujemy ją z najbardziej wzniosłych pojęć, subtelnych poruszeń serca, tkamy misterne zasłony definicji. Tu będziesz, mówimy do Boga, i na chwilę czujemy się bezpiecznie. Ale Bóg się wymyka, nie może usiedzieć na miejscu. Jest wszędzie. „Z nami”. Podzielić się własnym sercem Zbliża się dzień, w którym podejdziemy do swoich bliskich i znajomych z ręką wypełnioną chlebem, by złożyć im życzenia. Dzieląc się opłatkiem, dzielimy się własnym sercem. Takie bowiem znaczenie posiada obrzęd dzielenia się wigilijnym chlebem. Warto przy tej okazji zastanowić się głębiej nad tajemnicą naszego serca. Chodzi o trzy prawdy. Pierwsza dotyczy jego podziału. Serce ludzkie posiada zdumiewającą właściwość: rośnie i doskonali się wówczas, gdy dobrowolnie się rozdaje. Im więcej się dzieli, tym bardziej wzrasta. Taka jest jego natura. W wigilijną noc wspominamy ten niepojęty gest Boga, który podzielił się z nami swoim własnym sercem, oddając w nasze ręce swego jedynego Syna. Ten zaś z kolei podzielił się z nami swoim sercem, zamieniając je w chleb i zapraszając do jedzenia: „Bierzcie i jedzcie z niego wszyscy...” Wspomnienie owej niepojętej miłości Boga wzywa nas do wyjścia w stronę drugiego człowieka z chlebem w ręku. Syn Boży od dwudziestu wieków codziennie dzieli się swoim sercem z milionami ludzi na całej ziemi i nic z Jego serca nie ubywa, wciąż jest ono pełne doskonałości. Szczęśliwy, kto przezwyciężył lęk i zdecydował się na obdarowywanie własnym sercem innych. W tym dziele już mu nikt nie przeszkodzi, odkrył bowiem najprostszą drogę do ustawicznego doskonalenia siebie samego, do prawdziwego szczęścia. Druga prawda: Każde ludzkie serce jest dobre. Każde bowiem jest dziełem samego Boga, a z Jego rąk nie może wyjść nic niedoskonałego. W wigilijny wieczór trzeba tę prawdę dostrzec. Dobre jest serce narkomana. Dobre serce posiada ojciec robiący awanturę w domu i dobre serce posiada złodziej. Dobre serce otrzymał od Boga zdrajca i dobre serce otrzymał zabójca. Każdy z nich w wigilijny wieczór winien sobie uświadomić, że otrzymał od Stwórcy serce dobre, stworzone na wzór dobrego Serca Boga. Złe czyny, jakich się dopuszczają, wynikają jedynie stąd, że swoim sercem nie chcą się dzielić z nikim. To nie serce jest złe, to egoizm uczynił z niego niejadalną i niepodzielną bryłę lodu. Wystarczy jednak, by właściciel lodowatego serca zaczął się nim dzielić z innymi, a natychmiast okaże się, że jest ono prawdziwie dobre. Jeśli pijak zechce ubogacić swym sercem innych, to nigdy nie poda im swego serca zanurzonego w alkoholu; wie bowiem, że jest ono wówczas samym nieszczęściem. Jeśli awanturujący się ojciec podejdzie do dzieci i żony z sercem w ręku, jak podchodzi się z białym opłatkiem, to jego najbliżsi zobaczą w nim kochającego tatę. Jeśli złodziej zacznie swe serce rozdawać, z łatwością odkryje, że w dawaniu jest tysiąc razy więcej szczęścia, niż w przywłaszczaniu cudzej własności. Gdy zabójca zdecyduje się na to, by własnym życiem ubogacać innych, to na pewno nie będzie ich niszczył. Serce nasze, jako dzieło Boga, jest dobre. Cóż prostszego, jak ubogacać nim innych. To jest w zasięgu możliwości każdego człowieka. Każdego stać na to, aby był dobry. Trzecia prawda: Serce trzeba dzielić mądrze. Tu tkwi trudność. Na szczęście Ewangelia podaje idealne rozwiązanie. Radzi oddać serce w ręce samego Boga. Niech On je dzieli tak jak chce, kiedy chce i komu chce. Tak uczyniła Maryja. Bóg podzielił się z Nią swoim sercem, a Ona natychmiast oddała swoje serce w Jego ręce. „Oto ja służebnica Pańska”. Odtąd Bóg obdarowywuje Jej sercem pokolenia, uszczęśliwiając miliony ludzi. Przy takim rozwiązaniu, naszego serca nikomu nie zabraknie. Pan Bóg będzie nim ubogacał wielu, a ono nie tylko nie będzie maleć, lecz będzie wzrastać. Niech tajemnica serca, odkryta w wigilijny wieczór, stanie się dla wszystkich ludzi dobrej woli kluczem otwierającym drogę do szczęścia w nowym roku. Wigilijny chleb 24 grudnia 1989 roku. Młodzi ludzie w wieku około dwudziestu lat jadą pociągiem do rodzinnych domów, by zasiąść przy wigilijnym stole. Wagon był wypełniony ich głośnymi rozmowami. Kultura słowa i zachowania bardzo niska. Prawie każde zdanie kończyło się przekleństwem. Zbliżali się do stacji, na której część towarzystwa zamierzała wysiąść. Żegnając się składali sobie świąteczne życzenia. Rozdali opłatki. Atmosfera uległa natychmiastowej zmianie. Spoważnieli, słowa życzeń były szczere i odważne. Jednemu z nich w czasie ich składania wypadło z ust ordynarne słowo, co spotkało się z natychmiastową reakcją pozostałych. „Uspokój się, przy opłatku tak mówić nie wolno”. Przeprosił. Mocne uściski dłoni, słowa pożegnania i ustalenie daty spotkania po Świętach. Obserwowałem to wydarzenie uważnie i ze wzruszeniem. Tysiąc lat Kościół w Polsce podejmuje wysiłek, by wychować społeczeństwo w szacunku do chleba. Mały epizod w wagonie w wigilijny dzień mówi, że ten trud nie idzie na marne. Ci młodzi ludzie wiedzą, że można iść na imieniny kolegi niosąc pół litra wódki i w składanych mu życzeniach zamiast przecinków i kropek stosować ordynarne słowa. Wiedzą również, że nie można tego uczynić w wigilijny wieczór z opłatkiem w ręku. Tu obowiązuje wyższy poziom kultury bycia i słowa. Nie stać ich na to, by podnieść swe codzienne życie na ten poziom, ale wiedzą, że on istnieje, a to już jest wielką wartością. Może kiedyś wchodząc w świat miłości — narzeczeńskiej, małżeńskiej, rodzinnej — zdobędą się na wysiłek podniesienia swego całego życia na ten wigilijny poziom kultury bycia. Polska należy do nielicznych krajów na świecie, którym udało się odkryć, i to w skali społecznej, ewangeliczny wymiar chleba. W wigilijny wieczór ten sam biały chleb spoczywa w domu na stole i w świątyni na ołtarzu. To z tym chlebem w ręku wszyscy Polacy — wierzący i niewierzący — podchodzą do siebie, by okazać wzajemną życzliwość i podzielić się radością swego serca. Ten zwyczaj należy do polskej kultury. Opłatek tworzy wigilijną uroczystość. Dla ludzi głęboko wierzących jest on niezwykle cennym przęsłem mostu wiodącego nie tylko do twórczego spotkania z bliskimi, lecz i do spotkania z samym Bogiem. Oto Jezus stał się chlebem, by objawić nam swoją miłość. Więcej, każdego dnia blisko czterysta tysięcy razy staje się chlebem w Eucharystycznej Ofierze. Pasterka pozwala na nowo przeżyć tę właśnie prawdę. Oto od wigilijnego stołu, od opłatka, przy którym przebaczamy sobie wyrządzone krzywdy i jednamy się jako bracia, przechodzimy do opłatka leżącego na ołtarzu, by przeżyć cud jego zamiany w Ciało Syna Bożego i przez Nie pojednać się z Ojcem Niebieskim. Dziwnie łatwo w Boże Narodzenie ludzie wierzący przerywają odpoczynek nocny i wędrują do ołtarza. Wiedzą bowiem, że uczestnicząc w kulcie Jedynego Boga, wznoszą się na najwyższy stopień kultury dostępny dla człowieka. Ubrani odświętnie, oczyszczeni w sakramencie pojednania sięgają po to jedyne i niepowtarzalne spotkanie z Bogiem. Wiemy, że nie potrafimy trzysta sześćdziesiąt pięć dni przeżyć na tym poziomie; wiemy, że w każdą niedzielę trzeba na nowo wstępować na ten stopień kultury Bożego chleba, jaki wyznacza ołtarz; wiemy, że życie polega na stopniowym podnoszeniu codzienności do tego poziomu. To właśnie ta wiedza i ta możliwość czyni życie chrześcijanina bogatym i pięknym. Radość Bożego Narodzenia to radość z otwarcia dla nas możliwości życia na najwyższym, bo Bożym, poziomie kultury ciała i ducha. Czy może być większy powód do radości? ks.E.S. „O Panie, Wodzu domu Izraela... przyjdź nas odkupić mocą Twojego ramienia” (Śpiew przed ewangelią) Liturgia słowa przedstawia dzisiaj jedno z doniosłych proroctw mesjańskich oraz jego spełnienie. Król Dawid pragnął zbudować „dom”, świątynię dla Boga. Lecz Pan oznajmia mu przez proroka Natana, że Jego wola jest inna: Bóg sam raczej pomyśli o „domu” Dawida, to znaczy o przedłużeniu jego potomstwa, bo spośród niego narodzi się Zbawiciel. „Przede Mną dom twój i twoje królestwo będzie trwać na wieki” (2 Sm 7, 16). Kilkakrotnie w ciągu historycznych wydarzeń zdawało się, że ród Dawida wygaśnie, lecz Bóg zawsze go zachował, dopóki z niego nie wziął początku „Józef, mąż Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem” (Mt 1, 16) Jemu „Pan Bóg da tron Jego ojca, Dawida. Będzie panował... na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1, 32–33). Wszystko to, co Bóg obiecał, spełniło się pomimo niesprzyjających wydarzeń historycznych, grzechów ludzkich, zbrodni i bezbożności samych potomków Dawida. Bóg jest zawsze wierny: „Zawarłem przymierze z moim wybrańcem; przysiągłem słudze memu, Dawidowi... Zachowam dla niego łaskawość swą na wieki i wierne będzie moje z nim przymierze” (Ps 89, 4. 29). Równolegle z wiernością Boga, liturgia dzisiejsza ukazuje wierność Maryi, w której spełniły się Pisma. Wszystko było przewidziane w odwiecznym planie Boga i wszystko było już przygotowane do wcielenia Słowa w łonie Dzieweczki pochodzącej z domu Dawida. Lecz w chwili, w której ten plan miał się stać faktem historycznym, „było wolą Ojca miłosierdzia, aby Wcielenie poprzedziła zgoda Tej, która przeznaczona została na Matkę” (KK 56). Św. Łukasz podaje wzniosłą rozmowę anioła z Maryją, która kończy się pokornym i bezwarunkowym poddaniem się Dziewicy: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Boże „niech się stanie”, stworzyło z niczego wszystkie rzeczy; „niech się stanic” Maryi rozpoczęło bieg odkupienia wszystkich stworzeń. Maryja jest świątynią Nowego Przymierza, bez porównania cenniejszą niż ta, którą król Dawid chciał zbudować swojemu Bogu, świątynią żywą zawierającą w sobie nie arkę świętą, lecz Syna Bożego. Maryja jest najwierniejsza, całkowicie otwarta i poddana woli Najwyższego; i właśnie dzięki Jej wierności dokonuje się tajemnica powszechnego zbawienia w Jezusie Chrystusie. Św. Paweł raduje się wobec tej wielkiej tajemnicy „dla dawnych wieków ukrytej, teraz jednak ujawnionej, a przez Pisma prorockie na rozkaz wiecznego Boga wszystkim narodom obwieszczonej” (Rz 16, 25–26). Nie była ona zastrzeżona dla zbawienia jedynie Izraela, lecz przeznaczona na zbawienie wszystkich narodów; Apostoł dodaje, że celem tego objawienia jest nakłonienie wszystkich ludzi „do posłuszeństwa wierze” (tamże). Tylko wiara czyni człowieka zdolnym przyjąć z uwielbieniem tajemnicę Boga, który stał się człowiekiem. Jego wiara powinna wzorować się na wierze Maryi, która przyjęła rzecz niepojętą — że ma stać się matką pozostając dziewicą, że będąc stworzeniem zostanie matką Syna Bożego — z „wiarą nie skażoną żadnym zwątpieniem” (KK 63). „Bogu, który jedynie jest mądry” (Rz 16, 27), należy się chwała za wielką tajemnicę zbawienia, chwalą oddana Mu „przez Jezusa Chrystusa” (tamże), pokornej zaś Dziewicy z Nazaretu, pojętnemu narzędziu w wykonaniu planu Bożego, wdzięczność każdego zbawionego w Jezusie Chrystusie. Ojcze niebieski, za zwiastowaniem anielskim Niepokalana Dziewica przyjęła Twoje odwieczne Słowo i przeniknięta światłem Ducha Świętego stała się świątynia Bożą, prosimy Cię, spraw, abyśmy za Jej przykładem pokornie wypełnili Twoją wole (Mszał Polski: kolekta na 20 grudnia). O Matko Dziewico, Ty wydasz na świat i wychowasz Dzieciątko. Lecz patrząc na tego Maleńkiego, pomyśl o Jego wielkości: Ono będzie wielkim, bo Bóg Je uwielbi przed obliczem królów i wszyscy królowie ziemscy oddadzą Mu pokłon, a narody będą Mu poddane. Niechaj więc dusza Twoja uwielbia Pana, albowiem „będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego”. Będzie wielki i wielkich rzeczy dokona w Tobie, bo jest Wszechmocny i święte jest Jego imię. A jakież imię może być świętsze od imienia Tego, który jest Synem Najwyższego? Niech i przez nas, nędzne stworzenia, będzie uwielbiony wielki Bóg, gdyż stał się małym, aby nas wielkimi uczynić. „Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany”. Panie, narodziłeś się dla nas, nie dla siebie. Ty, zrodzony z Ojca od wieków w sposób niewysłowiony, nie potrzebowałeś narodzić się z matki w czasie. Nie narodziłeś się dla aniołów, oni bowiem posiadając Cię już w Twoim majestacie nie pragnęli, abyś dla nich stał się małym. Dla nas więc narodziłeś się i nam zostałeś dany, bo tylko nam byłeś potrzebny (św. Bernard). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Narodzenie Pańskie „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką”. Noc zajaśniała blaskiem. Grudniowe noce są najdłuższe w roku. Ciemno od wczesnego popołudnia i ciemno długo jeszcze rankiem. Ciemność rodzi znużenie i chęć wycofania się ze wszystkiego. „Nie bójcie się” – mówi w dzisiejszej Ewangelii anioł budzący pasterzy – „zwiastuję wam radość wielką”. Pasterka jest Mszą przebudzenia w środku nocy. Ciemność już nie przeraża, kiedy pozwalamy rozbłysnąć nadziei. Wojciech Czwichocki OP U źródła Idąc za blaskiem betlejemskiej gwiazdy uczestniczymy w wielkiej pielgrzymce liczącej miliony ludzi, którzy dziś, w środku nocy, razem z nami przerwali spoczynek i opuścili domy. Dokąd prowadzi nas betlejemska gwiazda? Do źródła najczystszych i największych wartości, jakie są dostępne dla człowieka, do betlejemskiej groty. Uczestniczyłem dziś w kilku rozmowach, których główną nutą było narzekanie na trudną, szarą, by nie powiedzieć brudną sytuację, w jakiej przychodzi nam przeżyć obecne Święta. Równocześnie przez cały czas zastanawiałem się nad tym, że za kilka godzin spotkamy się przy ołtarzu i będziemy uczestniczyć w niezwykle pięknym, wielkim wydarzeniu. Jak te dwie rzeczywistości połączyć ze sobą? Myślę, że jest to przeżycie człowieka, który dotarł do samych źródeł Wisły i zanurzył ręce w kryształowej, czystej wodzie, stawiając pytanie: Co się stanie z tą wodą, kiedy ona dopłynie pod Wawel? Co ludzie z tą czystą i piękną wodą uczynią? Wystarczy dwieście kilometrów, aby ta czysta i piękna woda nie nadawała się nie tylko do picia, ale nawet do mycia ulicy. Ta sama woda. Chrześcijaństwo płynie przez świat dwadzieścia wieków. Jego źródłem jest betlejemska grota. Dwadzieścia wieków ta woda obmywa ludzkie serca i wydobywa z nich to, co jest brudne. Dziś przypomina wodę w Wiśle w naszym mieście. Patrząc na tę brudną wodę można załamać ręce, można zwątpić we wszystko. Wystarczy jednak podejść do źródła, aby zobaczyć, że w nim jest czysta, kryształowa woda, Woda Życia. Źródło wciąż bije i decyduje o życiu tysięcy i milionów ludzi. Betlejemska grota to źródło zbawczej Wody Życia. Dziś Kościół przyprowadza nas do tego źródła. Oto wielki gest zaufania Boga wobec człowieka, a równocześnie wspaniały gest zaufania człowieka Bogu. Oto Józef i Maryja wzór wielkiej, autentycznej miłości męża do żony i żony do męża. Oto wielka, autentyczna radość Rodziców przyjmujących narodziny Dziecka. Oto prawdziwe szczęście w skrajnym ubóstwie. Chciałbym wam dziś życzyć, aby każdy podszedł do tego źródła i zanurzył w nim swoje serce. Zaczerpnijmy z niego te wielkie wartości, które są w stanie ocalić każdego z nas i cały świat. To źródło wciąż bije, jest tak obfite, że potrafi ożywić cały świat. Stoimy przy ołtarzu. Dokonuje się tu to samo misterium betlejemskiej groty. Będziemy uczestnikami wielkiego gestu miłości Boga wobec nas. Pamiętajmy, że choćby świat pokryły ciemne chmury, w betlejemskiej grocie wciąż bije źródło zbawczej miłości Boga. Kto do niego dotrze, nie zginie, ale żył będzie na wieki. Radość wielka Święta noc Bożego Narodzenia to noc najradośniejszego orędzia, jakie kiedykolwiek usłyszała ludzkość. Posłaniec z nieba ogłosił: „Zwiastuję wam radość wielką. Dziś (...) narodził się wam Zbawiciel”. Gromadzimy się razem z milionami ludzi, którzy czuwają tej nocy, aby ponownie przeżyć głęboką treść tego orędzia: „narodził się wam Zbawiciel”. Niech ta wiadomość dotrze dziś do szpitalnych sal, do łóżka każdego chorego człowieka, do ludzi zmęczonych cierpieniem: „Narodził się wam Zbawiciel”. On jest jeden jedyny, który potrafi nadać sens cierpieniu. On jeden jedyny, który potrafi przeprowadzić człowieka przez mękę. Wystarczy w Niego uwierzyć, by ze szpitalnego łóżka słabą ręką można było dosięgnąć nieba. „Narodził się wam Zbawiciel”. Niech słuchają tych słów sieroty. Niech otrą gorzką łzę spływającą po smutnym obliczu. Niech usłyszą te słowa mieszkańcy domów dziecka, zakładów wychowawczych, dzieci cuchnących melin, wyziębłych z powodu braku miłości mieszkań: „Narodził się wam Zbawiciel” — Ojciec dla sierot. Przybył, aby budować dom dla bezdomnych, by znaleźć matkę i ojca, którzy przygarną porzucone dziecko. Przybył, aby uczynić możliwym to, co dla nas niemożliwe, aby spełnić najgłębsze pragnienie ludzkiego serca, pragnienie rodzinnej miłości. „Narodził się wam Zbawiciel”. Niech się zamienią w słuch ludzie, którzy przymierają z głodu, którym rozpacz zagląda w oczy, bo paraliżuje ich widmo niezapłaconego mieszkania, dług za gaz, światło i ogrzewanie. Ci, którzy niespokojnie spoglądają na termometr za oknem, bo dziecko nie ma wystarczająco ciepłego ubrania. „Narodził się wam Zbawiciel”. Sam ubogi i zziębnięty. Sam bezdomny, w cudzej stajni, przybył, aby przeprowadzić biednych przez pustynię ubóstwa i wprowadzić do krainy miodem i mlekiem płynącej. „Narodził się wam Zbawiciel”. Słuchajcie uważnie wszyscy samotni, w których drzwi już od miesięcy, a może i od lat, nikt nie zapukał. Oto puka On. „Narodził się wam Zbawiciel”. Stoi, puka i prosi o przyjęcie. Uleczy samotność. Otwórzcie, porządek zrobicie już razem. On nie przerazi się pustką samotności. On ją uleczy. „Narodził się wam Zbawiciel”. Niech ta wiadomość dotrze do więziennych cel. Do ludzi zniewolonych przez nałogi, do przygniecionych wyrzutami sumienia. „Narodził się wam Zbawiciel”. Nie ma takiego grzechu, by nie przebaczył, nie ma takiej winy, aby nie ułaskawił, nie ma takiej pomyłki, aby jak ojciec nie przygarnął marnotrawnego syna. Wystarczy zawierzyć, wyciągnąć do Niego rękę prosząc o przebaczenie. Wesprzeć się na Jego wszechmocy. „Zwiastuję wam radość wielką. Narodził się wam Zbawiciel”. Niech ta wiadomość dotrze do walczących. Zwaśnionych narodów, państw, ludów, sąsiadów, małżonków i rodzin. Oto Książe Pokoju, wystarczy odłożyć broń, rozluźnić zaciśniętą pięść, uścisnąć Jego dłoń. Przynosi pokój i pojednanie. „Narodził się wam Zbawiciel”. Niech to orędzie usłyszą zniewoleni przemocą polityczną, gospodarczą i społeczną. Zbawiciel wyzwala miłością. Niech to usłyszą zniewoleni przez błędne informacje w telewizji, prasie i opinii publicznej. Zbawiciel wyzwala prawdą. „Narodził się wam Zbawiciel”. Niech to usłyszą ci, którzy spoczywają w grobie, których ciało traci tożsamość i zamienia się w ziemię. „Narodził się wam Zbawiciel”. On wyprowadzi z krainy śmierci. On ubierze was w ciało nieśmiertelne. To nie jest demagogia. To nie są piękne hasła. To jest rzeczywistość. To ona nas tu zgromadziła. Mamy Zbawiciela, który wyzwala nas z wszelkich doczesnych form zniewolenia. To orędzie rozbrzmiewa dwadzieścia wieków. Błogosławiony, kto weń wierzy. Kto spotkał Chrystusa jako Wybawiciela, kto przeżył i odkrył w Nim i z Nim prawdziwy smak wolności. Jest tylko jeden jedyny warunek. To orędzie realizuje się o tyle, o ile ludzie w Niego uwierzą. Zabrakło nam wiary w Chrystusa Zbawiciela. Próba budowy życia bez Niego się nie udaje. Oto dziś ponownie trzeba odkryć, że wiara w Chrystusa jest siłą wolności, jest prawem wolności, jest krainą wolności. Składamy sobie życzenia. Życzę wam tej wolności wewnętrznej, otwartej na wieczność. Tej wolności, która od Boga pochodzi i której nie potrafi odebrać żadna siła doczesna. Życzę wam, abyście w Chrystusie odkryli swojego Zbawiciela; Tego, który daje prawdziwą wolność przerastającą wszelkie wyobrażenia i wszelkie ludzkie pragnienia wolności. Wyjdźcie dziś z Chrystusem w sercu i z wolnością, która pozwala spojrzeć w przyszłość, i z podniesionym czołem, bez obawy, że jakakolwiek trudność doczesna jest w stanie nas pokonać. „Zwiastuję wam radość wielką: narodził się wam Zbawiciel. Chrystus Pan”. ks. E. S. Narodzenie Pańskie „Zajaśniał nam dzień święty, pójdźcie, oddajcie pokłon Panu” (Lekc.) Liturgia dwóch pierwszych mszy Narodzenia Pańskiego wysławia przede wszystkim narodzenie Syna Bożego w czasie; natomiast liturgia trzeciej mszy odnosi się do Jego narodzenia odwiecznego w łonie Ojca. „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo” (J 1, 1). Bóg jako Ojciec sprawił, że Słowo istniejące zawsze, a na początku czasu będące narzędziem dzieła stworzenia, w pełni czasów „stało się ciałem i zamieszkało między nami” (tamże 14). Niesłychana i niewysłowiona tajemnica. Nie jest ona jednak mitem czy figurą, lecz udowodnioną rzeczywistością historyczną: „I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy” (tamże). Ewangelista znał Jezusa i żył z Nim, słuchał Go, dotykał i uznał w Nim odwieczne Słowo wcielone w nasze człowieczeństwo. Wielkie rzeczy przepowiedziane przez proroków odnośnie do Mesjasza, są niczym wobec rzeczywistości Boga, który stał się ciałem. Jan odsłania nieco zasłonę tajemnicy: Syn Boży przyjmując ciało stanął na równi z człowiekiem, aby go podnieść do swojej godności: „Wszystkim, którzy Go przyjęli, dał moc, aby się stali dziećmi Bożymi” (tamże 12). Jednak nie tylko to, Chrystus bowiem przyjął ciało, aby Boga uczynić dostępnym dla człowieka i dać mu Go poznać: „Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył” (tamże 18). Św. Paweł podejmuje i rozwija tę myśl: „Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg... przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1, 1–2). Prorocy przekazywali słowo Boga, lecz Jezus jest samym Słowem, Słowem Boga; Słowo, które ciałem się stało, przekłada Boga na język ludzki, objawiając przede wszystkim Jego nieskończoną miłość ku ludziom. Prorocy głosili cudowne rzeczy o miłości Boga; lecz Syn Boży wcielił tę miłość i ukazał, jak ona żyje i działa w Jego osobie. To „Niemowlę owinięte w pieluszki i leżące w żłobie” (Łk 2, 12) mówi ludziom, że Bóg miłuje ich tak, iż dał dla ich zbawienia swojego Jednorodzonego. To posłannictwo ogłoszone kiedyś pasterzom przez aniołów, ma być zaniesione dzisiaj do wszystkich ludzi — szczególnie do biednych, pokornych, wzgardzonych, uciśnionych — już nie przez aniołów, lecz przez wierzących. Na cóż bowiem przydałoby się obchodzić Narodzenie Jezusa, jeśliby chrześcijanie nie umieli głosić Go braciom własnym swoim życiem? Ten świętuje prawdziwie narodzenie Pańskie, kto przyjmuje do siebie Pana z wiarą i miłością coraz gorętszą, ten, kto pozwala Mu narodzić się i żyć we własnym sercu, aby mógł objawić się światu poprzez dobroć, łaskawość i oddanie wszystkich w Niego wierzących. Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło... albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: „Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książe Pokoju” (Izajasz 9, 1. 5). O błogosławione to narodzenie, kiedy Dziewica–Matka, za sprawą Ducha Świętego, wydała na świat nasze zbawienie, a Dziecię, Zbawiciel świata, ukazał nam boskie oblicze! Niechaj wyśpiewują wysokie nieba, śpiewajcie wszyscy aniołowie! Wszelka moc, jaka istnieje we wszechświecie, niechaj śpiewa na chwałę Bogu; niech nic milczy żaden jeżyk, a każdy głos niech się dołączy do chóru. Oto Ten, o którym wieszczowie śpiewali w dawnych wiekach, a prawdziwe pisma proroków zapowiedziały, Ten, obiecany kiedyś, ukazuje się. Niechaj Go chwalą wspólnym głosem wszystkie rzeczy! (Aurclio Prudenzio). O Boże, Ty w przedziwny sposób stworzyłeś człowieka na swoje podobieństwo i w jeszcze cudowniejszy sposób odnowiłeś jego godność przez przyjście Twojego Syna, dozwól nam uczestniczyć w Bóstwie Tego, który raczył przyjąć naszą ludzką naturę. W Nim, Chrystusie Jezusie, jaśnieje dzisiaj pełnym blaskiem tajemnicza wymiana, dzięki której zostaliśmy odkupieni: Słowo przyjęło naszą słabość, człowiek zaś śmiertelny został podniesiony do wiecznej godności i zjednoczony z Tobą, Ojcze Święty, w przedziwnej łączności, dzieląc z Tobą życie nieśmiertelne (Mszał Polski: kolekta i 3. prefacja). O słodkie Dziecię z Betlejem, spraw, abym przystąpił z gorącą duszą do tej głębokiej tajemnicy narodzenia. Udziel sercom ludzkim tego pokoju, jakiego szukają niekiedy w sposób tak bezwzględny, a przecież tylko Ty go dać możesz. Pomóż nam poznać Cię lepiej i żyć po bratersku, jak dzieci jednego Ojca, Ukaż nam swoją piękność, świętość, czystość. Wzbudź w naszym sercu miłość i wdzięczność za Twoją nieskończoną dobroć. Zjednocz nas wszystkich w miłości i daj nam Twój niebieski pokój (Jan XXIII). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki, Maryi Przez jedyne i niepowtarzalne macierzyństwo Maryi Bóg odpowiedział na odwieczną tęsknotę człowieka za oglądaniem chwały Boga i przebywaniem blisko Niego. Bogurodzica ukazuje nam „pogodne oblicze Boga” – Jezusa Chrystusa, najpierw poczętego przez wiarę w Jej sercu, a następnie w Jej łonie. Maryja, która przyjęła odwieczne Słowo, nieustannie przypomina nam, że to nasze serce jest miejscem, w którym przyjmujemy Boga lub Go odrzucamy, miejscem naszego powstawania, jak i upadku. Ks. Wojciech Skóra MIC Z Matką Księcia Pokoju W człowieku istnieje mechanizm odpowiedzialny za odporność organizmu na ataki wszystkiego, co zagraża zdrowiu człowieka. Uszkodzenie tego mechanizmu czyni człowieka kaleką i skazuje go na niechybną śmierć przy pierwszym ataku jakiejkolwiek choroby. Oto dramat ludzi chorych na AIDS. W życiu duchowym istnieje podobny mechanizm, który uruchamia rezerwę dodatkowej energii, gdy trzeba bronić się przed złem lub pokonywać poważniejsze trudności. Jeśli ten mechanizm podlega kontroli rozumu i wolnej woli, jego działanie jest twórcze. Dramat występuje w dwu wypadkach. Jego uszkodzenie lub zniszczenie, zwłaszcza przez niewłaściwe wychowanie, wypełnia człowieka ciągłym lękiem i czyni go bezradnym życiowo. Są to ludzie nie mający siły przebicia, nie zdolni do walki o swoje miejsce w świecie, noszący nieszczęście w sobie. Drugi rodzaj dramatu polega na niekontrolowanym lub niewłaściwym korzystaniu z tej energii. Ma to miejsce w chwilach wybuchu gniewu lub systematycznie podsycanej nienawiści. W tym wypadku mamy do czynienia z konfliktami, które kierują się tymi samymi prawami w skali kłótni małżeńskiej, jak i w skali wojen między narodami. Można to było obserwować na terenie rozpadającej się Jugosławii. Kiedy Bóg wyposażył człowieka w mechanizmy obronne zarówno wobec chorób, jak i zła moralnego, chciał, by zawarta w nich energia była wykorzystana wyłącznie dla dobra człowieka i całej ludzkiej rodziny. Człowiek jednak i ten dar wykorzystał dla niszczenia siebie i innych. Syn Boga przybywając na ziemię, chciał nam pomóc w powrocie do właściwego wykorzystania otrzymanych od Ojca energii. Na tym między innymi polegało Jego zbawcze dzieło. Wszedł On odważnie między wrogów panując nad sobą w sposób doskonały. Nie sięgnął po potężną moc, jaka była do Jego dyspozycji, by zniszczyć przeciwników. Chciał nam ukazać, że pokój nie polega na tym, by własną przemocą opanowywać przemoc innych. Na tym polega tajemnica wojny! Pokój polega na opanowaniu własnych sił, by promieniować miłością nawet do wrogów. Niewielkie grono ludzi przyjęło Jego zasadę pokoju. Nauka ta wolno dociera do świadomości ludzkości. Potrzebne jest bardzo bliskie spotkanie z Chrystusem, by odkryć mechanizm pokoju, jaki On przekazuje światu. Powierzchowne spotkanie z Ewangelią, nawet zanurzenie w wodzie chrztu, nie wystarcza do tego, by stać się apostołem Bożego pokoju. Stąd też nikt się nie dziwi, że wśród chrześcijan niewielu zdołało przekuć miecze na lemiesze, a włócznie na sierpy. Większość usilnie ostrzyła i ostrzy miecze wzajemnie na siebie. Polska ziemia również bywała zbroczona krwią bratobójczą. Z obu stron frontu mówiono: „Ojcze, odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”, by zamiast „Amen” wymierzyć cios, ranić, zabijać. Wielka kompromitacja ewangelicznej postawy, kompromitacja — powiedzmy jasno — dokonana przez pseudochrześcijan, którzy z Ewangelii zabierali tylko imię Chrystusa a nie Jego ducha. Pierwszy stycznia jest dniem szczególnej modlitwy o pokój w całym Kościele. Dzień ten poświęcony jest Matce Bożej. To z Nią Kościół wchodzi w nowy rok z nadzieją, że pomoże w opanowywaniu wszelkich porywów gniewu, zarówno w rodzinnych domach, jak i układach międzynarodowych. Ona, która była świadkiem gniewu wylanego na Jej Syna i nie rzekła ani słowa, wie, że walka o pokój na ziemi zawsze będzie wyglądała dokładnie tak, jak na Golgocie. Tam prawdziwe zwycięstwo należy do Jej Syna, a nie do tych, którzy przybili Go do krzyża. Tam ogień ich okrucieństwa i nienawiści został ugaszony miłością i pokojem Tego, kogo uśmiercili. Modlitwa o pokój na świecie to wspólne błaganie Boga o rozprowadzenie wody pokoju, która płynie ze źródła bijącego na Kalwarii. Wykorzystać czas Często słyszymy narzekanie na brak czasu. Tysiące ludzi ciągle się usprawiedliwia brakiem czasu na modlitwę, na zajęcie się rodziną, na opiekę nad chorymi, na odpoczynek dla siebie. Podświadomie wszyscy czujemy, że tak być nie powinno. Chodzi o zbyt wielkie sprawy — modlitwa, rodzina, bliźni, ojczyzna, własne zdrowie, a jednak krótkie oświadczenie: „nie mam czasu” w oczach własnych i cudzych usprawiedliwia brak troski o te wartości. Czy jednak takie oświadczenie usprawiedliwia w oczach Boga? A czyjaż to wina, że nie mamy czasu? Czyżby Bóg stworzył za krótki dzień? Człowiek wierzący wie, że takie ustawienie sprawy nie ma sensu. Mamy dość czasu, by wykonać, i to dokładnie, wszystko, czego oczekuje od nas Bóg. On wyznaczył zadania, On zna nasze możliwości i On daje czas. U Niego wszystko jest idealnie wyliczone co do sekundy. Jeśli nam brakuje czasu, nie jest to wina Boga tylko nasza. Jest rzeczą oczywistą, że nie potrafimy zrobić wszystkiego, co chcielibyśmy uczynić, nawet gdybyśmy pracowali dwadzieścia cztery godziny na dobę. Im więcej będziemy pracowali, tym więcej zadań będzie czekało na wykonanie. Praca to moloch, który może połknąć człowieka. Taka jest prawda o pracy. Tymczasem Bogu wcale nie chodzi o to, byśmy czynili dużo dobrego, ale o to, byśmy wykonali dobro, którego On od nas oczekuje. Gdzie jest zatem klucz do właściwego wykorzystania czasu? Dlaczego jedni czynią wiele dobra, a nigdy nie narzekają na brak czasu, inni zaś czynią niewiele, a czasu ciągle im brakuje. Odpowiedź jest stosunkowo prosta: Czas ma ten, kto kocha. Zakochani zawsze znajdą czas dla siebie, nawet w największym nawale pracy. Potrafią zorganizować spotkanie, porozmawiać, napisać list... Mąż kochający żonę zawsze znajdzie dla niej czas. Matka kochająca dzieci zawsze ma dla nich czas. Przyjaciel, mimo zajęć, zawsze zatrzyma się przy chorym przyjacielu. Pierwszym znakiem wygasającej miłości jest brak czasu dla tych, których kochamy. Miłość nigdy nie pozwoli zasypać się tysiącami doczesnych trosk, ona zawsze w pokoju i radości umie zachować właściwą hierarchię wartości. Dlaczego tylko miłość potrafi właściwie wykorzystać czas? Bo tylko ona jest w stanie przekroczyć granicę czasu i zamienić go w wieczność. Ten, kto nie kocha, nie ma czasu ani dla Boga, ani dla bliźniego, ani wbrew pozorom dla siebie. Jeżeli zaś kocha, to czas rozmnaża się w jego rękach jak chleb w rękach Jezusa, gdy karmił tysiące ludzi. Ten chleb był łamany i rozdawany ręką Wiecznej Miłości. Ludzie, którzy prawdziwie kochają, potrafią jedną godziną swego życia nakarmić wielu. Ta refleksja nad wykorzystaniem czasu jest szczególnie potrzebna na progu Nowego Roku. Jego godziny szybko będą przepływać przez nasze ręce i serca. Jakże wiele mamy do zrobienia. Jakże ambitne plany snują się po głowach ludzi młodych, silnych, zdrowych. Jak precyzyjnie zamierzają oszczędzać siły chorzy, słabi, w podeszłym wieku. Dwanaście nowych miesięcy to wielka szansa dla każdego z osobna i dla całego narodu. Warto pamiętać, że nie zabraknie nam czasu wyłącznie wówczas, gdy wykorzystamy go w duchu miłości. Ona jedna potrafi granice czasu przesuwać w wieczność. ks.E.S. Błogosławiona jesteś miedzy niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona” (Łk 1, 42) Reforma liturgiczna poświęciła Matce Bożej oktawę Bożego Narodzenia, która zbiega się z początkiem cywilnego roku. Według Ewangelii, w tym dniu nadano Jezusowi imię: „Gdy nadszedł dzień ósmy... nadano Mu imię Jezus” (Łk 2, 21). Z tematem imienia Pańskiego, wyraźnie wspomnianego w dzisiejszej Ewangelii, łączy się pierwsze czytanie, które zawiera wzruszające słowa błogosławieństwa kapłańskiego, nakazane przez samego Boga: „Tak oto macie błogosławić synom Izraela. Powiecie im: Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad Tobą, niech cię obdarzy swą łaską... Tak będą wzywać imienia mojego... a Ja im będę błogosławił” (Lb 6, 23–27). Błogosławieństwo Pana, kiedyś zastrzeżone dla narodu Izraelskiego, dzisiaj, przez pośrednictwo Jezusa, rozciąga się na wszystkie narody. To właśnie „w Jezusie Chrystusie” Bóg błogosławi każdego człowieka „wszelkim błogosławieństwem duchowym” (Ef 1, 3), jeśli ten szuka Go szczerym sercem. Bóg przez wzgląd na Jezusa „zwraca ku tobie swoje oblicze i obdarza cię pokojem” (Lb 6, 26). Nie można lepiej rozpocząć roku jak wzywając imienia Bożego, by otrzymać od Niego cenny dar pokoju. Nie można oddzielać myśli o dzieciątku „ośmiodniowym” od myśli o matce. Dlatego liturgia dzisiaj zwraca się spontanicznie do Maryi, Dziewicy-Matki, która jest obecną w sposób dyskretny wszędzie tam, gdzie jest jej Boski Syn. Kościół, patrząc na Niego, wzywa dla wszystkich wierzących Jej macierzyńskiego orędownictwa: „O Boże... daj nam doznawać orędownictwa Tej, przez którą staliśmy się godnymi otrzymać Jezusa Chrystusa. Syna Twojego, Dawcę życia”. Błogosławieństwo Boże nabiera, by się tak wyrazić, tonu macierzyńskiego: wierzący są błogosławieni w Jezusie przez orędownictwo Maryi, ponieważ tylko czystość i miłość Tej pokornej Dziewicy czynią ich „godnymi przyjąć Dawcę życia”, Jezusa, Syna Bożego. Błogosławieństwo Pana obiecane Izraelowi niech dosięgnie dzisiaj przez Jezusa i Maryję, Jego Matkę, wszystkich ludzi i przyniesie każdemu sercu łaskę i pokój. „Niech Bóg się zmiłuje nad nami, niech nam błogosławi” (Ps 67, 2). O Najłaskawszy, Ty, który dla nas narodziłeś się z Dziewicy... nic gardź tymi, których swą ręką ukształtowałeś; okaż swoją miłość ludziom, o Najmiłosierniejszy! Wysłuchaj Te, co Cię wydała na świat, Bogurodzicę orędującą za nami, i ratuj, Zbawicielu nasz, lud opuszczony (Liturgia bizantyńska). Córo zawsze Dziewico, mogłaś począć dziecię bez współudziału męża, ponieważ Ten, którego poczęłaś, ma Ojca wiecznego. Córo z rodu ziemskiego, Ty nosiłaś Stworzyciela na swych rękach macierzyńskich na sposób boski!... Prawdziwie Tyś najcenniejszą spośród całego stworzenia. Z ciebie jednej Stworzyciel wziął w dziedzictwo pierwociny naszej ludzkiej materii. Jego ciało pochodzi z Twego ciała, a Jego krew z Twojej krwi. Bóg karmił się Twoim mlekiem, a Twoje usta dotykały ust Bożych... O Niewiasto najmilsza, trzykroć szczęśliwa! „Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona”. O Niewiasto, Córko króla Dawida i Matko Boga, Króla wszechświata! boskie i żywe arcydzieło, w którym Bóg Stwórca podoba sobie i prowadzi Twego ducha zatopionego Tylko w Nim... Ty dla Niego zostałaś powołana do życia i dzięki Jego łasce, będziesz służyła powszechnemu zbawieniu, aby przez Ciebie spełnił się dawny plan Boży, to jest wcielenie Słowa i nasze ubóstwienie (św. Jan Damasceński). O Jezu, patrzę na ten nowy rok jak na czystą kartę, którą Twój Ojciec ukazuje mi i na której On sam będzie pisał, dzień po dniu, to, co postanowił według swego boskiego upodobania; lecz ja już teraz u góry tej stronicy piszę z całym zaufaniem: Domine, fac de me sicut vis; Panie, czyń ze mną to, co chcesz. Na dole zaś stawiam już moje Amen, niech tak będzie, na wszystkie rozporządzenia Twojej boskiej woli. „Tak”, o Panie, „tak” na wszystkie radości, na wszystkie cierpienia, na wszystkie łaski, na wszystkie trudy, jakie mi zgotowałeś i które będziesz mi ukazywał dzień po dniu. Spraw, aby moje Amen było wielkanocnym Amen, połączonym zawsze z Alleluja, czyli wypowiadanym z całym sercem, w radości zupełnego oddania się. Daj mi Twoją miłość i Twoją łaskę, a będę dosyć bogata (s. Karmela od Ducha Św.). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
Uroczystość Objawienia Pańskiego Świętujemy dzisiaj, bo Bóg nam się objawił. Próbujemy siebie odnaleźć w postaciach tych, którzy zostali przywołani z daleka. Możemy czuć się wybrańcami: przyciągnął nas do siebie Bóg, który pragnie dzielić z nami nasz los. Dzisiaj trzeba się tym ucieszyć i na nowo przeżyć zachwyt nad dobrocią Boga. Autentyczne przeżycie spotkania z Jezusem sprawia, że nic nie pozostaje takie samo: inną drogą, pełni Ducha, wracamy do swoich spraw. ks. J. Januszewski Szukajmy Boga Tysiące ludzi wędrowało do Jerozolimy. Jedni, aby pohandlować, bo był to ważny rynek świata. Drudzy, by posłuchać uczonych rabinów, którzy w portykach świątyni odpowiadali na trudne pytania. Można nawet było pozostać u nich podejmując systematyczne studia. Jeszcze inni wędrowali, by robić karierę, bo tam był dwór Heroda. Największe tłumy wędrowały do świątyni, aby złożyć Bogu ofiarę, aby się pomodlić. Wśród wędrujących spotykamy kilku mędrców, którzy szukają największego Skarbu. Nie interesują się tym, co jest na rynku, ani tym, co mówią uczeni, nie interesują się karierą i nie zdążają do świątyni. Oni szukają Zbawiciela. Im jest potrzebne spotkanie z Mesjaszem. Mówią o tym wyraźnie na dworze i od nich dowiaduje się o tym cała Jerozolima. Nikt jednak z nimi nie szuka. Nawet uczeni powiedzieli im: idźcie do Betlejem, może tam Go znajdziecie, ale sami nie poszli. Oni wędrują i znajdują. Tylko oni w tym wielkim gwarnym mieście, wśród setek tysięcy byli autentycznie głodni wartości religijnych. Tak jest ciągle. Świat nie potrzebuje Boga, nie jest Go głodny. Nawet ci, którzy przychodzą do świątyni, by się pomodlić, rzadko kiedy potrzebują Boga. Jednym z podstawowych warunków życia religijnego jest głód, jest pragnienie spotkania Zbawiciela. Jest mi potrzebny Bóg. Zostawiam więc na boku rynek i jego bogactwo, zostawiam na boku bibliotekę wiedzy tego świata, karierę polityczną, wszystko, nawet tłumy pielgrzymów, jest mi potrzebny Bóg. Ten głód zmusza do szukania, nie daje człowiekowi spać, wzywa do modlitwy. Szczęśliwy człowiek głodny Boga. Religijny głód niszczy źle pojętą samowystarczalność, człowiek samowystarczalny nie potrzebuje ani ludzi, ani Boga. Takich ludzi spotyka się dziś wiele. Drugim czynnikiem niszczącym głód religijny jest krótkowzroczność, liczenie się tylko z doczesnością. Ona bardzo zawodzi. W czerwcu spotkałem człowieka, który przebywał za granicą, bogaty i miał wielkie plany na najbliższe lata. W październiku miał operację na raka. Teraz już nieważne ani konto w Szwajcarii, ani samochód, ani wysoka fala, na której miał pływać. Wszystko tak szybko się zmieniło. Teraz potrzebny jest Zbawiciel. Obyśmy byli tak mądrzy, jak ci mędrcy, którzy nie zatrzymali się ani na rynku, ani na dworze Heroda, ani u rabinów, tylko wędrowali do Betlejem, by spotkać Zbawiciela. Wymowne dary Mędrcy szukali króla żydowskiego. Wyczytali godzinę jego narodzenia, badając ciała niebieskie. Babilonia był to kraj w starożytności, w którym astronomia i astrologia stały na najwyższym poziomie. Stamtąd przybyli uczeni, szukając w Jerozolimie nowo narodzonego króla. Nieśli mu królewskie dary: złoto, kadzidło i mirrę. W czterech Ewangeliach o złocie jest mowa tylko trzy razy. Ten dar przyjmuje Jezus, Jego Matka i Józef w Betlejem od mędrców. W Ewangelii Mateusza jest jeszcze dwukrotnie wzmianka o złocie. Raz jest to upomnienie skierowane przez Chrystusa do uczniów, aby nie zabiegali ani o złoto, ani o srebro. I drugi raz jest wspomniane złoto w świątyni, kiedy Chrystus krytykuje faryzeuszy uważających, że przysięga złożona na złoto w świątyni obowiązuje, a złożona na przybytek nie obowiązuje. Jezus przypomina, że przecież świątynia uświęca złoto. Łukasz, Marek i Jan nigdy nie wspominają o złocie. Drugi dar, kadzidło. Jeden jedyny raz wspomina o nim św. Mateusz. Kadzidło jest symbolem modlitwy i ofiary. I jako symbol trafia do oka, czyli działa na zmysł wzroku. Ponieważ dym unosi się w stronę nieba. Modlitwa powinna unosić się w stronę Boga. Równocześnie przez nawiązanie kontaktu z Bogiem człowiek wchodzi w inny świat. I ten inny świat symbolizuje piękna woń, kadzidło pachnie. Kadzidło pomaga w stworzeniu szczególnej atmosfery. Palenie cennego kadzidła łączy ludzi i podnosi ich ducha. Obok kadzidła na zmysł powonienia działa drogocenny olejek, ale olejek był i jest przeznaczony głównie dla ludzi, kadzidło natomiast było przeznaczone dla Boga. Mędrcy przynieśli kadzidło. Jest to jedyny dar, w którym uznają w tym małym Dziecku, jeśli nie Boga, to kapłana, bo w rękach kapłana kadzidło zyskuje swoją wartość. I to jest znamienne, że w czterech Ewangeliach tylko pogańscy mędrcy uznają w Chrystusie kapłana przynosząc Mu kadzidło. Poza tym darem w Ewangelii nie ma mowy o kadzidle. Mirra, symbol cierpienia. Mirra jest gorzka. Drugi raz jest o niej mowa, gdy wymieszano ją z winem i podano Chrystusowi na krzyżu. Wino wymieszane z mirrą to był narkotyk. Podawano ten napój, aby odurzyć skazańca. Chrystus odmówił jej przyjęcia. Chciał ból i cierpienie przyjąć z całą świadomością, chciał być szafarzem własnego cierpienia, aż do ostatniego momentu. Wielka odwaga, a równocześnie ukazanie wartości cierpienia, które człowiek może ofiarować Bogu. Po raz trzeci jest wymieniona mirra, kiedy Jan informuje, że Nikodem kupił mieszaninę mirry i aloesu, aby przygotować posłanie dla martwego już ciała Jezusa Chrystusa. Mirra po raz trzeci występuje w grobie, a więc przyjmując ciało Chrystusa, aby przechować do Jego chwalebnego zmartwychwstania. Mówię o tych trzech darach w Ewangelii dlatego, że my również przynosimy do Boga swoje złoto, czyli nasze ofiary składane na tacy, jest to dar naszej pracy, naszego trudu. Jesteśmy w tym podobni do mędrców. Przynosimy swoją modlitwę, aby ta modlitwa była nie tylko dymem wznoszącym się do nieba, ale wartością, która ubogaca serce nasze i innych. I wreszcie przynosimy swoje cierpienie, które staramy się przyjąć tak, jak i Chrystus, świadomie. O ile potrafimy je dźwigać, nie korzystajmy z uśmierzenia bólu, to jest pewien dowód dojrzałości człowieka. Jest to dar, który można złożyć Bogu, w połączeniu z cierpieniem Chrystusa. Mędrcy uznali w Jezusie króla, przynosząc złoto, uznali kapłana ofiarowując kadzidło, i uznali człowieka, który wiele wycierpi. My dziś przynosimy Chrystusowi swoje złoto, kadzidło i mirrę, uznając w Nim naszego króla, kapłana i zbawcę. ks. E. Staniek Wszystkie ludy ziemi oddadzą Ci pokłon, o Panie, i wszystkie narody będą Ci służyły (Ps 72, 11) „Ujrzeliśmy gwiazdę Jego na Wschodzie i przybyliśmy złożyć pokłon Panu”. Oto jak śpiew przed ewangelią dzisiejszej Mszy św. streszcza zachowanie się mędrców. Ujrzeć gwiazdę i udać się w drogę — to jedno i to samo. Mędrcy nie wątpili. Ich wiara była mocna, pewna, jakby z jednego bloku. Nie zawahali się wobec trudów dalekiej podróży, bo serca ich były wielkoduszne. Nie odkładali podróży na kiedy indziej, bo dusze ich były gotowe. Również i na widnokręgu każdego wierzącego zjawia się często gwiazda, a jest nią wewnętrzne natchnienie Boże, które wzywa do wielkodusznego czynu, do oderwania się, do życia w ściślejszym zjednoczeniu z Panem. Trzeba iść za tą gwiazdą z wiarą, wielkodusznością i gotowością mędrców. Wówczas na pewno poprowadzi nas ona na spotkanie z Bogiem, pozwoli znaleźć Tego, którego serce szuka ze szczerą miłością. Mędrcy nie ustali w swojej podróży, chociaż nie znali dokładnie miejsca, gdzie narodził się Jezus. Podobnie i każdy wierzący winien trwać w dobrem i w poszukiwaniu Boga nawet pośród ciemności wewnętrznych i kiedy zdaje się, że gaśnie światło oświecające jego drogę. Te ciemności można pokonać tylko gorącym duchem ogołoconej i czystej wiary, wspierającej się jedynie na Bogu. Wiem, że Bóg tego chce, że mię wzywa, i to mi wystarcza. „Wiem, komu uwierzyłem, i pewien jestem” (2 Tm 1, 12); cokolwiek dopuści na mnie lub zażąda ode mnie, nie mogę w Niego wątpić. Takie jest najlepsze usposobienie, by złączyć się z adoracją mędrców „i jak oni w skarbach swoich złożyli Panu mistyczne dary, tak również i my starajmy się wydobywać z serc własnych dary godne Boga” (św. Leon Wielki). Boże, który w dniu dzisiejszym, za przewodem gwiazdy, objawiłeś Jednorodzonego Syna swojego poganom, spraw łaskawie, abyśmy poznawszy Cię już, przez wiarę zostali doprowadzeni do oglądania twarzą w twarz blasku Twojego Majestatu (Mszał Polski: kolekta). Uznaję, o Chryste, mędrców, Twoich czcicieli za pierwociny naszego powołania i naszej wiary i z radością wysławiam początek tej błogosławionej nadziei. Od owej chwili zaczęliśmy wchodzić do wiecznego dziedzictwa; wówczas zostały nam odkryte tajemnicze słowa Pisma mówiące o Tobie, o Chryste, a prawda, której ślepota żydowska nie przyjęła, oświeciła wszystkie narody. Pragnę więc uczcić ten najświętszy dzień, w którym Ty, sprawca naszego zbawienia, dałeś się poznać. Mędrcy uczcili Cię w Dzieciątku złożonym w żłobie, ja uwielbiam Cię wszechmocnego w niebie. Jak oni w skarbach swoich ofiarowali Ci mistyczne dary, tak również i ja, Boże mój, pragnę w sercu moim znaleźć dary godne Ciebie (św. Leon Wielki). Uwielbiamy Cię, o Panie, i z mędrcami składamy Ci te bogate daty, jakie otrzymaliśmy z rąk Twoich. Z twojej ręki otrzymaliśmy złoto miłości, kadzidło z wnętrza naszego serca otwartego dla modlitwy, pobożne i słodkie rozmyślanie Twojej ręki otrzymaliśmy złoto miłości, kadzidło z wnętrza naszego serca otwartego dla modlitwy, pobożne i słodkie rozmyślanie Twojej męki i śmierci. Uznaję to, o Zbawicielu! Im więcej Ci ofiaruję, tym większym dłużnikiem się staję. Wszystkie moje zasoby są Twoimi i nie mając potrzeby raczysz przyjmować to wszystko, co Ci daję, albowiem Ty sam uprzednio mnie to dałeś i nic nie jest miłym w oczach Twoich, co nie nosi Twojego znamienia i nie pochodzi od Ciebie (J. B. Bossuet). o. Gabriel.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
Niedziela Chrztu Pańskiego Chrzest Jezusa oznacza Jego ujawnienie się przed światem, początek publicznej misji. Jest to też znak namaszczenia Duchem Świętym, które miało się stać udziałem wszystkich ochrzczonych w Jego imię. Syn Boży staje w tłumie grzeszników, solidarny z nimi, gotowy dzielić ich los. Dzięki Niemu ci sami grzesznicy mocą Ducha stają się synami i córkami Boga, podobnymi do Niego, wyzwolonymi od zła. ks.J.J. Bóg mnie kocha Obchodzimy dzisiaj Uroczystość Chrztu Chrystusa w Jordanie i przy tej okazji chciałbym przypomnieć jedną z podstawowych prawd naszej chrześcijańskiej wiary, dotyczącą chrztu świętego. Bardzo prosty obrzęd polania czy zanurzenia człowieka w wodzie z wymówieniem słów: „Ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” zawiera bogatą treść i jest najdonioślejszym wydarzeniem w naszym życiu. Był to moment, w którym Bóg oczyścił nas z grzechu pierworodnego, a równocześnie wyznał swoją miłość w odniesieniu do każdego z nas. Bóg wtedy powiedział te same słowa, które słyszymy nad brzegiem Jordanu: „Tyś jest mój Syn, w Tobie mam upodobanie”, Syn, którego kocham. W momencie chrztu św. rozpoczyna się, w miarę jak człowiek dorasta, wielka przygoda świadomego spotkania z Bogiem na płaszczyźnie miłości. Cała nasza wartość jest właśnie w tym, że Bóg nas kocha. Gdy chrzcimy dziecko niedorozwinięte, którego często wstydzą się nawet rodzice, pamiętajmy, że Bóg się go nie wstydzi, Bóg wyznaje swoją miłość do niego, i to miłość wieczną. Bóg każdego z nas kocha. To jest prawda, którą gdybyśmy potrafili przeżyć tak, by ona wstrząsnęła nami do głębi, to życie nasze uległoby całkowitej przemianie. Cóż bowiem można przeżyć piękniejszego i wspanialszego nad prawdę, że Bóg mnie kocha. Nie jestem sam, jestem otoczony wieczną miłością Boga. Bóg nigdy nie będzie się mnie wstydził, Bóg nigdy we mnie nie zwątpi. Prawdziwa miłość nie wątpi. Bóg ze swą miłością się nade mną pochyla, tą miłością otacza mnie od rana do wieczora i od wieczora do rana, tą miłością mnie prowadzi. Jest to tajemnicza miłość, często dla nas, szukających w miłości tylko przyjemności i szczęścia, niezrozumiała. Jest to twórcza miłość Boga, która prowadziła Chrystusa, Syna Jednorodzonego aż na Golgotę, nie po to, aby Go tam zostawić zmiażdżonego, ale po to, aby Go doprowadzić do chwały. Często i nas miłość Boga prowadzi przez trudne odcinki drogi, przez cierpienie, ale zawsze prowadzi do chwały. To jest chrześcijaństwo, Bóg mnie kocha, Bóg jest moim Ojcem. Napełnić serce Jan udzielał w Jordanie chrztu na odpuszczenie grzechów. Garnęły się do niego tłumy. Ludzie wyznawali swe winy, a następnie Jan zanurzał ich w wodzie. Wychodzili z niej oczyszczeni. Nie był to jednak sakrament chrztu, który ustanowił Jezus. W czasach Chrystusa mieszkańcy Palestyny mogli przyjąć dwa chrzty. Jeden z rąk Jana Chrzciciela, drugi z rąk Apostołów Jezusa. Na czym polegała różnica między jednym i drugim? Chrzest Jana można porównać do mycia naczynia. Chcąc aby ono było czyste, należy wysypać z niego zawartość, a następnie dobrze je wymyć. Otóż słuchacze Jana wyznając grzech, „wysypywali” zawartość swoich serc, a następnie wchodzili do wody, by je „wymyć”. Wychodzili na brzeg Jordanu z sercem czystym — ale pustym. Jan przygotowywał serca na wypełnienie łaską, ale nie miał mocy jej udzielania. Chrzest ustanowiony jako sakrament przez Jezusa różni się zasadniczo od chrztu Janowego. Sakrament nie tylko oczyszcza, ale i wypełnia serca samym Bogiem. Serce zostaje zanurzone równocześnie w wodzie i w Imieniu Boga — Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Od chrzcielnicy człowiek odchodzi wypełniony najcenniejszą rzeczywistością, której ziemia ani nie posiada, ani nie rodzi, samym Bogiem. Jezus podszedł do Jana prosząc o zanurzenie w wodzie. Grzechów nie wyznawał, bo ich nie miał, oczyszczenia nie potrzebował, bo był święty, ale chciał nam ukazać potrzebę tego dwustopniowego procesu. Przyjmując zewnętrzną formę chrztu od Jana, wyszedł na brzeg i został w sposób widzialny wypełniony Duchem Świętym, aby odtąd rozlewać tego Bożego Ducha na wszystkich ludzi decydujących się na oczyszczenie swego serca w sakramencie chrztu. Wielu katolików sądzi, że sakrament chrztu lub pojednania to jedynie oczyszczenie ich serca. Ci najczęściej dochodzą do wniosku, że jeśli tego serca nie wypełniają wielkimi grzechami, to nie ma po co zabiegać o jego oczyszczenie. W imię prawdy należałoby ich uznać raczej za uczniów Jana niż Chrystusa i nie dziwić się, że stronią od Kościoła. Wartość chrześcijanina nie polega na tym, że ma czyste serce, lecz na tym, że serce jest świątynią, w której mieszka Bóg. Najpiękniejsza katolicka świątynia z pustym tabernakulum jest tylko architektonicznym arcydziełem, niczym więcej. Dopiero z Eucharystią staje się budynkiem zamieszkałym przez żywego Boga, pełnym Jego obecności. Podobnie człowiek dopiero po wypełnieniu Duchem Świętym staje się chrześcijaninem w pełnym słowa znaczeniu. Trzeba tu dodać, że zawartość naszych serc wypełnionych łaską niepomiernie przewyższa wartość nas samych. Kto umie patrzeć na ochrzczonych oczami wiary, ten zupełnie inaczej ocenia ludzi. W tym spojrzeniu człowiek upośledzony, wypełniony łaską Ducha Bożego, jest miliardy razy cenniejszy niż geniusz, którego serca i umysłu łaska nie przenika. Cenniejszy bowiem jest popękany gliniany garnek wypełniony złotem, niż kryształowy wazon, ale pusty. ks.E.S. „Przyznajcie Panu, synowie Boży, przyznajcie Panu chwałę Jego imienia” (Ps 29, 1–2) Święto dzisiejsze jest także „epifanią”, to znaczy objawieniem Bóstwa Jezusa, szczególnie uroczystym ze względu na bezpośrednią interwencję nieba. Proroctwo Izajasza o „Słudze Boga”, który jest figurą Mesjasza, jest wstępem do tego. Prorok przedstawia go w imieniu Pana: „Oto mój Sługa... Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na Nim spoczął” (Iz 42, 1). To jest wielka charakterystyka Chrystusa; jest On w całym tego słowa znaczeniu „Sługą Boga”, całkowicie poświęconym na Jego chwałę i służbę. Przychodząc na świat powiedział: „Oto idę... abym spełniał wolę Twoją, Boże” (Hbr 10, 7). Jest pełen Ducha Świętego i pod Jego wpływem rozwija swoją zbawczą działalność, Bóg zaś ma w Nim upodobanie. Opis prorocki Izajasza znajduje pełne uzasadnienie historyczne w wydarzeniu ewangelicznym chrztu Jezusa. Wówczas „otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił na Niego w postaci cielesnej jako gołębica, a z nieba odezwał się glos: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie” (Łk 3, 21–22). Tego już nie mówi prorok w imieniu Boga, lecz sam Bóg, i to w sposób bardzo uroczysty. Cała Trójca Przenajświętsza bierze udział w wielkim objawieniu na brzegach Jordanu: Ojciec daje słyszeć swój głos, składając świadectwo Synowi, Syn jest ukazany w Jezusie, Duch Święty zstępuje na Niego widzialnie. Prawda, zapowiedziana przez Izajasza w sposób niejasny, rozbłysła teraz w całym swoim znaczeniu mesjańskim. Wyrażenie „mój Sługa” zastępuje inne „mój Syn umiłowany”, bardziej bezpośrednio wskazujące boską naturę Chrystusa. Duch Święty, którego Jezus posiada w pełni jako Syn Boga, ukazuje się nad Nim również w sposób widzialny; Bóg przemawia osobiście i publicznie: cały lud obecny słyszy Jego glos (tamże 21). Chrzest Jezusa jest jakby urzędowym nadaniem Mu misji Zbawiciela. Ojciec i Duch Święty potwierdzają Jego tożsamość Syna Bożego i przedstawiają Go światu, aby świat przyjął Jego posłannictwo. W ten sposób historia zbawienia dokonuje się w Chrystusie z udziałem całej Trójcy Przenajświętszej. Bardzo słusznie dzisiejsza liturgia wzywa do wychwalania Boga, że objawił się tak szczodrobliwie: „Oddajcie Panu, synowie Boży, oddajcie Panu chwałę Jego imienia, uwielbiajcie Pana ze świętą okazałością” (Psalm respons.). Wody Jordanu obmyły również Ciebie, o Jezu, na oczach tłumu, lecz tylko niewielu mogło wówczas Cię rozpoznać. Ta tajemnica niedojrzałej wiary albo obojętności ciągnie się przez wieki i jest powodem cierpienia dla tych wszystkich, co Cię kochają i co otrzymują misję, by Cię dać poznać światu. O, udziel następcom Apostołów i uczniów oraz wszystkim, którzy wywodzą swe imię od Ciebie i z Twego krzyża, aby prowadzili dalej dzieło ewangelizacji, podtrzymywali je modlitwą, cierpieniem, wewnętrzną wiernością względem Twojej woli. O Jezu, niewinny Baranku, Ty przedstawiłeś się Janowi w postaci grzesznika, pociągnij również nas do wód Jordanu. Chcemy tam iść, by wyznać nasze grzechy, oczyścić nasze dusze. I jak niebo otwarte oznajmiło głos Twojego Ojca, który miał w Tobie upodobanie, tak abyśmy my, zwyciężywszy próbę... w brzaskach Twojego zmartwychwstania, mogli usłyszeć w głębi naszej duszy ten sam głos Ojca niebieskiego, że w nas rozpoznaje swoich synów (Jan XXIII). O Jezu, Tyś święty, niewinny, bez zmazy, oddzielony od grzeszników, idziesz jak winny prosząc o chrzest na odpuszczenie grzechów! Jak wielka to tajemnica!.., Jan stanowczo odmawia udzielenia Ci chrztu pokuty... a Ty mu odpowiadasz: „Nie sprzeciwiaj się w tej chwili, bo tylko w ten sposób możemy wypełnić sprawiedliwość”. Jaka to jest sprawiedliwość? To są upokorzenia Twojego godnego uwielbiania człowieczeństwa, które oddając hołd nieskończonej świętości, stanowią pełne zadośćuczynienie za wszystkie nasze winy zaciągnięte wobec sprawiedliwości Bożej. Ty, sprawiedliwy i niewinny, zastąpiłeś całą grzeszną ludzkość... O Jezu, spraw, abym i ja upokarzał się z Tobą, uznając się za grzesznika i ponawiając wyrzeczenie się grzechu, uczynione już na chrzcie (K. Marmion: Chrystus w swoich tajemnicach 9). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
II Niedziela zwykła Kapłan Heli i św. Jan Chrzciciel, ostatni prorok Starego Przymierza, wskazują na przychodzącego Boga. Heli mocą swojej posługi rozpoznaje głos Pana i jako pierwszy uczy Samuela gotowości do słuchania Bożego słowa. Św. Jan natomiast wskazuje swym uczniom na Jezusa - Baranka Bożego. Otrzymane na chrzcie namaszczenie dało także nam udział w godności kapłańskiej i prorockiej Chrystusa, a więc uzdolniło nas do rozpoznawania przyjścia Boga i odpowiadania na Jego wezwanie. Jeśli jednak chcemy stać się sługami Słowa, niosąc Je innym, potrzebna nam jest umiejętność pozostania “w cieniu”, byśmy nie przesłaniali mocy i blasku Jezusa. ks. W. Skóra MIC „Było to około godziny dziesiątej” Syn Zebedeusza był pełen ideałów. Oczarowany postawą i nauką Jana Chrzciciela zgłosił się do niego jako uczeń. Pod jego okiem przygotował serce na spotkanie z Mesjaszem. Ten był już blisko, ale jeszcze się nie ujawnił. Syn Zebedeusza czekał na to spotkanie. Wreszcie nadszedł upragniony moment. Nad brzegiem Jordanu zjawił się Jezus z Nazaretu. Jan Chrzciciel wskazał Go jako „Baranka Bożego”. Uczeń tylko czekał na ten gest swego dotychczasowego nauczyciela. Natychmiast, jakby sprawa była już dawno omówiona, opuszcza Jana i udaje się za Jezusem. Upłynęły lata wielkich wydarzeń na palestyńskiej ziemi. Syn Zebedeusza był świadkiem zamiany wody w wino, uciszenia burzy na Jeziorze Genezaret, wyprowadzenia z grobu wskrzeszonego Łazarza. W Wieczerniku opierał swą głowę na piersiach Mistrza, był bowiem przez Niego więcej niż inni miłowany. Stanął odważnie na Golgocie, by z bliska towarzyszyć w agonii swemu Nauczycielowi i swą obecnością wspierać bolejącą Jego Matkę. W poranek Wielkiej Niedzieli pierwszy dotarł do pustego grobu a kiedy zobaczył całun i chustę z głowy Mistrza, uwierzył. Odchodził z tej ziemi jako ostatni z Dwunastu. Przed śmiercią, redagując czwartą Ewangelię, opisuje dokładnie swoje pierwsze spotkanie z Mistrzem z Nazaretu. Pamięta nawet, że „było to około godziny dziesiątej”. Z perspektywy wielu lat dostrzega wagę tej jednej godziny. Ona zadecydowała o kształcie całego jego życia. Kiedy stawiał Jezusowi pierwsze pytanie — „Nauczycielu, gdzie mieszkasz?” nie wiedział jeszcze, że zaczyna się zupełnie nowy etap w jego życiu. Niepozorne są godziny wielkich decyzji w życiu człowieka. Dopiero po latach można ocenić ich znaczenie. To jest mniej więcej tak, jak z przełożeniem zwrotnicy na torze, po którym jedzie pociąg. Kiedy to zostanie uczynione, pociąg niepostrzeżenie wjeżdża na nowy tor. Początkowo nic nie świadczy o zmianie. Tory biegną blisko siebie, ale po pewnym czasie rozchodzą się prowadząc zupełnie w innych kierunkach. Zwrotnice swego życia przekładamy sami. Bywa, że trzeba to czynić błyskawicznie. Nie zawsze wiemy, co nas czeka na nowej drodze. Dopiero życie udowodni słuszność podjętej decyzji. Kto umie odpowiadać na działanie łaski uczynkowej, ten wcześniej czy później przeżyje coś z tego, co przeżył Jan Apostoł. Decyzja wejścia na drogę wspólnego wędrowania z Chrystusem należy do najdonioślejszych decyzji, jakie człowiek może podjąć w życiu. Ten, kto to uczynił, pamięta dokładnie godzinę podjęcia decyzji, a w miarę upływu lat, jego serce śpiewa coraz głośniej pieśń wdzięczności. Młoda kobieta znalazła się w trudnej sytuacji. Wie, że jeśli chce życie wygrać — musi zmienić tor. Ten, którym podąża, prowadzi ku tragedii. Zna człowieka, który może jej pomóc. Krótka rozmowa, jedna i druga, nie rozwiązuje jeszcze niczego. Istnieje niebezpieczeństwo, że nie tylko jej nie pomoże, ale że oboje znajdą się na niebezpiecznej drodze. I oto całkiem przypadkowo spotykają się w autobusie. Niezależnie od siebie kupili bilety i siedzą obok siebie. Zaskoczenie. Trasa długa, jest czas na rozmowę. Podejmują decyzję przełożenia zwrotnicy życia tak, by życie kontynuować razem. Datę spotkania obchodzą co roku jako początek nowego etapu życia. Dokładnie też pamiętają godzinę spotkania. Od niej zostały uzależnione kształt, piękno i wartość ich obecnego szczęścia. Wejście na ewangeliczną drogę nigdy nie dokonuje się nieświadomie. Połączone jest z głęboko przeżytą decyzją. Jest ona tak mocno zapisana w sercu człowieka, że ten zawsze potrafi dokładnie określić jej godzinę. Jest to początek niezwykłej przygody pełnej zdumiewających niespodzianek, jakie Bóg przygotowuje dla tych, którzy są Mu posłuszni. Kto do mnie mówi? Samuel czuwał w przybytku. Arka Przymierza, widzialny znak obecności Boga na ziemi, była blisko. W ciszy nocnej Samuel usłyszał skierowane do niego wezwanie. Ktoś wołał go po imieniu. Był przekonany, że to kapłan Heli. Pobiegł do niego. Jeszcze nie umiał odróżnić głosu człowieka od głosu Boga. Pomógł mu w tym stary kapłan. Wiedział on, że Bóg obecny w przybytku może przemówić do człowieka. Odtąd Samuel do końca swego życia pozostanie w bezpośrednim kontakcie z Bogiem. To wielki dzień, w którym człowiek wierzący usłyszy swoje imię wypowiedziane przez Boga. Jest to wezwanie do podjęcia dialogu. Odtąd ten jeden głos wyróżnia się jakościowo wśród wszystkich głosów, jakie można usłyszeć na ziemi. Mówi do nas każde stworzenie: szum jodły, szmer strumyka, plusk fali, śpiew ptaka, grzmot pioruna, łoskot sunącej w dół lawiny. Szczególnie wiele mówią do nas ludzie. Bywa, że jesteśmy zmęczeni ich mówieniem. Czekamy na chwilę ciszy. Wśród tych milionów słów słowo Boga skierowane do nas posiada znaczenie wyjątkowe. Nikt bowiem nie ma nam do powiedzenia nic cenniejszego niż Bóg. Niewielu ludzi wierzących ma takie szczęście jak Samuel, by już we wczesnej młodości usłyszeć Boga, większość dorasta do tego całymi latami. Przeżywają tę przygodę wytrwali. W dorastaniu do spotkania z Bogiem trzeba mieć na uwadze dwa przeszkadzające głosy. Pierwszym jest głos ciała. Najgłośniej na tej ziemi woła nasze ciało. Ono też stanowi z reguły stację zagłuszającą głos samego Boga. Ciało woła o chleb, napój, ubranie, mieszkanie, rozrywkę, wygodę, przyjemność. To jest bardzo głośne wołanie. Św. Paweł ujawnia Koryntianom szczególną moc tego głosu, przestrzegając, że „ciało nie jest dla rozpusty, ale dla Pana, a Pan dla ciała /..../. Ciało jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest /.../, chwalcie więc Boga w waszym ciele!” Wezwanie to przypomina, że człowiek nawet ciałem może wielbić Boga, o ile tylko dostosuje je do Jego prawa. Drugi głos pochodzi od świata. Ten ma nam do zaofiarowania tysiące swoich wartości. Usiłuje je reklamować możliwie głośno. Świat posiada wiele rozgłośni o wielkim zasięgu, z których przekazuje swoje wezwanie. W praktyce głos świata najczęściej potęguje głos ciała. Ten duet jest w stanie odwrócić uwagę człowieka od Boga. Jeśli się to uda, delikatny głos Stwórcy nie dociera do człowieka przez całe lata. Mądrość polega na rozróżnieniu głosu ciała i świata od głosu Boga. Ten, kto nastawi swe serce na jego odbiór, wchodzi w bardzo żywy i ubogacający kontakt z samym Stwórcą. Tak się stało z uczniami Jezusa, którzy odpowiedzieli na Jego wezwanie. Dziś wielu ludzi lubi słuchać głosu ciała i głosu świata, nie zabiegając zupełnie o usłyszenie głosu Boga. Jest to smutny znak upadku moralnego i religijnego współczesnego pokolenia. Wszelka bowiem kultura ducha oparta jest zawsze na kontakcie z Bogiem, na umiejętności słuchania Jego głosu. ks.E.S. „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3, 10) Chrześcijanin, podobnie jak miody Samuel, o którym mówi Biblia, powinien być zawsze gotowy na wezwanie Boga. Prawda, że nie zawsze jest łatwo rozpoznać głos Pana. Samuel rozpoznał Go dopiero wówczas, gdy oświecił go kapłan Heli, do którego się zwrócił i który pouczył go, jak się ma zachować: „Gdyby cię ktoś wołał, odpowiedz: «Mów, Panie, bo sługa Twój słucha»” (1 Sm 3, 9). Również kiedy Bóg wzywa niektórych ludzi bezpośrednio, chce, aby oni, dla otrzymania daru rozumienia Jego wezwań, zwrócili się do Kościoła, gdyż do niego należy rozpoznawać i wyjaśniać natchnienia Boże. Zakładając to, zasadniczym usposobieniem do przyjęcia wezwania Bożego jest gotowość i uległość oraz pragnienie, by poznać Pana i okazać Mu posłuszeństwo. Ewangelia podaje tego typu przykład w powołaniu Jana i Andrzeja. Bóg nie powołał ich wprost, lecz przez pośrednictwo Chrzciciela, ich mistrza. Pewnego dnia usłyszeli, jak mówił o Jezusie: „Oto Baranek Boży” (J 1, 36). W tych słowach usłyszeli zapowiedź Mesjasza tak bardzo wyczekiwanego i natychmiast poszli za Nim. Pragną Go poznać, dowiedzieć się, gdzie mieszka, idą z Nim: „i tego dnia pozostali u Niego” (tamże 39). Uderza prawość i bezinteresowność Chrzciciela, który nie troszczy się o zjednanie zwolenników dla siebie. Głosi tylko Mesjasza i kieruje uczniów do Niego. Pozostaje całkowicie wierny swojemu posłannictwu „głosu przygotowującego drogi Pańskie” (tamże 23), a następnie znika w milczeniu. Uderza również pośpiech, z jakim Jan i Andrzej opuszczają dawnego mistrza i idą za Jezusem. Dowiedzieli się, że to Mesjasz. To wystarcza, aby poszli za Nim i starali się pociągnąć innych, jak to uczynił natychmiast Andrzej przywołując brata Szymona. Każdy chrześcijanin jest wezwany — odpowiednio do swojego stanu — do naśladowania Chrystusa, do świętości, do apostolstwa. „Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa?” (1 Kor 6, 15). Chrześcijanin, dzięki swojej przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa, powinien być świętym i naśladowcą Chrystusa. Zarówno członek skalany, jak i nieświęty ubliża głowie i szkodzi całemu ciału. Natomiast członek święty czci Chrystusa, pomaga do uświęcenia ciała i współpracuje z samym Chrystusem nad zbawieniem braci. Jak bardzo jesteś dobry, mój Panie Jezu, iż raczyłeś się nazwać Barankiem Bożym, co znaczy, że jesteś żertwą jak baranek i cichy jak baranek... i że należysz do Boga, to jest, że wszystko, co czynisz, czynisz dla Boga! I my również, za Twoim przykładem, jesteśmy żertwą, o umiłowany Jezu, żertwą dla Twojej miłości, całopaleniem płonącym na Twoją cześć, przez umartwienie, modlitwę, wyniszczając się przez całkowite wyrzeczenie siebie samych, tylko z miłości ku Tobie, zapominając o sobie i poświęcając Ci wszystkie nasze chwile i nie szczędząc wysiłków, aby stać się jak najbardziej miłymi Tobie... Powinniśmy stać się „ofiarami na zbawienie wielu”, jak Ty. Powinniśmy łączyć nasze modlitwy i cierpienia nasze z Twoimi, dla uświęcenia dusz, oddając się bez reszty, za Twoim przykładem, umartwieniu, aby pomagać Ci skutecznie w dziele Odkupienia. Cierpienie przecież jest warunkiem sine qua non, aby czynić dobrze bliźniemu: „Jeśli ziarno nie obumrze, nie przyniesie owocu”... Jezu, oto pierwsze słowo, jakie skierowałeś do uczniów: „Przyjdźcie i zobaczcie”, to znaczy: „chodźcie i patrzcie”, czyli: naśladujcie i rozważajcie... Ostatnie zaś: „Pójdź za Mną”... — jak delikatne, słodkie, zbawienne, pełne miłości jest to słowo! „Pójdź za Mną”, czyli „Naśladuj Mnie”!... Cóż słodszego może usłyszeć ten, kto miłuje? Cóż może być bardziej zbawiennego, skoro naśladowanie tak ściśle łączy się z miłością? (Ch. de Foucauld). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
IV Niedziela zwykła W Starym Testamencie lud Izraela lękał się słuchać Boga na Horebie, dlatego Bóg powołał proroków, aby głosili Jego słowo. W Nowym zaś On sam przemawia do ludzkich serc przez swego Syna; wcielone Słowo. Jest to nowa nauka z mocą, głoszona przez Tego, który ma władzę, niosąca światło wolność uwięzionym w niewoli grzechu. Otwórzmy dziś na nią nasze serca, abyśmy mogli doświadczyć zbawienia od zła oraz nowego życia w wolności dzieci Bożych. ks.J.A. Wiem, kim jesteś Św. Marek pisząc swoją Ewangelię pragnie wezwać czytelnika do szukania odpowiedzi na pytanie: Kim jest Jezus Chrystus? Już w pierwszym rozdziale pytanie to wraca kilkakrotnie. Oto Jan Chrzciciel wypowiada tajemnicze słowa: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów”. Chodzi mu o wzbudzenie zainteresowania, o to, by słuchacze bacznie obserwowali i wyczekiwali tajemniczego Chrzciciela, który zamiast w wodzie będzie zanurzał ludzi w Duchu Świętym. Jeszcze bardziej zmusza do zastanowienia nad tajemnicą Jezusa wypowiedź samego Boga, który po chrzcie Chrystusa w Jordanie kieruje do Niego słowa: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Jak długa historia świata do nikogo Bóg nie przemówił w ten sposób. Kimże zatem jest Ten, na którego zstępuje Duch Święty, a Bóg zwie Go umiłowanym Synem? Trzecia scena, którą Marek zestawia z poprzednimi, ma miejsce w synagodze w Kafarnaum. Słuchacze są zdumieni mocą, z jaką przemawia Jezus. „Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Kulminacyjnym jednak punktem jest spotkanie z człowiekiem opętanym przez ducha złego. Do powyższych wypowiedzi Jana Chrzciciela i samego Boga dochodzi teraz trzecia. Składa ją przedstawiciel świata duchów złych, który wyznaje: „Wiem, kto jesteś: Święty Boży”. Jest to prawie że odruchowa reakcja na bliskie spotkanie świata zła z czystym Bożym dobrem. W takim spotkaniu zło czuje się zagrożone. „Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić”. Zło jest jak cień. On znika gdy pojawia się światło. „Przyszedłeś nas zgubić” oto płacz zła, płacz ciemności z powodu nadchodzącego światła. Umiłowany Syn Boga przychodzi na ziemię, by usunąć ciemności. Wszystko, na co padnie Jego światło, zamienia się w światło. Jak księżyc, który nie jest źródłem światła, świeci jednak, gdy zostanie oświecony przez słońce, tak wszystko, co zwróci się do Boga, odbija w swoim wnętrzu Jego światło, stając się światłością dla otoczenia. Zło jednak nie chce być oświecone, bo pod wpływem światła ono samo znika, ujawnia się w nim tylko to, co od Boga pochodzi, a więc to, co jest dobre, to, za czym się ukrywa. Jak cień ukrywa się za czymś, co przysłania światło, tak zło ukrywa się za dobrem, którego nie chce odnieść do Boga. Gdyby się zgodziło na odsłonięcie, okazałoby się, że wszystko, co posiada i czym się posługuje, otrzymało od Stwórcy. Scena z synagogi w Kafarnaum jest wielką przestrogą pod adresem tych, którzy w swojej wierze przeceniają rozum, a nie doceniają woli. Nie wystarczy teoretyczne poznanie, kim jest Jezus Chrystus. Nie wystarczy nawet publiczne wyznanie, że jest to „Święty Boży”. Można wówczas usłyszeć odpowiedź: „Milcz i idź precz!” Wiara to nie teoria, lecz całkowite zaangażowanie się po stronie Chrystusa. To zgoda na życie w światłości Boga. Tego zły duch nie chciał uczynić, wolał przed Świętym Bożym uciekać. Miał rację Jan Chrzciciel, gdy mówił: „Idzie za mną mocniejszy ode mnie”. Dobro jest mocniejsze od zła. Słowo Jezusa nie jest wykładem pięknej teorii o szczęśliwym życiu, lecz jest słowem mocy potężnego światła, które usuwa wszelką ciemność. Słusznie świadkowie wydarzeń z synagogi w Kafarnaum stawiali pytanie: Kim jest ten, który „duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne?” Kim jest ten, przed którym zło ustępuje? Słuchając w najbliższym roku prawie w każdą niedzielę Ewangelii św. Marka, trzeba mieć na uwadze to zasadnicze pytanie, jakie nurtuje ewangelistę: „Kim jest Chrystus?” Nie chodzi przy tym o teoretyczne rozważania na ten temat, lecz o egzystencjalne opowiedzenie się po stronie Chrystusa, który przybył potęgą swego światła wypełnić całą ziemię. Klucze do mieszkania Boga Izraelici pod Synajem głęboko przeżyli spotkanie z Bogiem. Mojżesz rozmawiał z Nim twarzą w twarz na szczycie góry, oni dostrzegli dymiący masyw Synaju oraz słyszeli padające gromy. To wówczas zwrócili się do Mojżesza ze słowami: „Mów ty z nami, a będziemy cię słuchać! Ale Bóg niech nie przemawia do nas, abyśmy nie pomarli!”. Woleli porozumiewać się z Bogiem przez pośrednika. Stwórca wysłuchał ich prośby i zsyłał im proroków. Zapowiedział też nadejście proroka większego niż Mojżesz. Gdy czas się wypełnił i prorok ten narodził się w Izraelu, postanowił usunąć ową przepaść i doprowadzić wierzących do bezpośredniego spotkania z Bogiem. Jezus też rozmawiał z Bogiem, jako swoim Ojcem, bardzo często. Te spotkania miały charakter spotkań rodzinnych. Modlitwa Jezusa była rozmową Syna z Ojcem. Obserwowali to uczniowie i prosili, by i ich nauczył tej modlitwy. Jezus dokonał tego na bardzo prostej zasadzie. Podał nam klucze od swego rodzinnego domu i w ten sposób umożliwił wejście do Ojca o każdej porze dnia i nocy. Na tym polega tajemnica ewangelicznie rozumianej modlitwy. Chrześcijanin to człowiek, który odkrywa, że w jego dłoni spoczywa klucz do mieszkania Boga. Wielu sądzi, że pacierz jest trudnym, nudnym i męczącym obowiązkiem. Tłumaczymy się, że w wielości zajęć niepodobna znaleźć czas na modlitwę. Mamy pretensje do Boga, że wymaga od nas codziennego pacierza. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Bóg jako kochający Ojciec całkowicie nam zaufał i zostawił w naszej ręce klucze do swego mieszkania. Wychodzimy w świat, podobnie jak rano wychodzimy z domu, by załatwiać sprawy. Ojciec czeka i jest gotów przyjąć nas u siebie tak często, jak często nam na tym spotkaniu zależy. Kochające dziecko z radością wraca do domu, by spotkać się z rodzicami. Ono za nic nie przeciągnie pobytu poza domem. Ono najlepiej się czuje z ojcem i matką. Bóg nie chce mieć żadnych pośredników. Chce osobiście do nas przemawiać. Chce spotkać się z nami sam na sam. Szczęśliwy człowiek, który przynajmniej raz w ciągu dnia zaglądnie do Ojca; który spieszy, by otworzyć drzwi Jego domu i pogawędzić o tym, co niesie dzień, co słychać w świecie, czym jest zajęty, jakie są dalsze jego plany. Ojciec uważnie słucha i bardzo konkretnie odpowiada. Jego uwagi są zawsze nastawione na najlepsze rozwiązania. Spotkanie staje się najważniejszym wydarzeniem w ciągu dnia i decyduje o całym jego bogactwie. Ten, kto umie się modlić, jest podobny do człowieka, który ma mądrego przyjaciela i zawsze może wejść w progi jego domu, by podzielić się swoim życiem. Spotkanie z Bogiem jest jeszcze bliższe. Rzadko kiedy przyjaciel daje przyjacielowi klucze do swego mieszkania. Raczej jest gotów otworzyć na każde pukanie. Bóg dał klucze w nasze ręce. Jest naszym Ojcem i uważa, że do tych kluczy mamy prawo. „Ojcze nasz” to taki klucz. Jak często go używam? Kiedy ostatni raz spokojnie porozmawiałem z Bogiem jako Ojcem? ks.E.S Panie, obym usłyszał glos Twój, a nie zatwardzał serca swego (Ps 95, 7–8) „Pan, twój Bóg, wzbudzi ci proroka, podobnego do mnie... Jego będziecie słuchać!... I włożę w jego usta moje słowa, będzie im mówił wszystko, co rozkażę” (Pwt 18, 15. 18). Tak Bóg obiecał Mojżeszowi. Istotnie nastąpiła nieprzerwana seria proroków, posłanych, aby głosili słowo Boże, zakończył ją zaś Ten, który nie jest tylko jednym z proroków, lecz Prorokiem: Chrystus Jezus. On nie tylko ma w ustach słowa Boga, lecz sam jest Jego Słowem wcielonym. On objawia Boga „przez sam fakt obecności swojej i ukazanie się” (KO 4), przez całe życie i dzieła. Ludziom przekazuje wszystko, co Mu rozkazał Ojciec, wszystko, co słyszał od Ojca (J 15, 15). Św. Marek opowiada, że kiedy Jezus wszedł do synagogi w Kafarnaum i „nauczał”, wszyscy Jego słuchacze „zdumiewali się... uczył ich bowiem, jak ten, który ma władzę”. Nawet duch nieczysty, który opętał pewnego biedaka, zauważa Go i, krzycząc głośno, chce zmusić Jezusa do milczenia. Nie może jednak nie uznać w Nim „Świętego Bożego”. Następnie, kiedy Pan wyrzucając szatana uwalnia opętanego, zdumienie obecnych zmienia się w lęk. „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne” (Mk 1, 21–28). Jezus bowiem naucza nowej nauki: pomyślmy choćby o błogosławieństwach, o przykazaniu miłości, o radach ewangelicznych. Ma też nową władzę: wyrzuca szatanów prostym rozkazem z natychmiastowym skutkiem, nie uciekając się do odmawiania egzorcyzmów. Jest On nowym Człowiekiem, który odnawia świat właśnie dlatego, że jest Człowiekiem–Bogiem. W Nim objawienie i zjednoczenie Boga z ludźmi osiąga szczyt. Ta nowość i pełnia daru Bożego wymaga ze strony człowieka nowej i pełnej odpowiedzi. Jak można odmówić Bogu, który tak oddał się ludziom, prawa pierwszeństwa we własnym sercu i życiu? To jest niezaprzeczalny obowiązek wszystkich wierzących. Istnieją jednak w nim rozmaite stopnie. Św. Paweł zauważa, że małżonkowie, zajęci obowiązkami rodzinnymi, nie mogą oddać się służbie Bożej ze swobodą osób poświęconych Bogu. Wychwala i doradza dziewictwo pozwalające zajmować się sprawami Pana z sercem niepodzielonym i prowadzące do Niego „bez rozterki” (l Kor 7, 34). Dziewictwo poświęcone jest typową formą tej nowej odpowiedzi, jaką powinni dać Bogu naśladowcy Chrystusa, wszystkim wierzącym zaś przypomina, że Bogu należy się zawsze pierwsze miejsce. Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiałeś niegdyś, o Boże, do ojców naszych przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówiłeś do nas przez Syna, Twoje Słowo. W Nim stworzyłeś niebiosa, a przez tchnienie ust Jego wszystkie ich zastępy (Ps 33, 6). Mówiąc przez swojego Syna, okazałeś nam jasno, jak bardzo nas umiłowałeś. Nie oszczędziłeś swojego Syna, lecz wydałeś za nas wszystkich Tego, który nas umiłował i samego siebie za nas złożył w ofierze. To jest Twoje Słowo, o Panie, Słowo wszechmocne, które do nas skierowałeś. Ono, gdy głęboka cisza zalegała wszystko — głęboka cisza błędu — zstąpiło z królewskiej stolicy, by zwalczyć z całą mocą ciemności grzechu i dać nam miłość. We wszystkim, co uczynił, we wszystkim, co powiedział na ziemi, nawet przez wzgardę, jaką wycierpiał, przez oplwanie i spoliczkowanie, przez krzyż i pogrzeb, chciałeś do nas mówić w swoim Synu, by wskrzesić i obudzić swoją miłością naszą miłość ku Tobie (Guglielmo de St–Thierry). o.G.
Podoba się : Administrator, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
V Niedziela zwykła Świat naznaczony jest chorobami, wypadkami, tragicznymi splotami wydarzeń. Nawet wiara nie zdoła uchronić nas przed doświadczeniem poważnych kryzysów. Jednak nam, którzyśmy usłyszeli Dobrą Nowinę i przyjęli jej moc, dane jest światło nadziei płynącej ze zmartwychwstania Chrystusa. To światło jest wszystkim niezbędne do życia, dlatego świadomi rozmiarów ludzkiego bólu i rozpaczy, jako chrześcijanie stawajmy się szafarzami nadziei, która podnosi i leczy złamanych na duchu. W.J.OP Rzeka łez Na ziemi jest wiele źródeł drogocennej wody. Gdyby wyschły, życie na ziemi dość szybko uległoby zniszczeniu. Źródła dają wodę słodką potrzebną do życia na lądzie stałym. Człowiek odruchowo zaczyna dziękować Stwórcy za ten zdumiewający cud natury, sekunda po sekundzie ubogacający ziemię. Źródło dające wodę życia zbliża do Boga. Inaczej jest, gdy stajemy przy człowieku, który płacze. Jego cierpiące serce jest źródłem łez, które wypływają przez oczy. Płaczących na ziemi jest tak wielu, że gdyby ich łzy połączyć, popłynęłaby wielka rzeka. To źródło rzadko zbliża do Boga, ono znacznie częściej oddala od Niego. Ono rodzi pytanie: Czy ten świat w ogóle jest dziełem Boga, skoro w nim, pokolenie po pokoleniu, płynie rzeka ludzkich łez? Czy Dobry Bóg mógł zgodzić się na taką rzekę? Właśnie nad brzegiem tej rzeki została napisana jedna z najbardziej wstrząsających Ksiąg Starego Testamentu — Księga Joba. To w niej autor rzuca w stronę Boga pytania pełne bólu i buntu. Mocuje się z nimi i często przyznaje, iż jest bezradny. Każdy, kto stanął nad rzeką łez lub usiłował wysuszyć jej źródła, czyli uspokoić serce płaczące, z łatwością odnajduje się w przeżyciach bohaterów Księgi Joba. Znał tę Księgę również Jezus, Syn Boga, który przybył na ziemię z krainy wolnej od łez. Stanął nad naszą rzeką łez i długo rozmawiał z Ojcem na temat sensu jej istnienia. Otarł łzy kilkudziesięciu, może kilkuset osób usuwając swą cudowną mocą ich nieszczęście. Wiedział jednak, że celem Jego przyjścia na ziemię bynajmniej nie było osuszenie wszystkich źródeł łez i zlikwidowanie tej strasznej rzeki, która zda się dowodzić, że to nie Dobry Bóg jest stwórcą ludzkiej rodziny. Sam zapłakał i powiększył wody tej rzeki o swoje łzy. Trudno przypuszczać, by nie płakał jako niemowlę, które płaczem sygnalizuje swe potrzeby. Ewangeliści zanotowali, że płakał razem z Marią podchodząc do grobu jej brata i płakał widząc przyszłe zniszczenie Jerozolimy. To były łzy Jego zranionej miłości. Syn Boga nie tylko nie wysuszył źródeł łez na ziemi, ale sam stał się jednym z nich. Chciał, by Jego bracia nie wstydzili się łez i by umieli płakać. Dla nas żyjących według prawa: przyjemności — tak, cierpienie — nie, zachowanie Syna Bożego na ziemi jest zupełnie niezrozumiałe. Dla Niego zaś, żyjącego według zasady: miłość — tak, nienawiść — nie, cierpienie jest normalnym odruchem ludzkiego serca. W świecie ostrego zmagania miłości z nienawiścią, życia ze śmiercią, wieczności z doczesnością, cierpienie jest nieuniknione. Skoro Syn Boga zdecydował się na życie w naszym świecie, musiał powiększyć płynącą w nim rzekę łez. Uświęcił w ten sposób wszystkie wody tej rzeki i nadał im tajemniczy sens. Dla nas, zamkniętych w doczesności, sens ten jest wciąż ukryty. W oczach Boga ta właśnie rzeka jest najbardziej urodzajną rzeką ziemi. To w niej dokonuje się oczyszczenie i ożywienie wielu. Chrześcijanin musi mieć odwagę podejść z autorem Księgi Joba nad rzekę łez płynącą po naszym globie, a kiedy już usłyszy i zrozumie słowa jego narzekania i buntu, musi mieć odwagę podejść do Chrystusa i razem z Nim zapłakać sercem, które kocha. Dopiero wówczas potrafi odkryć wartość łez i tajemniczy sens rzeki łez odradzającej ludzkiego ducha. Lekarz przyjacielem chorych Mieszkańcy Kafarnaum nie dostrzegali w Chrystusie ani „Umiłowanego Syna Bożego”, ani „Świętego Bożego”, lecz genialnego lekarza. Przynosili zatem do Niego wszystkich chorych, a On ich uzdrawiał. Jezus miał władzę nad wszelką niemocą i żadna choroba nigdy nie była ani nie jest dla Niego problemem. Uzdrawiał, ale nie chciał, by ludzie potraktowali Go wyłącznie jako lekarza. Nie przyszedł na ziemię, by leczyć choroby, lecz by prawdziwie uszczęśliwić człowieka. Zdrowie jest ważnym elementem szczęścia doczesnego, ale wcale nie najważniejszym. Jest wielu ludzi zdrowych o pięknym ciele, a zarazem rozpaczliwie nieszczęśliwych. I odwrotnie są ludzie kalecy, cierpiący a równocześnie autentycznie szczęśliwi. Nie można zatem szczęścia budować na zdrowiu, bo ono nie jest jego fundamentem. Drugi aspekt jest jeszcze ważniejszy. Z tego, że ktoś jest zdrowy, wcale nie wynika, że jest człowiekiem dobrym. Zdrowie nie ma żadnego związku z dobrocią ludzkiego serca. Można spotkać ludzi kalekich o kryształowym sercu i okazy tryskające zdrowiem o sercu tyrana. Ewangelie nawet nie wspominają o dalszych losach cudownie uzdrowionych przez Jezusa. Z tego, że wrócili do zdrowia, wcale nie wynika, że stali się lepsi. Przykład dziesięciu trędowatych, z których tylko jeden przyszedł podziękować Chrystusowi za uzdrowienie, mówi aż nazbyt jasno, że zdrowie nie wpływa na to, by serce stało się lepsze. Szczęście zaś człowieka związane jest ściśle z dobrocią jego serca. W tej sytuacji Chrystus dysponując władzą leczenia wszelkich chorób, rzadko z niej korzystał. Zgodził się natomiast na przyjęcie cierpienia, by mógł być przyjacielem wszystkich cierpiących. Mając bowiem na uwadze serce człowieka, postanowił ubogacić je swoją przyjaźnią. Szczęśliwe serce potrafi udźwignąć ciężar cierpienia czy kalectwa. Upływają wieki. Kościół prowadzi dalej zbawczą misję Jezusa. Rzadko pojawiają się charyzmatycy, wyposażeni w dar uzdrawiania chorych. Dziś Chrystus równie skąpo szafuje tym charyzmatem, jak w czasie swego publicznego działania. Ciągle natomiast ofiaruje cierpiącym swoją przyjaźń. Jak długo człowiek wyżej ceni zdrowie niż przyjaźń, tak długo nie rozumie podejścia Chrystusa. W ludzkim rozumieniu jeśli dobry przyjaciel może uzdrowić, a nie uzdrawia, nie jest przyjacielem. Gdy jednak uwzględnia się autentyczną troskę o duchowe dobro chorego, rzecz staje się zrozumiała. Kto odkrył w Chrystusie przyjaciela, widzi w Nim doskonałego lekarza, który przede wszystkim leczy i ubogaca ducha, zostawiając jakby na drugim planie dolegliwości ciała. Czyni to właśnie w trosce o ducha. „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają”. Gdyby uzdrowił ciało, pacjent by Go nie potrzebował, kuracja serca by się skończyła, a razem z nią perspektywa osiągnięcia pełni szczęścia. Cierpienie, choroby, kalectwo zostały przez Chrystusa potraktowane jako istotny element dorastania do zbawienia. Są one miejscem najbliższego spotkania człowieka z Boskim lekarzem. W cierpieniu Bóg nawiązuje przyjaźń z człowiekiem, która staje się skarbem tysiące razy większym niż zdrowie. Jest to przyjaźń podnosząca chorego na zupełnie nowy poziom życia, dając mu udział w szczęściu samego Boga. Niejeden chory będzie błogosławił swoją chorobę, która dała mu okazję do spotkania w Boskim lekarzu — przyjaciela. Spotkanie przyjaciela jest znacznie większym wydarzeniem w życiu niż spotkanie lekarza. Istotnym bowiem elementem szczęścia nie jest zdrowie, ale autentyczna przyjaźń. ks.E.S. „Chwalcie Pana, bo dobry... On leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany” (Ps 147, 1. 3) W swoich utrapieniach i uciskach Hiob się skarży: „Czyż człowiek nie pędzi dni jak najemnik? Jak niewolnik, co wzdycha do cienia... dlatego wyczekiwałem miesięcy spokojnych, tymczasem przeznaczono mi nocne udręki” (Hi 7, 1–3). Hiob jest symbolem ludzkości uciśnionej i utrapionej przez ogrom zła fizycznego i moralnego. Cierpienie dochodzi do szczytu, popycha do rozpaczy, Hiob jednak wierzy Bogu i wzywa Go: „Wspomnij, że dni me jak powiew” (tamże 7). Ten jęk, błysk nadziei w morzu boleści, nie jest daremny, Bóg pochyla się ku człowiekowi i posyła mu Zbawiciela, aby złagodził jego cierpienie i otwarł serce dla większej nadziei. Na tym tle Ewangelia ukazuje Jezusa w otoczeniu mnóstwa cierpiących: „przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił” (Mk 1, 32–34). Zbawiciel działa, zbawienie dokonuje się. „I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy” (tamże 39). Chrystus, aby podnieść ludzkość ze stanu cierpienia fizycznego i moralnego, w jakim się wiła, naucza i uzdrawia. Swoim nauczaniem oświeca umysły, objawia miłość Boga, prowadzi do wiary, odsłania sens cierpienia, ukazuje drogę zbawienia. Cudami uzdrawia zbolałe ciała i wyrzuca złe duchy. Chrystus pragnie zbawić całego człowieka, duszę i ciało; co więcej, uzdrawia ciało, aby ono stało się znakiem i środkiem zbawienia duszy. A jeśli nie uwalnia od cierpienia, to uczy, że należy znosić je z nadzieją i miłością, aby przynosiło owoc na żywot wieczny. Dzieło zbawienia, które rozpoczął Chrystus, wciąż się dokonuje. I Pan dał rozkaz Kościołowi, a w Kościele każdemu wierzącemu, aby to dzieło prowadzono aż do skończenia świata. Apostoł Paweł, bardzo wrażliwy na ten obowiązek i oddany mu ze wszystkich sił, oświadczył Koryntianom: „Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9, 16). Każdy chrześcijanin, który dostąpił tej łaski, że otrzymał Ewangelię, powinien poczuwać się do odpowiedzialności wobec tych, którzy jej nie znają. Powinien uczynić wszystko, co może, by im ją przekazać. Kto żyje w zasięgu zbawienia, nie powinien patrzeć obojętnie na tych, którzy są od niego daleko. Na nim spoczywa obowiązek pociągnięcia do Ewangelii możliwie jak największej liczby braci. Chwała Tobie, o, Chryste, światło prawdy i słońce sprawiedliwości. Tyś przyszedł przebywać w swoim Kościele, a on dzięki temu został oświecony; przyszedłeś do swego stworzenia, a ono cale się rozjaśniło. Grzesznicy zbliżyli się do Ciebie i zostali oczyszczeni. Zagubieni i rozproszeni odnaleźli się. Niewidomi przejrzeli i oczy ich się otwarły; nawet dusze pogrążone w ciemnościach zbliżyły się do światła. Umarli usłyszeli Twój głos i powstali; więźniowie i niewolnicy zostali uwolnieni; narody rozproszone zjednoczyły się. Ty jesteś światłością, która nie zna zmierzchu; jesteś jasnym porankiem, który nie zazna wieczoru. Niech otworzą się oczy naszych serc na Twoje światło, a nadejście Twego poranku niech będzie dla nas bodźcem do czynienia wszelkiego dobra. Twoja miłość niech zwiąże nasze dusze; a ponieważ uczyniłeś nas godnymi, dzięki swojemu miłosierdziu, wyjść z ciemności nocy i zbliżyć się do świtu, spraw, abyśmy przez Twoje słowo, żywe i wszechmocne, rozproszyli jak dymną zasłonę wszystkie utrapienia, jakie nas dręczą, a dzięki mądrości nam udzielonej zatriumfowali nad wszelkimi podstępami Złego, naszego nieprzyjaciela, który usiłuje nam się ukazać jak anioł światłości. Opiekuj się nami, o Panie; spraw, abyśmy nie byli kuszeni do popełniania uczynków ciemności i śmierci. Niechaj nasze oczy nie oderwą się nigdy od Twego jaśniejącego światła, a przykazania Twoje niechaj kierują zawsze naszym postępowaniem (Liturgia wschodnia). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
VI Niedziela zwykła W czasach Jezusa człowiek trędowaty miał przebywać w odosobnieniu, poza obozem, mieć rozdarte szaty i włosy w nieładzie. Kiedy patrzymy na ukrzyżowanego Pana, który został zabity poza miastem, udręczony i oszpecony, widzimy, że podzielił los tych, którzy skazani byli na izolację. Jezus nie szukał własnej chwały, lecz dobra wszystkich. Odtąd nikt z nas nie musi wegetować poza obozem, odrzucony, wyobcowany. Nasz Pan z wielką delikatnością wkracza we wszelkie nasze osamotnienie. W.J.OP Sława utrudnia życie Niewielu ludzi, którzy wcześniej osiągnęli sławę, potrafiło bez większych kryzysów utrzymać się na wysokiej fali, na której umieściło ich życie. Najłatwiej można to obserwować w sporcie. Zbyt wczesny sukces nie ułatwia życia, ale znacznie je utrudnia. Nie zawsze jest to wynikiem niedojrzałości człowieka. Sława jest połączona z wrzawą, z wielkimi wymaganiami, jakie otoczenie stawia mistrzowi. Opinia chce widzieć w nim zawsze i wszędzie tylko mistrza. Nie umie mu wybaczyć klęski, nie godzi się na jego słabość. Dramat zbyt wcześnie zdobytej sławy największe spustoszenie zostawia w szeregach wybitnie uzdolnionych dzieci. Odbiera im coś z beztroskiego dzieciństwa, zmusza je do ustawicznego mobilizowania sił i odpowiadania na ambitne pragnienia rodziców, opiekunów, nauczycieli. Któryż z wychowawców nie chce mieć w szeregach swoich wychowanków geniusza? Życie bardzo często potwierdza klęskę wybitnie uzdolnionych uczniów, którzy zdobyli sławę w wieku szkolnym, a po latach przegrali rywalizację ze znacznie słabszymi, przeciętnymi kolegami. Po wcześnie przeżywanym uniesieniu sławy pozostaje jedynie gorzki smak poniesionej klęski. To w tym kontekście należy odczytać fragment Ewangelii, w którym jest opisany cud uzdrowienia trędowatego. Chcąc to wydarzenie dobrze zrozumieć, trzeba mieć na uwadze dwa rodzaje cudów Jezusa. Jedne, a jest ich większość, czynił On — jeśli tak można powiedzieć — w sposób zaprogramowany, to znaczy czynił z nich jakby lekcje poglądowe dla słuchaczy. Te cuda były znane, głośne, publiczne, bo przeznaczone dla wielu. Drugie miały charakter bardziej prywatny i można je nazwać osobistym darem miłości ofiarowanym konkretnemu człowiekowi. Te nie powinny być rozgłaszane, winny zostać tajemnicą dawcy i odbiorcy. Uzdrowienie trędowatego należy do tej drugiej grupy cudów. Jezus ulitował się nad nim. Spotkanie nieszczęśliwego człowieka, świadomego cudotwórczej mocy Mistrza z Nazaretu, skłania Jezusa do działania. „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony!”. Św. Marek umiejscawia ten cud na początku publicznej działalności Jezusa. Chrystus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że zbyt wczesna sława utrudni Mu wykonanie zadania. Stąd Jego ostrzeżenie pod adresem uzdrowionego. Ewangelista zaznacza, że surowo mu przykazał i natychmiast go odprawił ze słowami: „Uważaj, nikomu nic nie mów...”. Jezus nie chciał rozgłosu, nie chciał działać w nimbie sławy. Uzdrowiony jednak nie rozumiał wskazań Jezusa. Nie umiał ukryć swego szczęścia. Wydawało mu się, że przyczyniając się do rozsławienia Proroka z Nazaretu będzie Jego dobrodziejem. Stało się jednak odwrotnie. „Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych”. Był tylko jeden wypadek, gdy Jezus zgodził się na głośne wołanie „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie!”. Miało to miejsce u samego kresu Jego życia, na kilka dni przed śmiercią. Ten triumf już Jego dziełu nie zaszkodził. Wielkie wartości dojrzewają bardzo powoli i wymagają spokoju. Kto szuka sławy, wcześniej czy później staje się jej ofiarą. Prawdziwa wielkość człowieka ujawnia się najczęściej po jego śmierci. Rzadko się zdarza, by pomniki stawiane komuś za jego życia przetrwały dłużej niż jedno pokolenie. Te, które trwają, są wzniesione po latach, a czasem nawet wiekach, przez potomnych, którzy doceniają prawdziwą wielkość zmarłego człowieka. Ewangelia przestrzega przed pogonią za sławą, widząc w niej bardzo niebezpieczną pułapkę pychy. Równocześnie ukazuje wartość twórczego wysiłku bez rozgłosu. Szczęśliwy, kto zrozumie to ewangeliczne ostrzeżenie i zamiast sławy u ludzi, szuka w życiu radości własnego sumienia z powodu dobrych czynów dokonanych w ukryciu. Niechciane dziecko Dziecko „tak”, ale nie teraz. Było sto przeciwskazań, ani matka, ani ojciec nie byli na to przygotowani. Przyjęli to dziecko jako zło konieczne, jako swoje nieszczęście. Czekali, że się nie narodzi. Matka nie zważała na maleństwo mieszkające w jej łonie, miała do niego pretensje, że stało się przeszkodą w ich życiu. Nie czekała na narodziny, nie kochała ani przed, ani po narodzeniu. Upływały lata. Dziecko rosło. Otrzymało od Boga wiele talentów. W szkole same sukcesy. Sąsiedzi zazdrościli takiego dziecka. Ono jednak chodziło ze smutkiem w sercu. Szukało miłości i nie wierzyło w miłość. W domu jej nie znalazło, stąd dość szybko po szkole średniej wchodzi na drogę samodzielności. Studia kończy z wyróżnieniem. Praca, kontakt z ludźmi. Chce pomagać takim jak ona. Zawodowo czyni to doskonale. Sama przeżywa dramat odrzucenia. Nikt nie może stworzyć dla niej domu, nikomu nie wierzy. Całym sercem zwraca się do Boga, ale do równowagi jest potrzebna i miłość człowieka. Na drodze jej życia pojawiają się wartościowi ludzie, otwierają swoje serce w geście zapraszającej miłości. Wchodzi, staje w progu i po pewnym czasie dochodzi do wniosku, że nie potrafi kochać, nie potrafi budować szczęścia rodzinnego. Na rekolekcjach odprawianych w niewielkiej grupie przez cały dzień uczestnicy odczytują teksty Pisma Świętego mówiące o trądzie. Wieczorem dzielą się swoimi odkryciami. Wszyscy mówią o wymiarach grzechu tak w aspekcie jednostkowym, jak i społecznym. Ona nie mówiąc o sobie zwraca uwagę na dziecko niechciane, odrzucone przez rodziców, napiętnowane brakiem miłości, na dziecko, w które wmówiono, że nie może być kochane. W sercu tego dziecka została zakodowana biała plama „trądu”, że i ono nie umie kochać. Tysiące bezskutecznych wysiłków podejmowanych od lat najmłodszych, by je ktoś z miłością przygarnął, owocuje świadomością odtrącenia i niezdolności do miłości. Serce utkane z bólu, z tęsknoty za wielką prawdziwą miłością, zamknięte w samotności. Ewangelia mówi o spotkaniu Jezusa z trędowatym. Ten podszedł do Mistrza z Nazaretu z prośbą: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jezus dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony”. Ewangelista Marek notuje, że „natychmiast trąd go opuścił i został oczyszczony”. Gdy uczestnicy rekolekcji odczytali ten tekst i zapytali, czy dziecko niechciane nie może drogą spotkania z Jezusem szukać uleczenia ze swego nieszczęścia, nasza bohaterka odpowiedziała nieśmiało: „Najczęściej takie dziecko nie wierzy nawet w to, że Chrystus chciałby je uleczyć. Nie wierzy, bo w tej wierze byłoby jego uleczenie. Byłaby pewność, że Jezus je kocha. Zniszczona zdolność miłości człowieka rzutuje i na spostrzeganie miłości Boga do człowieka”. Są ludzie, którym bardzo trudno uwierzyć, że ich ktokolwiek kocha, nawet Bóg, mimo że dzień i noc niczego innego nie pragną tylko tego, by ich ktoś pokochał i wzniecił w nich wiarę, że i oni potrafią kochać. Wydaje się, że takich dzieci „trędowatych”, to znaczy odrzuconych przez własnych rodziców, dzieci niechcianych, jest dziś na świecie więcej niż było trędowatych w Palestynie w czasach Jezusa. Żyją wśród nas, cierpiąc z powodu braku miłości. Wbrew przytoczonej wyżej opinii nieszczęśliwej młodej kobiety, żyjącej w poczuciu krzywdy wyrządzonej jej przez rodziców, uleczenie jej serca jest możliwe. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Trzeba Go prosić o łaskę wiary w to, że On każdego kocha. W rzeczywistości nie ma dziecka niechcianego i niekochanego, Bóg bowiem każdego, kogo stwarza, chce i kocha. ks.E.S. „Błogosławiony ten, komu została odpuszczona nieprawość, którego grzech został puszczony w niepamięć” (Ps 32, 1) Prawo Mojżeszowe nakazywało: „trędowaty będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem” (Kpł 13, 46). Twardy rozkaz, wydany raczej z troski o umkniecie zarazy i wskutek sądu, jaki mieli o trądzie Żydzi, widzący w nim karę Bożą na grzeszników. Toteż trędowaty uciekał od wszystkich jako „nieczysty” i „uderzony” przez Boga, przeklęty. Jezus przyszedł zbawić człowieka od grzechu i jego następstw, a więc ma moc przekroczyć dawne prawo, i czyni to zdecydowanie jako Ten, kto ma wszelką władze. „Zbliżył się do Niego trędowaty i upadając na kolana, prosił Go: «Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić!»” (Mk 1, 40). Wspaniała wiara! Ten biedak, opuszczony przez ludzi i uważany za odrzuconego nawet przez Boga, ma więcej wiary niż wielu tych, którzy żyją w bliskości Chrystusa. Wiara prawdziwa nie gubi się w subtelnych rozumowaniach, ma bardzo prostą logikę: Bóg może uczynić wszystko, co chce; wystarczy więc, aby chciał. Na tę śmiałą prośbę wyrażającą bezgraniczną ufność Jezus odpowiada czynem niesamowitym według mniemania ludu, który miał zakazany wszelki kontakt z trędowatymi: „wyciągnął rękę, dotknął go”. Bóg jest panem prawa i może je łamać. „Chcę — rzekł, jakby powtarzając słowo trędowatego — bądź oczyszczony!” (tamże 41). Jezus, przyjmując i dotykając trędowatego łamie prawo, ale następnie wypełnia je mówiąc: „idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz” (tamże 44). Miłość może usprawiedliwić naruszenie pewnych przykazań, lecz nie upoważnia nigdy do tego, aby ktoś pod pretekstem większej swobody w praktyce miłości chciał uwolnić się od wszelkiego prawa. Pierwszym przykazaniem jest niewątpliwie miłość, lecz nie byłaby ona prawdziwa, gdyby nie była uporządkowana według Boga; gdyby nie stawiała Boga i Jego woli ponad wszystko. Św. Marek podkreśla, że Jezus „zdjęty litością” (tamże 41) uczynił cud; ten zwrot powtarza się w Ewangelii wiele razy. Jezus lituje się nad trądem, który okalecza ciało, lecz jeszcze więcej nad tym, który rani duszę. Uzdrawiając z pierwszego, Jezus udowadnia, że chce i może uzdrowić drugi. W ten sposób ukazuje swoje posłannictwo Zbawiciela, które dokona się w pełni, kiedy przyjmując na siebie trąd grzechu, ukaże się On również jako „skazaniec wzgardzony i odepchnięty przez ludzi... jako chłostany przez Boga i zdeptany” (Iz 53, 3–4). Błogosławiony ten, komu została odpuszczona wina, a grzech został puszczony w niepamięć. Błogosławiony człowiek, któremu Ty, o Panie, nie poczytujesz winy ani żadnej nieprawości, w którego duszy nie kryje się podstęp... grzech mój wyznałem Tobie i nie ukryłem mej winy. Rzekłem: Wyznaję nieprawość moją wobec Pana, a Tyś darował winę mego grzechu (Psalm 32, 1–2. 5). Dobroczyńco tych wszystkich, którzy uciekają się do Ciebie, światłości tego, kto znajduje się w ciemnościach, stworzycielu wszelkiego nasienia, ogrodniku i sprawco wszelkiego wzrostu duchowego, zmiłuj się nade mną, Panie, i uczyń mnie świątynią nieskalaną. Nie patrz na moje grzechy: bo jeśli będziesz zważał na moje grzechy, nie zniosę Twej obecności; lecz dzięki Twojemu niezmierzonemu miłosierdziu i nieskończonej litości zmaz moje grzechy przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Twojego Jednorodzonego Syna, najświętszego lekarza dusz naszych (Preghiere dei primi cristiani 89). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Środa Popielcowa Popiół na naszych głowach przypomina nie tylko o tym, że Bóg nas stworzył z niczego, ale również o tym, że kiedyś w proch obrócimy się zarówno my sami, jak i nasze plany i ambicje, jeśli nie będą oparte na Ewangelii Chrystusowej. A Ewangelia wymaga od nas wiary i wzywa do nawrócenia. Ten akt wewnętrznej przemiany powinien dokonać się na trzech poziomach: najpierw w relacji do bliźnich przez jałmużnę, ofiarowanie siebie, potem w stosunku do Boga przez modlitwę i oddanie Mu należnej chwały, by w końcu dokonać uporządkowania własnego wnętrza przez post, czyli zaparcie się siebie. o. Piotr Stasiński OFMCap Rytuał posypania popiołem Starożytna tradycja związana z popiołem łączy chwałę ubiegłorocznej Niedzieli Palmowej, niewierność z dzisiejszym mocnym postanowieniem, by raz jeszcze zwrócić do krzyża i naszego chrztu. Popioły były niegdyś gałązkami palmowymi powiewającymi na chwałę przed nadchodzącym Panem, ogłaszały głośno radość i wiarę, gdy Jezus wjeżdżał do Jerozolimy na osiołku. Teraz są symbolami, nie tylko na dzisiaj, ale na cały okres postu. Są wyróżnikiem, znakiem naszego chrztu, znakiem oliwy i wody. Są również połączone ze śmiercią, krzyżem i cierpieniem – tym cierpieniem i naszą częścią brzemienia krzyża, które są potrzebną odpowiedzią na niepotrzebne cierpienie, śmierć i niesprawiedliwość pleniące się na naszym świecie. To czas, aby rozpoznać grzech, zło i niesprawiedliwość w nas samych, a także zmowę tych zjawisk w naszym świecie. Jest to czas, aby odwrócić tę sytuację, by naprawić świat i przywrócić panowanie Boga na ziemi, tu i teraz, począwszy od naszych ciał i relacji. Oto otrzeźwiające, a jednak dające nadzieję słowa: „Pamiętaj..., że prochem jesteś, i w proch się obrócisz.” Jest taka historia o nauczycielu zen imieniem Fenguxe (Jaskinia Wiatru), który powiedział do swoich mnichów: „Jeśli wzniecisz pyłek kurzu, narody kwitną, lecz ich starsi marszczą brwi. Jeśli nie wzniecisz pyłku kurzu, naród rozpada się, ale brwi starszyzny spoczywają w spokoju.” Pyłek kurzu – cóż to jest? Jaka moc stoi za pyłkiem kurzu? Zapytaj tych, którzy mieli kurz w swoim komputerze, sprzęcie grającym, lub nawet szkle kontaktowym lub oku! Wznieść pyłek kurzu, znaczy wzbudzać dobroć, walczyć o sprawiedliwość, mówić za tych którzy się jąkają lub nie przemawiają z mocą, związać się z sobą by stać rezolutnie i bez przemocy przed złem i nie zgadzać się na to, by nas straszyło czy absorbowało. Rób to, a moce będą w zdziwieniu marszczyć brwi. Zaniedbaj ten pyłek kurzu, a starsi w przywództwie będą oddychać swobodnie, rozluźnią brwi – ale lud zginie. Ta historia zen brzmi jak wezwanie Joela, by poruszyć Ducha, by okazywać współczucie i przez to powstrzymać groźbę nieludzkiego życia. Wielki Post ma zachęcać i dawać odnowione serca ludziom wokół nas, zacieśniać więzy wspólnoty, przypominać wszystkim, że nikt nie powinien walczyć ze złem sam i ogłaszać na nowo, że jesteśmy już pojednani z Bogiem przez krzyż Jezusa. Teraz jedynie od nas zależy zaakceptowanie tego daru, oddanie się tej rzeczywistości z wdzięcznością, i dzielenie się tym darem z każdym potrzebującym. Popiół, zmieszany z wodą z naszego chrztu, czyni dobrą glebę; pozwala ona ziarnu ewangelii zapuścić w nas długie korzenie i wydać owoce, żniwo sprawiedliwości, pokoju i hojności, jak również powrotu do prawdziwego uwielbienia Boga – w wierze, że nasz Bóg odda nam naszą ofiarę, poprzez zesłanie swojego błogosławieństwa. Jest to dzień oddania się, konsekracji i czystości serca. Bóg ciągle na nowo okazuje łagodność i nie traktuje nas według miary naszych grzechów. Jest to czas, byśmy stali się posłusznymi dziećmi, pokornie błagając o miłosierdzie i dając miłosierdzie innym poprzez to, co robimy w czasie naszego Wielkiego Postu. Być może każda rodzina, każda wspólnota religijna, każda parafia, diecezja i kościół krajowy powinny robić razem te same rzeczy w Wielki Post – coś, co wyciąga nas z wewnątrz nas samych i obraca do innych z uśmiechem, świeżym obliczem i radością. Jesteśmy wezwani, by pościć w sposób opisywany przez proroków – pościć od niesprawiedliwości i nieczułości wobec biednych, cierpiących i potrzebujących wokół nas; pościć od myślenia skierowanego na siebie i swoich nałogów; pościć od koncentrowania się na naszej własnej grzeszności i zwrócić się do innych, tak jak Bóg, który zawsze zwraca się ku nam i słyszy nasze wołanie w potrzebie. Wtedy możemy być pewni, że będziemy inni pod koniec tego okresu zieleniejącej nadziei i purpurowych kwiatów intensywnego skupienia się na Bogu. Módlmy się razem za siebie nawzajem: Panie nasz, Boże, pozwalasz poznać prawdziwe życie. Ty odcinasz zepsucie i wzmacniasz wiarę, budujesz nadzieję i wspierasz miłość. W imieniu Twego ukochanego Syna, naszego Pana Jezusa Chrystusa, i w mocy Ducha Świętego, prosimy, byś usunął ze swych sług całą niewiarę i niepewność w wierze, umiłowanie pieniędzy i bezbożne pragnienie, wrogość i kłótliwość, i każdą cechę złego. A ponieważ powołałeś nas byśmy byli święci i bez grzechu w Twoich oczach, stwórz w nas ducha wiary i cześć dla cierpliwości i nadziei, dla powściągliwości i czystości, łaski i pokoju. Prosimy u to poprzez Chrystusa, Pana naszego. Amen Środa Popielcowa Czas znikania rozpoczyna się od przybliżania się nieuchronnej katastrofy, nadchodzącego przeznaczenia, zbliżającego się dnia Jahwe, dnia sądu i rozrachunku i sprawiedliwości dla wszystkich narodów i ludów. Dzień ten będzie „wielki i straszliwy bardzo, i któż go zniesie?” (Joela 2:11) Prorok Joel, a wraz z nim inni prorocy, zna przemijającą naturę życia, rządów i ich struktur, oraz panowania i władzy. Pewnego dnia wszystkie one znikną. Osądzeni wedle Bożych, trwałych standardów, zostaną podzieleni na sprawiedliwych i zbawionych oraz niesprawiedliwych: straconych. Czytanie rozpoczynają słowa Jahwe: A przeto jeszcze i teraz mówi Pan: Nawróćcie się do mnie samego całym sercem swoim, i w poście i w płaczu i w kwileniu. Rozedrzyjcie serce wasze a nie szaty i nawróćcie się do Pana, Boga waszego; bo on jest łaskawy i miłosierny. Wygłoszono zaproszenie/przestrogę. Brzmi to tak, jakby Bóg błagał nas, byśmy wrócili do domu, zawrócili z kierunku, w którym zmierzamy. Te słowa są ogłoszone z mocą, jak głos potężnej trąby. To wezwanie jest ostrzeżeniem dla duszy, alarmem ogłoszonym, by wstrząsnąć sercami ludzkimi i przywrócić im właściwy rytm. Jest ono dla pokuty, przywrócenia ludzi, by mogli być zjednoczeni we wspólnocie, posłuszni, należący do Boga. Wszyscy muszą powrócić do serca społeczności, w naszym wypadku do Ciała Chrystusa, Kościoła. Martin Luter King Jr. nazwał Kościół „zgromadzeniem grzeszników”. Wszyscy – dzieci przy piersi, nowożeńcy, kapłani, starsi, dzieci, a nawet ci którzy nie maja żadnej pozycji w narodzie – wszyscy mają powrócić do domu. To czas, by się zgromadzić, by zostać uświęconymi, by zebrać razem rozdzielonych, zagubionych, wyizolowanych i wygnanych. To proklamacja o Jahwe, naszym Bogu, który jest łaskawy i współczujący, nieskory do gniewu, pełen dobroci. I kto wie? Bóg zapewne znów okaże łaskę i oszczędzi część żniwa jako świętą ofiarę. Ale Jahwe pragnie oszczędzić nie tylko pożywienie, ale nas, ludzi, byśmy także mogli stać się świętą ofiarą oddaną z całego serca Bogu. To my mamy stać się błogosławieństwem, które Bóg pozostawia dla wszystkich narodów, by nabierały otuchy z powodu obecności Bożej pośród nas i podziwiały ją. Nasz Bóg, jesteśmy tego pewni, będzie poruszony i zatroszczy się choćby o samą ziemię, i zlituje się nad nami. Czas zwrócić uwagę na to wezwanie. Bóg jest rozjemcą, broniącym naszej sprawy, wstawiającym się za nami, wkracza pomiędzy nas i sposoby życia, które są niebezpieczne, samolubne i nieludzkie. Ten okres ma na celu powrót do obrazu Boga, który mamy odbijać swoją naturą. Jest to czas, by znów zadbać o bycie rozjemcami, niosącymi pokój, ambasadorami Chrystusa. Ten czas nie jest dany tylko nam, to również czas na pojednanie i wspólnotę całego świata. Te czterdzieści dni to czas stawania się świętością Pana, by dokonać radykalnych zmian w naszym społeczeństwie i życiu, które wiedziemy. Wszyscy stajemy się wtedy współrobotnikami, przyjmującymi łaskę i siłę, by nadać nową jakość życiu ludzkiemu i całemu wszechświatowi. Nasza reakcja musi być natychmiastowa. Musimy nagiąć własną wolę i uchwycić się siebie nawzajem, ruszyć znów razem, prowadząc się nawzajem do obecności Bożej. W jaki sposób to robimy? Poprzez znikanie! Musimy uważać, by nie wykonywać religijnych praktyk po to, by ludzie nas widzieli, ale zamiast tego powinniśmy się uczyć, jak być niewidzialnym, przebiegłym, chytrym, pomysłowym, w tajemnicy wspierając i wspomagając nadejście Królestwa na ziemię. Musimy być kreatywni i twórczy, gdy pościmy i wykonujemy uczynki łaski i współczucia – naśladując Boga, który przebywa pośród nas i znajduje rozkosz w udzielaniu pocieszenia i anonimowej pomocy, wypożyczając ciała wierzących dla Bożej pracy na świecie. Musimy się również modlić: w tajemnicy, w ukryciu, za zamkniętymi drzwiami, pokornie i prywatnie, intymnie. Jeśli pościmy, powinniśmy pracować nad tym, by wyglądać dobrze, by nikt nie podejrzewał radykalnej zmiany, jaką chcemy zaprowadzić w sobie i wokół siebie. Nikt nie powinien wiedzieć, co robimy indywidualnie, chyba że wyraźnie wezwano nas do robienia czegoś jednym sercem i duchem. Nasze działania mają się wsączać się w świat jak woń perfum, która rozchodzi się w powietrzu, jak mówi japońskie przysłowie „Zapach kwiatów pozostaje na rękach tego, kto je wręczył w prezencie”. Po co cała ta tajemnica? Bóg w swej naturze jest tajemnicą, jest w niej ukryty, schowany w całej ziemi i wszystkich jej stworzeniach. Nic nie jest takie, jakim się wydaje. Bóg czai się w najbardziej niespodziewanych miejscach, czeka by zostać odkrytym, znalezionym i pojętym. Starożytna praktyka Wielkiego Postu – modlitwa, post, dawanie jałmużny i uczynki miłosierdzia – przypominają nam o tych prawdach, które kształtują istotę i serce naszej praktyki wiary w Boga. Piotr Chryzolog, biskup z piątego wieku naszej ery, mówi nam, że post jest duszą modlitwy, a łaska jest krwią życia dla postu. Zatem jeśli się modlimy - pościmy, jeśli pościmy - okazujemy łaskę; jeśli chcemy, by wysłuchano naszej prośby, wysłuchujemy próśb innych. Jeśli nie zamykamy naszych uszu na innych, otwieramy Boże ucho na nas. Bóg ukrywa się między nami. Teraz jest czas by nauczyć się uniżenia, posłuszeństwa i – bez poklasku - odwrócić znów twarzą do Boga. Robi to cała społeczność – jest to coś, co robimy razem. Megan McKenna z książki "Wielki Post - Refleksje i opowieści" Święcony i nieświęcony popiół Istnieje wielka różnica między wezwaniem do postu zawartym w Księdze proroka Joela, a tym, które kieruje do nas Jezus Chrystus. Prorok wzywa, by post stał się wielkim dziełem całego narodu wybranego. Jest to czyn podjęty przez wspólnotę, a każdy pokutujący członek wspólnoty winien na zewnątrz ujawnić swoją postawę pokutną. Rozpoczynano ten post od dźwięku rogu, wzywano wszystkich do świątyni: dzieci, starców, nawet niemowlęta przy piersi, i wszyscy rozpoczynali wspólne opłakiwanie swojej przeszłości. Pan Jezus wzywa wręcz do czegoś innego: „Ukryj się”. Nikt na zewnątrz nie powinien poznać, że ty pościsz. Ukryj się. Życie chrześcijanina kwitnie w głębi serca. Chrystus wiedział, że łatwo jest rozdzierać szaty i na zewnątrz okazywać ponury wygląd swojej twarzy, a serce wypełniać przewrotnością. I dlatego wzywa do nawrócenia serc. Czy jednak ten nasz post nie posiada wymiaru społecznego? Posiada, ale jest to czas objawienia nie postu, tylko miłości. Bo jeśli serce jest zwrócone do Boga, to w każdym jego geście jest objawiona miłość. Świat, który dziś nie zagląda do kościoła, powinien poznać, że obchodzimy czterdziestodniowy post, po naszej dobroci i miłości. Za chwilę posypię wasze głowy popiołem. Zawsze się zastanawiam nad tym, czy to nie jest teatr? Ludzie ochotnie przychodzą po popiół. Ksiądz swoją poświęconą ręką sypie szczyptę prochu na ich głowę. „Pamiętaj, że jesteś prochem”. Obrzęd ten dokonuje się w kościele raz w roku, ale codziennie na nasze głowy nasi bliscy sypią nie szczyptę, lecz tony popiołu. Wtedy okazuje się, że nie potrafimy pokornie skłonić głowy, nie potrafimy powtórzyć w sercu „prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Tylko oddajemy tonę za tonę. Jeżeli dziś podchodzimy po to, by przyjąć popiół, to przyjmijmy go przez cały rok, bo nie tylko dzisiaj jesteśmy prochem, lecz zawsze jesteśmy prochem. Druga prośba: nie wysypujmy prochu na głowy bliskich. Niech w okresie Wielkiego Postu z naszej ręki nigdy nie posypie się proch. Przyjmijmy ten, który na nas spadnie, popiół oczernienia, pretensji, obmowy. A w odpowiedzi podejdźmy do bliskich z kawałkiem chleba, z dobrocią, z akceptacją, z miłością. Przyjmijmy tych ludzi, którzy są obok nas. To jest post, którego wymaga Chrystus. Przyjmujemy popiół dziś po to, by się przygotować na przyjmowanie popiołu przez cały Wielki Post. Popiołu z rąk naszych bliskich. Podchodzimy do Komunii św. po to, aby z serca podawać drugiemu człowiekowi nie popiół, ale najwyższe wartości dobroci, miłości i przebaczenia. „Ojciec twój widzi w ukryciu” Żyjemy w świecie, w którym łatwo usłyszeć pieśń narzekania. Niewielu ludzi dostrzega dobro, niewielu potrafi się nim cieszyć. Spróbujmy Wielki Post przeżyć, dostrzegając ukryte dobro. Autentyczne dobro nie chce się manifestować, ono czyni wszystko, aby otoczenie go nie dostrzegało. Taka jest natura dobra. Chrystus ukazał nam tajemnicę tego dobra, przeżywając ponad trzydzieści lat w Nazarecie, ukrywając swoje dobre, Boskie serce przed oczami ludzi. A przecież każde uderzenie Jego Boskiego serca było najpiękniejszym hymnem miłości, jaki kiedykolwiek wznosił się z ziemi. Ileż dobra uczynił w ciągu tych lat i nigdzie to dobro nie zostało zapisane. Trzykrotnie dziś słyszymy w Ewangelii: „Bóg widzi w ukryciu”. Chrystus wzywa, abyśmy czynili dobro w ukryciu. Ludzie mogą dostrzec dobro, ale autor tego dobra winien być nieznany. Takie jest pierwsze wielkopostne wezwanie. Drugie wezwanie zmierza do tego, abyśmy jako dzieci „Ojca, który widzi w ukryciu”, umieli dostrzec dobro, które jest obok nas. Tego dobra jest wiele. Słowa, które za chwilę powiem posypując waszą głowę popiołem: „Pamiętaj, żeś powstał z prochu i w proch się obrócisz”, słyszałem dwa dni temu wypowiedziane nad trumną mojej matki. Równocześnie ten pogrzeb ukazał mi, jak wiele dobra jest w ludzkich sercach. My, Polacy, mamy coś takiego w sobie, że dopiero w sytuacji trudnej odsłaniamy głębokie pokłady własnego serca. Ludzie, którzy na co dzień nie ujawniają swojej życzliwości, kiedy przychodzi sytuacja trudna, potrafią ofiarować czas, wszystko co posiadają, aby pomóc. To jest to ukryte dobro. Spróbujmy przeżyć Wielki Post ze świadomością, że narzekanie jest jak ten popiół, który spada na naszą głowę, ale głowa jest bardzo cenna. Ta nasza głowa stworzona na obraz i podobieństwo Boga, w której człowiek podejmuje wielkie decyzje, jest cenna. „Prochem jesteś i w proch się obrócisz”, ale zanim się obrócisz w proch, możesz dostrzec wiele dobra i możesz uczynić wiele dobra. Ewangelia mówi o trzech wymiarach tego ukrytego dobra. Pierwszym jest dyskretny dobry czyn. I to takie proste — mąż dla żony, żona dla męża, dziecko dla rodziców, rodzice dla dziecka — dobry dyskretny czyn. Drugim wymiarem jest modlitwa, dyskretna w pracy, w drodze, na przystanku, wstępując do kościoła na trzy minuty. I wreszcie post, czyli ofiara. Na piętnaście minut wyłączony telewizor, rezygnacja z kilku papierosów w ciągu dnia, z czasu spędzonego na przyjemnej rozmowie. Przeżyjmy ten Wielki Post bez narzekania, z dziękczynieniem za dobro otrzymane i dokonane. ks. E. Staniek POPIELEC „Zmiłuj się, Panie, bo jesteśmy grzeszni” (psalm respons.) „Tak mówi Pan: «Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, i lament. Rozdzierajcie jednak wasze serca, a nie szaty»” (Jl 2, 12-13). Zasadniczą cechą nawrócenia jest właśnie skrucha serca: serce bolejące, skruszone żalem za grzechy. Szczera skrucha istotnie zawiera pragnienie odmiany życia i praktycznie prowadzi do takiej zmiany. Nikt nie jest wolny od tego obowiązku. Każdy człowiek, nawet najbardziej cnotliwy, musi się stale nawracać, czyli dążyć do Pana z coraz większą doskonałością i gorliwością, pokonując te słabości i nędze, które zmniejszają całkowite nastawienie na Boga. Wielki Post jest właśnie okresem specjalnie przeznaczonym na tę odnowę duchową: „Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia” (2 Kor 6, 2), przypomina św. Paweł; każdy chrześcijanin winien zeń uczynić czas decydujący dla historii własnego zbawienia. „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem” — nalega usilnie Apostoł — „napominamy was, abyście nie przyjmowali na próżno łaski Bożej” (tamże 5, 20; 6, 1). Nie tylko ten, kto znajduje się w grzechu śmiertelnym, winien pojednać się z Bogiem; każdy brak wielkoduszności, brak wierności dla łaski utrudnia serdeczną przyjaźń z Bogiem, oziębia obcowanie z Nim, jest odrzuceniem Jego miłości i dlatego wymaga skruchy, nawrócenia, pojednania. W Ewangelii (Mt 6, l-6; 16-18) sam Jezus wskazuje ważne środki, które powinny podtrzymywać wysiłek nawrócenia: jałmużna, modlitwa, post. Nalega przede wszystkim na usposobienie wewnętrzne, które tym środkom daje skuteczność. Jałmużna „gładzi grzechy” (Mdr Syr 3, J0), lecz jedynie wtedy, kiedy spełniona jest po to, by podobać się Bogu i wesprzeć potrzebującego, a nie dla zyskania pochwal. Modlitwa jednoczy człowieka z Bogiem i wyjednuje łaskę, lecz tylko wtedy, gdy wypływa z głębi serca i nie sprowadza się do ostentacji lub do bezmyślnego poruszania wargami. Post jest ofiarą miłą Bogu i gładzi winy, byleby tylko umartwienie ciała łączyło się z ważniejszym jeszcze umartwieniem miłości własnej. Tylko wtedy, kończy Jezus, „Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6, 4; 6, 18), czyli przebaczy grzechy i udzielać będzie coraz obfitszej łaski. Panie, wszystkim okazujesz miłosierdzie i żadnego ze swych stworzeń nic masz w nienawiści. Nic zważasz na grzechy ludzi, aby mogli się nawrócić, przebaczasz im, bo Ty jesteś Panem, Bogiem naszym. Panie, Boże, Ty przebaczasz temu, kto żałuje za grzechy, i udzielasz swojego pokoju temu, kto się nawraca; przyjmij z dobrocią ojcowską modlitwę Twojego ludu; pobłogosław dzieci swoje przyjmując surowy symbol popiołu, aby całkowicie odnowione w czasie duchowej drogi trwającej czterdzieści dni, przygotowały się do obchodzenia tajemnicy wielkanocnej Chrystusa, naszego Pana (Mszał Polski: ant. na wejście i błogosławieństwa popiołu). O Jezu, jakże długie życie człowieka, chociaż się mówi, że jest krótkie! Krótkie jest, Boże mój, w porównaniu z tym życiem bez końca, na które tu sobie zapracować mamy, ale długie dla duszy pragnącej rychło oglądać Ciebie. Duszo moja, kiedy zjednoczysz się z tym Dobrem najwyższym i będziesz znała to, co zna, i miłowała, co Ono miłuje, i tym się cieszyła, czym Ono się cieszy, wówczas wejdziesz do twego odpocznienia. Wola twoja utraci swoją niestałość i nie będzie podlegała już więcej zmianom... będziesz się radowała stale Nim i Jego miłością. Błogosławieni, którzy są zapisani w księdze tego żywota! Jeśli ty masz być w ich liczbie, dlaczego jesteś smutna, duszo moja, i czemu się trwożysz? Miej nadzieję w Bogu, bo Jemu wyznam na nowo moje grzechy i głosić będę Jego miłosierdzie. O Panie, wolę żyć i umierać w nadziei i wysiłku zdobywania życia wiecznego niż posiadać wszystkie stworzenia i wszystkie dobra przemijające. Nie opuszczaj mię, o Panie! W Tobie pokładam nadzieję moją, która nie będzie zawiedziona. Zaledwie żałujemy, żeśmy Cię obrazili, a już puszczasz w niepamięć nasze grzechy i nieprawości. O Dobroci bez miary! Czegóż można pragnąć więcej? Któż by nie wstydził się swej śmiałości prosząc o tak wielką łaskę? Czas już jest wykorzystać ją przyjmując to, co nam dajesz do ręki Ty sam, miłościwy Panie, Boże nasz. Ty pragniesz naszej przyjaźni. Któż będzie jej odmawiał Tobie, skoro Ty nie wahałeś się przelać wszystką krew swoją dla nas i własne życie oddać za nas w ofierze? (św. Teresa od Jezusa: Wołania 15,1; 17,5,6; 14,3). o. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Pierwsza Niedziela Wielkiego Postu Jezus udając się na pustynię, by odbyć czterdziestodniowy post, prowadzony był przez Ducha Świętego. Mógł się oprzeć każdej pokusie szatańskiej, bo miał poczucie synowskiej więzi z Ojcem, której nie zdołał naruszyć zły duch. Nasza wielkopostna pokuta swoje motywy znajduje w wierze i w miłości do Boga. Nie może być pustym gestem ani czynnością niewolniczą, wymuszoną zewnętrznymi okolicznościami, choćby nawet świętymi. Przez chrzest, który nas wybawił z potopu grzechu, staliśmy się przybranymi dziećmi Boga, kierowanymi przez Ducha Bożego, i dlatego autentyczne chrześcijańskie nawrócenie dokonuje się w wolności i radości. o. P. Stasiński OFMCap W zasięgu pokusy Człowiek wzrasta przez podejmowanie mądrych decyzji. Decyzje zapadające w głębi serca i konsekwentnie wprowadzane w życie tworzą człowieka. Przez nie współpracuje on ze Stwórcą w doskonaleniu siebie samego. Kto umie rezygnować z łatwego dobra, które go nie ubogaca, i sięgać po wartości prawdziwe, życie wygra. Czas podejmowania decyzji jest czasem pozostawania równocześnie w zasięgu pokusy i łaski. Pokusa wzywa do zadowolenia się dobrem łatwym, lecz nietrwałym. Łaska wzywa do zrezygnowania z tego dobra i opowiedzenia się po stronie dobra prawdziwego. Człowiek winien dobrze przemyśleć sugestie jednej i drugiej strony i dobrowolnie opowiedzieć się za jedną z nich. Chodzi o dobrowolne zajęcie stanowiska, czyli o pełną odpowiedzialność za wszystkie konsekwencje tej decyzji. Jeśli wybiera dobro wskazane przez łaskę, pokusa zostaje pokonana, a człowiek zyskuje pokój i wolność. Jest to ważny krok na drodze ku dojrzałości. Samo znalezienie się w zasięgu pokusy nie jest jeszcze złem. Tu na ziemi jest to nawet w pewnej mierze nieuniknione. Błąd polega na tym, że zbyt łatwo jej ulegamy, że nie znajdujemy czasu na spokojną ocenę dobra, jakie ona proponuje. Niewielu też ma ochotę wysłuchać argumentacji, jaką podaje łaska przestrzegając przed sięganiem po łatwe dobro. Jezus z Nazaretu podejmując dzieło nauczania, czterdzieści dni poświęcił na staranne przemyślenie i przemodlenie metod, jakimi będzie się posługiwał w głoszeniu i zakładaniu królestwa Bożego na ziemi. Decyzja nie była łatwa. Pojawiła się bowiem pokusa sięgnięcia po łatwe środki. Pokusa budowy królestwa, w którym jest pod dostatkiem łatwo dostępnego chleba, obfitość wielkich sensacji w postaci cudów i w którym wszystkim się dobrze powodzi. Pokusę tę trzeba było odrzucić. Nigdy bowiem nie można stworzyć szczęśliwej wspólnoty z ludzi, dla kórych najwyższymi wartościami jest dobrze zastawiony stół, pogoń od sensacji do sensacji i opływanie w bogactwa. Szczęście można budować tylko na umiłowaniu prawdy, która daje wolność. Do tej wielkiej wartości prowadzi zaś droga ubóstwa, wyrzeczenia i ciszy. Błogosławieństwa ogłoszone przez Jezusa, jako konstytucja Jego królestwa, są odpowiedzią na pokusy, z jakimi zmagał się już przed rozpoczęciem publicznej działalności. To, że On sam znalazł się w zasięgu pokusy, dowodzi, że i my nie potrafimy jej unikać. I nie o to chodzi. Czas pokusy to godzina podejmowania decyzji, a więc czas niezwykle cenny i twórczy. Jezus mając na uwadze wagę tych momentów w życiu, w których pojawia się pokusa, każe nam codziennie wołać do Ojca: „Nie wódź nas na pokuszenie”. W tej modlitwie nie chodzi o życie bez pokus, ale o umiejętność rozmowy z Ojcem wtedy, gdy pokusa się pojawi. Jeśli w godzinę pokusy człowiek rozmawia tylko z pokusą, na pewno jej ulegnie. Jeśli natomiast potrafi na jej temat porozmawiać z Bogiem, na pewno odniesie nad nią zwycięstwo. Wielki Post to czas, w którym Kościół mobilizuje siły, by odnieść zwycięstwo nad współczesnymi pokusami. Sukces jednak zależy od mądrej decyzji każdego chrześcijanina, który potrafi zrezygnować z dobra łatwego i sięgnąć po dobro wielkie. Przymierze Na naszych oczach rozsypują się wielkie przymierza narodów i powstają nowe. Jedne są podyktowane wyłącznie sytuacją, inne mają dłuższe tradycje, ale żadne nie są trwałe. Umowy można uroczyście podpisywać, wiedząc już w czasie podpisywania, iż żadna ze stron ich nie zachowa. Ta nietrwałość przymierzy między narodami, decydująca o układach sił w świecie, rzutuje na zachowanie indywidualne wielu ludzi. Najjaśniej to widać w rozpadzie sakramentalnych małżeństw. Każdy akt sakramentalnie zawieranego małżeństwa jest przymierzem. Dwie strony po okresie wzajemnego poznania zawierają przymierze na śmierć i życie. Czynią to publicznie wobec świadków. Jeśli później następuje zerwanie tego przymierza, najczęściej małżonek nie dotrzymując warunków, powołuje się na zaistnienie nieprzewidzianych sytuacji i tym usprawiedliwia swe odejście. Coraz częściej dochodzi też do usprawiedliwiania tego typu postępowania przez otoczenie. Jak w tej sytuacji odczytać słowa Biblii mówiące o przymierzu Boga z człowiekiem? Czy współczesny człowiek nie sprowadzi i tego przymierza do takich wymiarów, jakie nadał przymierzom zawieranym i rozrywanym przez siebie? Jeśli tak, to Pismo Święte zostanie dla niego Księgą zapieczętowaną. Jej otwarcie jest możliwe wyłącznie przez dokładne zrozumienie przymierza i wytrwanie w nim. Biblia jest Księgą przymierza Boga z ludźmi. Przymierze zobowiązuje i jest wartością wyższą niż życie doczesne. Można oddać życie, ale nie można złamać przymierza. Ono bowiem jest jak mur obronny ustawiony wokół przyjaciela. Wszelkie ataki muszą się zatrzymać na murze, a jeśli się nie zatrzymają, muszą mur rozbić, by dotrzeć do bronionego przymierzem przyjaciela. Innego rozwiązania nie ma. Złamanie przymierza jest zawsze zdradą. Bóg zawarł z nami przymierze miłości. Został mu wierny nawet wówczas, gdy ci, z którymi zawarł to przymierze, postanowili Go zabić. Swoją śmiercią uczynił dodatkowy mur obronny wokół nich, darząc ich jeszcze większą miłością. Nie cofnie tego przymierza nigdy. Ono też będzie najboleśniejszym wyrzutem dla tych, którzy je złamali podnosząc rękę na Niego lub Jego Prawo. Można obserwować, jak świat stopniowo i wytrwale niszczy wszystkie naturalne mosty umożliwiające współczesnemu człowiekowi dotarcie do wielkich Bożych wartości. Tak niszczy chleb, lekceważony i poniewierany; tak niszczy wrażliwość na życie, zgadzając się na zabijanie nienarodzonych i robiąc teatralne widowiska z wojny; tak podważa autorytet rodziców i wychowawców. Przykłady można przytaczać w długim szeregu. W tym też programie zostało umieszczone fundamentalne dla historii zbawienia pojęcie przymierza Boga z ludźmi. Skoro człowiek kończącego się dwudziestego wieku nie rozumie wartości przymierza, które może mu w stu procentach gwarantować bezpieczeństwo i pomoc drugiego człowieka na miarę jego możliwości, to nigdy nie zrozumie, co to znaczy, że Bóg daje mu taką stuprocentową gwarancję. Na tym bowiem polega przymierze Boga z człowiekiem. Syn Boga to przymierze przypieczętował swoją własną Krwią i oczekuje, że i ludze ze swej strony potrafią przypieczętować krwią swoją wierność zawartemu z Nim przymierzu. Gwarancja, jaką daje Bóg, jest tak zdumiewająca, że każdy, kto dostrzeże jej konsekwencje, staje zdumiony i wypełniony bojaźnią, chcąc Mu dochować wierności. Okres Wielkiego Postu to ponowne odkrywanie realnych wymiarów przymierza, jakie Bóg zawarł z ludzkością i z każdym z nas indywidualnie. Dokonał tego na chrzcie świętym, wprowadzając w tajemnicę swej śmierci i zmartwychwstania. Ponawia zaś je podając przy ołtarzu „Kielich Krwi nowego przymierza”. Czas Wielkiego Postu to czas rekonstrukcji mostów, którymi można dotrzeć do Boga. Jednym z nich jest most przymierza, które mamy ponowić w liturgii Wielkiej Soboty odnawiając przymierze chrzcielne. ks.E.S. Chcę Ci służyć, o Boże, z dobrym sumieniem, dzięki zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa (1 P 3, 21) Liturgia wielkopostna rozwija się podwójnym torem: z jednej strony zasadnicze okresy historii zbawienia przedstawione przez Stary Testament, z drugiej wydarzenia, coraz ważniejsze, z życia Jezusa, aż do Jego śmierci i zmartwychwstania, ukazane przez Ewangelie. Po grzechu pierworodnym, który zerwał przyjaźń człowieka z Bogiem, Bóg sam zaczyna wkraczać wielokrotnie, by przyprowadzić znowu człowieka do swojej miłości. Tutaj wyróżnia się przymierze zawarte z Noem na zakończenie potopu (Rdz 9, 8-15; I czytanie). Gdy patriarcha wstąpił na suchą ziemię, złożył Bogu ofiarę dziękczynną za to, że został zachowany wraz ze swoimi dziećmi. „Zawieram z wami przymierze — powiedział wówczas do niego Bóg — nigdy już nie zostanie zgładzona żadna istota żywa wodami potopu i już nigdy nie będzie potopu niszczącego ziemię” (tamże 9. 11). Kary Boże zapowiadają zawsze ratunek: Adam wyrzucony z Raju otrzymał obietnicę Zbawiciela; Noe zachowany od wód potopu, które pochłonęły niezliczone mnóstwo ludzi, otrzymuje od Boga zapewnienie, że nie będzie już więcej potopu niszczącego ludzkość. A jako znak swojego przymierza Bóg położył swój łuk na obłokach (tamże 73), łuk pokoju łączący ziemię z niebem. Jest on jednak tylko symbolem przymierza nieporównanie wyższego, które Bóg ustanowi we krwi Chrystusa. Św. Piotr (II czytanie: 1 P 3, 18-22), wspominając pierwszym chrześcijanom „arkę, w której niewielu, tj. osiem dusz, zostało uratowanych przez wodę”, wyjaśnia: „Teraz również zgodnie z tym wzorem ratuje ona we chrzcie” (tamże 20-27). Wody chrztu niszczą grzech — jak wody potopu zniszczyły grzesznych ludzi — zachowując wierzącego „dzięki zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa”. Chrześcijanin, o wiele więcej niż Noe, jest zbawiony przez wodę; nie na drzewie arki, lecz na drzewie krzyża Pana, dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu. Wielki Post zmierza do tego, by obudzić w chrześcijaninie wspomnienie chrztu, który oczyszcza z grzechu i zobowiązuje go, aby żył z „dobrym sumieniem” (tamże 21) dochowując wiernie obietnicy wyrzeczenia się szatana, a służenia samemu Bogu. Bardzo odpowiada temu dzisiejsze czytanie Ewangelii (Mk 1, 12-15) z tradycyjnym obrazem pustyni, gdzie Jezus walczył przeciw Szatanowi, odrzucając jego pokusy, aby dodać chrześcijaninowi odwagi w podobnym postanowieniu. Marek, w przeciwieństwie do pozostałych synoptyków, nie opisuje pokus szczegółowo, lecz streszcza je krótko: „Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. Czterdzieści dni przebył na pustyni, kuszony przez Szatana” (tamże 12-13). Nastąpiło to bezpośrednio po chrzcie w Jordanie: jak tam chciał zrównać się z grzesznikami, chociaż nie potrzebował oczyszczenia, tak na pustyni chce stać się im podobny aż do ostatniej granicy, jaką dopuszczała Jego świętość, to jest aż do pokusy. Lecz Jezus podejmując walkę z Szatanem, z której wychodzi zwycięsko, udowadnia, że przyszedł uwolnić świat spod panowania Złego, a równocześnie wysługuje dla każdego człowieka siłę do zwyciężenia szatańskich zasadzek. Chrześcijanin, chociaż ochrzczony, nie jest wolny od pokus; owszem, nieraz im gorliwiej stara się służyć Bogu, Zły tym bardziej usiłuje zastawić mu drogę, chcąc go odgrodzić od Chrystusa i przeszkodzić Panu w pełnieniu Jego zbawczej misji. Wówczas należy uciec się do środków, jakich użył sam Jezus: do pokuty, modlitwy, do doskonałej zgodności z wolą Ojca: „Napisane jest: nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4). Kto jest wierny słowu Bożemu, kto karmi się nim ustawicznie, nie zostanie zwyciężony przez Złego. O wodo, obmyłaś wszechświat zbroczony ludzką krwią i dlatego jesteś symbolem obecnego oczyszczenia! O wodo, któraś zasłużyła stać się sakramentem Chrystusa i obmywasz wszystko sama, nic potrzebując obmycia! Ty zapoczątkowujesz i ty wypełniasz doskonałość tajemnic... dałaś swoje imię prorokom i apostołom, dałaś swoje imię Zbawicielowi: oni są obłokami niebieskimi i solą świata; w tobie jest źródło życia... Kiedy wypłynęłaś z boku Zbawiciela, oprawcy ujrzeli cię i uwierzyli. Dlatego jesteś jednym z trzech świadków naszego odrodzenia; istotnie „trzej są świadkowie: woda, krew i Duch”. Woda na obmycie, krew na odkupienie, a Duch na zmartwychwstanie (św. Ambroży). Chryste, nasz Panie, uświęciłeś okres pokuty poszcząc przez czterdzieści dni i zwyciężając podstępy dawnego kusiciela, nauczyłeś nas zwalczać grzechowe pokusy; dozwól, byśmy z czystym sercem obchodzili święta wielkanocne, a kiedyś doszli do Paschy wieczystej. O Panie, naucz nas łaknąć chleba żywego i prawdziwego i żyć każdym słowem, które pochodzi z ust Twoich (Mszał Polski: zob. prefacja i modlitwa po Komunii). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Trzecia Niedziela Wielkiego Postu Jezus w świątyni jerozolimskiej chce przebywać w tym, co należy do Ojca. Ale to święte miejsce stało się placem targowym, pełnym małych, gorączkowo prowadzonych interesów. Bóg dla wielu stał się dodatkiem do życia, czasem bardzo wygodnym dla pomnażania doraźnych zysków. Jeśli świętość przestanie być święta, jeśli Dekalog straci znaczenie człowiek zagubi poczucie nadprzyrodzonego celu swego życia, przylgnie do ziemi i utraci swoją godność. Potrzebujemy oczyszczenia świątyni naszego serca; potrzebujemy Chrystusa, który jest mocą mądrością Bożą. o. P. Stasiński OFMCap Handel w świątyni Czytanie Ewangelii św. Jana jest trudne z tej racji, że prawie zawsze autor w jednym tekście prowadzi czytelnika równocześnie na dwu poziomach. Jeden jest historyczny, przedstawia wydarzenia z życia Jezusa, przytacza Jego przemówienia, relacjonuje prowadzone przez Niego dyskusje. Drugi poziom jest zarezerwowany dla ukazania podstawowych prawd wiary. Całość jednak jest tak pomyślana, że kto nie odczyta dokładnie wydarzenia o charakterze historycznym, nie potrafi dostrzec bogactwa ukrytego na poziomie drugim. Scena wypędzenia kupców ze świątyni jest pod tym względem tekstem klasycznym. Jan nawiązuje do historycznego wydarzenia. Jezus, który ustawicznie oczyszczał autentyczne życie religijne z wszelkich wypaczeń, tym razem, w sposób wyjątkowo ostry, piętnuje zbezczeszczenie świątyni przez wprowadzenie w jej mury handlu. Pod pozorem troski o ułatwienie praktyk religijnych, w obrębie murów świątyni ustawiono stragany, oferując kupującym zwierzęta ofiarne. Pokusa łączenia religii z biznesem jest stara jak świat, i nie łatwo ją odrzucić. Już w pierwszych pokoleniach chrześcijan pojawia się jako groźne niebezpieczeństwo, skoro autor „Didache” przestrzega: „Strzeżcie się ludzi, którzy chcą robić interes na Chrystusie”. Problem nie jest łatwy do rozstrzygnięcia. Tam, gdzie trzeba wznosić świątynię, musi brzęczeć pieniądz, bo świątynia budowana dla Boga powstaje jednak z materiałów zakupionych w świecie, a na to trzeba pieniędzy. Potrzeba ich również do utrzymania już wybudowanej — remonty, malowanie, wyposażenie, sprzątanie, światło itp. W sumie w grę wchodzą miliony, a te muszą przepływać przez ręce ludzi odpowiedzialnych za budowę czy utrzymanie świątyni. Ponieważ zaś z doświadczenia wiadomo, że ręce ludzkie są lepkie i pieniądz łatwo przykleja się do nich, o nadużycia nietrudno. Jeszcze łatwiej o posądzenie, jako że wielu sądzi według siebie i nie wierzy, że inni mogą być uczciwsi od nich. Ostra reakcja Jezusa ma na uwadze wytyczenie jasnej granicy między świątynią, domem modlitwy, a światem, gdzie jest miejsce na handel. Chrystus broni świętości świątyni, domu swego Ojca. Taki jest historyczny sens przedstawionego przez Jana wydarzenia. W drugim znaczeniu, głębszym, chodzi o spojrzenie oczami wiary na ciało Jezusa. Ono jest nową świątynią. W nim mieszka Bóg. Ponieważ napięcie między świątynią jerozolimską a Jezusem wzrastało, Ten zapowiada zburzenie świątyni swego ciała i odbudowanie jej w ciągu trzech dni. Przez zestawienie siebie ze świątynią Jezus pragnie ukazać Żydom coś z tajemnicy swej świętości. Natomiast Apostołom pragnie przez to pomóc w przejściu od kultu świątynnego do wiary w Jego zmartwychwstanie. Ośrodkiem ich życia nie będzie już świątynia jerozolimska, lecz zmartwychwstały Mistrz. To w Nim rozpoznają obecnego Boga. Warto zaznaczyć, że i ta najcenniejsza świątynia świata została przez Judasza przehandlowana za marne trzydzieści srebrników. Judasz jest pierwszym uczniem Chrystusa, który chciał zrobić interes na Mistrzu. Jaki to był interes, ujawniło się w ciągu kilku dni, a los Judasza stał się przestrogą dla wszystkich, którzy usiłują zbić pieniądze na Ewangelii. Dużo się mówi o następcach świętych Apostołów, rzadko natomiast o następcach tego jednego, nieświętego, Judasza. A i on ma swoich następców prawie w każdym pokoleniu. Dźwięk monety jest dla nich mocniejszy od przestrogi zawartej w dramacie syna z Kariot. Kto patrzy na świątynię przez pieniądze, nie potrafi dostrzec jej prawdziwego skarbu. Często zło wykorzystuje szelest liczonych w kościele pieniędzy dla zniszczenia tego, co najświętsze, najcenniejsze, boskie. I dziś trzeba zabiegać o zachowanie w Kościele granicy między tym, co święte, a tym, co świata. I dziś trzeba w Chrystusie odkryć tę najpiękniejszą świątynię, w której to, co ludzkie, łączy się w hymnie uwielbienia z tym, co boskie. W świątyni Ciała zmartwychwstałego Chrystusa już nie dźwięczą pieniądze, ich miejsce zajmuje łaska i wdzięczność. Szczęśliwy, kto potrafi przejść na ten poziom życia religijnego. Jego już pieniądze świątyni nie zgorszą. Prawo i wolność Niewielu ludzi rozumie, że szacunek dla prawa jest gwarancją ich wolności. Najczęściej w prawie widzą zagrożenie dla swej wolności, jej ograniczenie. Ubóstwienie wolności jest równie groźne, jak ubóstwienie prawa. Jedno i drugie niszczy człowieka. Wolność bez ograniczeń jest jak samochód w biegu, w którym zawiódł układ sterowniczy. Kierowca jest zdany na łaskę losu. Nie potrafi obliczyć żadnych skutków swej jazdy, z reguły też tak uszkodzonym samochodem nie zajedzie zbyt daleko. Wypadek jest nieunikniony. Dziś odwoływanie się do wolności jest tak częste, iż staje się prawie śmieszne. W imię wolności dziecku wolno uderzyć matkę, uczniowi wolno jeść w czasie lekcji, studentowi wolno przerwać na kilka lat studia, małżonkowi wolno zdradzić żonę, a więźniowi wolno domagać się telewizora w celi. Wolność to bożek naszego wieku. Nikt jednak nie chce powiedzieć głośno, że tak rozumiana wolność — czynienie tego, co mi się podoba — byłaby możliwa wyłącznie wówczas, gdyby na obszarze stu kilometrów kwadratowych żył tylko jeden człowiek. Z tą chwilą bowiem, gdy obok niego pojawi się drugi, mając takie samo pojęcie wolności, w wielu sytuacjach ich dążenia będą kolidować z sobą. Wolność jednego ograniczy wolność drugiego, a wówczas trudno już mówić o wolności. Im więcej ludzi zamieszka na jednym kilometrze kwadratowym, tym większe będzie ograniczenie wolności każdego z nich. Łatwo to można obserwować w ciasnych mieszkaniach, gdzie maleńki metraż wytycza granice świata dla kilku, czasem kilkunastu ludzi. Jakże bardzo jest ograniczona wolność każdego z nich, gdy dwadzieścia cztery godziny na dobę muszą się liczyć z domownikami i sąsiadami. Chcąc do maksimum ocalić i wykorzystać wolność każdego, muszą określić prawa. One są nieodzowne dla normalnego funkcjonowania całej społeczności. Nie zawsze są to prawa pisane, ale one są. Im doskonalej są zachowywane, tym pełniej ludzie mogą wykorzystać swoją wolność. W pewnym momencie sami odkrywają, że umiejętność doskonalenia prawa i doskonalenia jego zachowania jest wykładnikiem ich wolności. To, że mogą dobrowolnie prawo określać i dobrowolnie je zachować, stanowi o ich wielkości. To w tym kontekście należy dostrzec wartość dekalogu. Bóg darząc nas wolnością, a równocześnie łącząc we wspólnotę życia, jako nasz Stwórca, musiał określić prawa, by zagwarantować nam właściwe wykorzystanie wolności. Gdyby nasza wolność była mądra, to każdego dnia dziękowalibyśmy Bogu za dar Jego prawa i czynilibyśmy wysiłki, by to Jego prawo możliwie doskonale zachować. Niestety, nasza głupota ciągle widzi w prawie swoje nieszczęście, ograniczenie, przeszkodę w wykorzystniu pełni wolności. Stąd też raz po raz podejmujemy wysiłki, by prawo zlekceważyć, by go nie zachowywać. Płacimy za to wielkie ceny, ale wciąż popełniamy ten sam błąd. Egoizm nie chce kierownicy, chce robić to, co się mu podoba, i mimo serii klęsk nie rezygnuje ze swego. Jest tak mocny, że woli ponosić klęski, niż dostosować się do prawa, bo klęska jego jest jeszcze jednym dowodem na to, że prawo stanowi przeszkodę na drodze jego rozwoju. Konflikt wolności z prawem jest tak długo nieunikniony, jak długo wolność nie zostanie objęta w całości miłością. Prawo miłości jest bowiem najdoskonalszym prawem i w nim wolność zyskuje najdoskonalszą pełnię. Wola, która kocha, staje się odpowiedzialna za siebie, za innych i za prawo, które ułatwia sprostanie tej odpowiedzialności. Ten, kto kocha, dobrowolnie zgadza się na ograniczenie swej wolności wolą osoby kochanej. Tego ograniczenia nie traktuje jako krzywdy, lecz jako wielkie szczęście. Odkrywa bowiem, że łącząc się z drugim człowiekiem, powiększa zakres swojego świata o jego świat, a siłę swojej woli — o siłę jego woli. W zmaganiu świata z Bogiem dwie wartości — wolność i prawo zostały sobie przeciwstawione. To wielki sukces zła. Miliony ludzi na świecie dało się zwieść tej propagandzie, wchodząc na drogę lekceważenia prawa i ubóstwiania wolności rozumianej jako samowola. Każdy mądry człowiek wie, że wolność jest jak źródło kryształowej wody, a prawo jak brzegi tego źródła i rzeki, którą wypływająca z niego woda popłynie. Te dwie wartości nie tylko nie są przeciwstawione, lecz organicznie ze sobą połączone. Nie ma wolności bez szacunku dla prawa i nie ma prawa bez szacunku dla wolności! ks.E.S. Umocnij, Panie, kroki moje Twoją mową, niech nie panuje we mnie żadna niegodziwość (Ps 119, 133) „Niedługo po wydarzeniu Paschy”, czyli po przejściu oswobadzającym lud Izraela z Egiptu i wprowadzającym na pustynię, przez którą miał on przejść do ziemi obiecanej, Bóg zawiera z nim Przymierze i wypełnia je przez dar dekalogu. „Ja jestem Pan, twój Bóg, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli: Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie!” (Wj 20, 2-3). Miłość, jaką Bóg okazał Izraelowi przez swoje nadzwyczajne interwencje, jest fundamentem jego wierności względem swego Pana. Dekalogu nie można uważać za suche prawo moralne, nałożone autorytatywnie z nieba. Wypływa ono z miłości Boga, który uwolniwszy swój naród z niewoli egipskiej, pragnie go wyrwać z wszelkiej moralnej niewoli, grzechu i namiętności oraz związać z sobą przyjaźnią. Przyjaźń tę będzie okazywać we wszechmocnej dobroci zawsze gotowej spieszyć z pomocą, od człowieka zaś oczekuje wierności względem woli Bożej. Zresztą dekalog wyjaśnia tylko to prawo miłości — względem Boga i bliźniego — jakie na początku stworzenia Bóg wyrył w sercu człowieka, który jednak szybko je przekręcił i o nich zapomniał. Izrael nie wytrwał w wierności obiecanej na Synaju; wiele ma na swoim rachunku wykolejeń, odejść i zdrad, w ciągu wieków zaś pojawiło się mnóstwo tłumaczeń literalnych oraz formalistycznych nadbudówek, które pozbawiły dekalog jego prawdziwej i głębokiej treści. Konieczne było, aby Jezus przyszedł odnowić dawne prawo, uzupełnić je i udoskonalić przede wszystkim pod względem miłości i znaczenia wewnętrznego. To rzuca światło na śmiały czyn Chrystusa wyrzucającego przekupniów, którzy bezczeszczą świątynie. Bogu należy służyć i uwielbiać Go z czystą intencją. Religia nie może służyć za podnóżek dla osobistych interesów oraz samolubnych i ambitnych dążności człowieka. „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska” (J 2, 16). Stosunek do Boga i do bliźniego powinien być niezwykle prawy, szczery. Może się zdarzyć, że w służbie Bożej czy w zachowywaniu jakiegoś szczegółu dekalogu zważa się więcej na stronę zewnętrzną, prawną, niż na wewnętrzną, i wówczas można się stać w mniejszej lub większej mierze bezcześcicielem świątyni, religii, prawa Bożego. Jan zauważa, że Jezus oczyścił świątynię uwalniając ją od kupców i ich towarów, kiedy zbliżała się „Pascha żydowska” (tamże 13). Kościół przed „Paschą chrześcijan” powtarza ten gest, zapraszając wiernych do oczyszczenia własnego serca, aby z niego wzniosła się do Boga cześć jak najczystsza. Lecz Jezus mówi o innej świątyni, jaśniejącej nieskończoną godnością, „o świątyni swego ciała” (tamże 21). To miał na myśli, kiedy powiedział: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo” (tamże 19). Słowa te zgorszyły Żydów, uczniowie zaś zrozumieli je dopiero po śmierci i zmartwychwstaniu Pana. Dzięki swej tajemnicy wielkanocnej Jezus zastąpił świątynię Starego Przymierza przez swoje ciało, tę świątynię żywą i godną Trójcy. Ono to, złożone w ofierze na zbawienie świata, zastępuje i przekreśla wszystkie ofiary z „gołębi, baranków i wołów” (tamże 14-75), jakie składano w ofierze w świątyni jerozolimskiej, która zatem straciła racje bytu. Ośrodkiem Nowego Przymierza jest więc już nie świątynia z kamienia, lecz „Chrystus ukrzyżowany, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan; dla tych zaś, którzy są powołani... mocą Bożą i mądrością Bożą” (1 Kor 1, 23-24). Żadna krzywda, żadne głośne oskarżenie nie potrafiło sprowadzić Cię z drogi wyznaczonej przez wolę Twoją, o Panie najmiłosierniejszy, który odnawiasz to, co zginęło i popadło w ruinę. Tak została złożona Bogu w ofierze na zbawienie światu szczególna żertwa, a Twoja śmierć, o Chryste, prawdziwy Baranku, zapowiadana w ciągu wszystkich wieków, przeniosła synów obietnicy do wolności synów Bożych. Nowe Przymierze zostało zatwierdzone, a krwią Twoją o Chryste, zostali zapisani dziedzice królestwa wiecznego. Ty, najwyższy Kapłanie, wstąpiłeś do miejsca świętego świętych i jako kapłan niepokalany, okryty śmiertelnym ciałem, wszedłeś przebłagać Boga... wówczas dokonało sit; przejście od prawa do Ewangelii, od synagogi do Kościoła, od wielu ofiar do jednej żertwy. „To co było stare, przeminęło, a oto nowe powstało”: przez Twoje pośrednictwo, o Chryste, i razem z Tobą wspólnota w męce i zmartwychwstaniu wiecznym jest jedna dla wszystkich, którzy wierzą w Ciebie i zostali odrodzeni w Duchu Świętym według słów Apostola: „Wy jesteście umarli, a życie wasze jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Kiedy Chrystus, życie wasze. objawi się, wówczas również wy okażecie się z Nim w chwale” (św. Leon Wielki). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Czwarta Niedziela Wielkiego Postu Wielki Post nie jest bynajmniej czasem smutku. Jest to przede wszystkim czas powrotu do tego, co pierwsze i najważniejsze w naszym życiu: do miłości Boga. Wszystkie wielkopostne praktyki pokutne o tyle mają sens, o ile służą otwarciu serca na przyjęcie darmowej miłości Boga, objawionej w Jezusie Chrystusie, bez której nie jesteśmy w stanie zrobić niczego dobrego. Mają nam one pomóc przyjąć miłość Boga i rozpoznać w sobie Jego dzieci. Ten, kto uwierzył miłości Boga, sam staje się jej znakiem dla innych przez wszystko, co robi i mówi. M. Zachara MIC Odważny uczeń Chrystusa Nikodem obserwował działalność Jezusa, pilnie słuchał tego, co Mistrz z Nazaretu mówił. Był przekonany, że ma do czynienia z prorokiem. Chciał przeprowadzić z Jezusem osobistą rozmowę. Miał do Niego pytania. Wybrał się nocą i Jezus poświęcił Mu czas na spotkanie, na spokojną wymianę zdań. Celem tej rozmowy ze strony Jezusa było wezwanie Nikodema do szukania wartości wyższych niż doczesne. Chodziło o to, by skorzystał z tej niepowtarzalnej szansy spotkania z Synem Boga, który znał drogę do pełnego szczęścia. Warunkiem zaś skorzystnia z tej szansy była wiara w dwie prawdy. Po pierwsze, należało uwierzyć w Chrystusa wywyższonego na krzyżu. Jezus chcąc pomóc Nikodemowi w zrozumieniu tej tajemnicy, odwołał się do miedzianego węża, jakiego sporządził Mojżesz na pustyni, chcąc ratować ludzi atakowanych przez jadowite węże. Spojrzenie na miedzianego węża, z woli Boga, zachowywało przy życiu Izraelitów. Nikodem, jako nauczyciel żydowski, znał dobrze relacje o tym wydarzeniu zamieszczonym w Księdze Liczb i w oparciu o nie mógł zrozumieć sens „wywyższenia” Jezusa na krzyżu. Jest faktem, że Nikodem był lepiej przygotowany do przyjęcia śmierci Chrystusa na krzyżu niż Apostołowie. Będąc nauczycielem w Izraelu pierwszy dostrzegł sens zbawczej śmierci Chrystusa i dlatego w Wielki Piątek z niezwykłą odwagą stanął po stronie Skazańca, biorąc udział w Jego pogrzebie. Druga prawda, którą Jezus przedstawia Nikodemowi jako warunek zbawienia dotyczy miłości Boga. Dostojnik żydowski dobrze zapamięta słowa Mistrza: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne”. W tym zdaniu Jezus ukazuje sam fundament chrześcijańskiej wiary, którym jest prawda o niepojętej miłości Boga. Ojciec dał Jednorodzonego Syna, Syn z kolei da swoje życie, a wszystko dlatego, że Bóg kocha świat. Nikodem dostrzegł w zbawieniu ofiarowaną przez Boga w Chrystusie Jego Miłość. Na twarzy Jahwe, Sprawiedliwego Sędziego, o którym mówią karty Starego Testamentu, Jezus ukazał uśmiech kochającego Ojca, pełnego miłosierdzia, który nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat przez Niego został zbawiony. Nie wiemy, ile przeciwności musiał przeżyć ten nauczyciel ze strony faryzeuszy, którzy stanowili zdecydowaną opozycję wobec koncepcji życia religijnego przekazanej przez Jezusa. Nikodem miał odwagę samodzielnego myślenia. Potrafił się przeciwstawić presji opinii publicznej. Szukał prawdy. Jest to jedna z pięknych postaci Ewangelii. Kochał prawdę i „spełniając jej wymagania, zbliżył się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu”. Odwaga rośnie na umiłowaniu prawdy. Nikodem decydując się na pierwszą rozmowę z Jezusem, wkroczył na drogę wewnętrznej pewności, której mu już nikt nie odebrał. Postępując zgodnie ze swoim sumieniem spotkał się z Jezusem, a umocniony tym spotkaniem dostosował swe postępownie do wymagań Ewangelii. Ktokolwiek szuka prawdy i ma odwagę samodzielnie myśleć, wcześniej czy później spotka człowieka, który mu pomoże odnaleźć właściwe miejsce w życiu. Rozmowa z nim wypełni go pewnością, której fundamentem jest Bóg — Prawda w czystej postaci. Nikodemowe rozmowy stanowią jeden z zasadniczych wątków historii Kościoła. To w nich szukający ludzie odnajdują pewność swojej drogi życia. W nich również krystalizuje się chrześcijańska odwaga. Błogosławiony dzień Czytając przykazania podane na Synaju a zapisane w Księdze Wyjścia zastanawia fakt, iż tylko trzy z nich zostały zaopatrzone przez samego Boga w komentarz. Najobszerniejszy zaś dotyczy zachowania szabatu. Niejednemu człowiekowi wierzącemu wydaje się, że wszystkie inne są ważniejsze niż to. Oto pełny zapis przykazania trzeciego: „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić. Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszelkie zajęcia. Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci twego Boga, Pana. Nie możesz przeto w tym dniu wykonywać żadnej pracy ani ty sam, ani syn twój, ani twoja córka, ani twój niewolnik, ani twoja niewolnica, ani twoje bydło, ani cudzoziemiec, który mieszka pośród twych bram. Bo w sześciu dniach uczynił Pan niebo, ziemię, morze oraz wszystko, co jest na nich, w siódmym zaś dniu odpoczął. Dlatego pobłogosławił Pan dzień szabatu i uznał go za święty” (Wj 20, 8-11). Nakaz jest niezwykle konkretny. Izraelici mają zachować pełny odpoczynek dnia siódmego i mają obowiązek stworzyć w tym dniu świat odpoczynku. Tam, gdzie przebywają, wszystko musi być objęte odpoczynkiem. Przykazanie obejmuje służbę, pracowników, cudzoziemców, a nawet bydło. Chodzi tu o stworzenie atmosfery odpoczywania, której nic nie zakłóca. Jest rzeczą znamienną, że żadne z przykazań nie przypomina o obowiązku pracy, natomiast jedno z dziesięciu tak szczegółowo gwarantuje potrzebę odpoczywania. Człowieka bowiem nie trzeba zachęcać do pracy. Robota jest jego pokusą. Człowieka trzeba uwrażliwiać na potrzebę odpoczynku. Sam Bóg wiedząc o naszej skłonności do zapracowania się na śmierć, w dekalog wprowadził przykazanie domagające się odpoczynku. Mojżesz zaznacza, że ten dzień odpoczynku Bóg „pobłogosławił i uznał go za święty”. Jedyny dzień tygodnia pobłogosławiony. Cóż to znaczy? Ten jeden dzień jest przeznaczony na odbiór z rąk Boga łask. Odpoczynek potraktował Bóg nie tylko jako przerwę w pracy, ale i jako przestrzeń potrzebną do spotkania się z Nim samym. Bóg chce się z nami spotkać w odpoczynku. Z doświadczenia wiadomo, iż wrogiem numer jeden prawdziwej miłości jest pośpiech i zmęczenie. Jeśli kochający się ludzie nie mają dla siebie czasu, są zabiegani i zmęczeni, ich miłość szybko obumiera. Nie pomoże tu dobra wola, musi być czas na spotkanie, to spotkanie staje się odpoczynkiem, a odpoczynek dopełnia się w spotkaniu. Bóg wiedząc o tym, że nasze szczęście, jest uzależnione od systematycznego spotkania z Nim, zarezerwował jeden dzień w tygodniu dla odpoczynku i dla spotkania z nami. To w tym dniu ubogaca nas swoją łaską na cały tydzień. Innymi słowy, kto nie spotka się z Bogiem w odpoczynku, na pewno nie spotka się z Nim w pracy. Dzieje Izraela są ściśle uzależnione od zachowania szabatu. Zwraca uwagę na to prorok Jeremiasz: „Dokąd kraj nie wywiąże się ze swych szabatów, będzie leżał odłogiem przez cały czas swego zniszczenia, to jest przez siedemdziesiąt lat” /2 Krn 36, 21/. Zlekceważenie szabatu doprowadziło naród do całkowitej klęski. Jeden dzień tygodnia Bóg zamienił na dziesięć lat kary. Klęska polityczna i gospodarcza miała swe źródło w łamaniu dnia świętego. Ktokolwiek dokładniej śledzi sposoby walki z religią, ten z łatwością odkryje, iż jednym z istotnych odcinków tego frontu jest niszczenie dnia świętego. Można to osiągnąć dając za pracę w niedzielę wyższe zarobki, lub zmuszając do niej szantażem, ale można również organizować tak intensywne formy odpoczynku, że ludzie w poniedziałek są bardziej zmęczeni niż po tygodniu pracy. Niedziela w zamyśle Boga ma być dniem odpoczynku, w którym dochodzi do osobistego spotkania człowieka ze Stwórcą. Szczęśliwy każdy, kto odkrył tajemnicę dnia Pańskiego i umie zanurzać swe serce w błogosławieństwie, jakim ten dzień jest wypełniony. ks. E. S. „Chwalcie Pana, bo dobry, bo Jego łaska na wieki” (Ps 136, 1) Liturgia słowa nie przestaje czerpać z dziejów Izraela pouczeń o potrzebie nawrócenia oraz o miłosierdziu Bożym, które idzie za człowiekiem, by go doprowadzić do zbawienia. Mimo nieustannych niewierności Żydów, nawet ich przywódców i kapłanów, Bóg nie przestał posyłać „z troską i bez wytchnienia swoich posłańców, aby ich upominali, albowiem litował się nad swym ludem... oni jednak szydzili z Bożych wysłanników, lekceważyli ich słowa i wyśmiewali się z Jego proroków, aż wzmógł się gniew Pana... i nie było już ocalenia” (2 Krn 36, 15-16). Przyszła więc kara: zburzenie świątyni i przesiedlenie do Babilonu. Historia ta jeszcze dzisiaj, po tylu gorzkich doświadczeniach, ciągle się powtarza w życiu narodów, rodzin, jednostek. Im bardziej człowiek pozwala się opanować namiętnościom, tym więcej zamyka się na słowo Boże, odrzuca Jego wysłańców, przekręca prawdę, tłumi głos sumienia i kończy życie w niezgodzie z Bogiem, z sobą samym i z bliźnim. Oto przyczyna antagonizmów, podziałów, walk na wszystkich szczeblach. Jest wielką łaską, gdy człowiek dochodzi do rozpoznania w tych klęskach kary Bożej za swoje przewinienia. „Gniew Pana”, o którym mówi Pismo, jest jeszcze objawem Jego miłosierdzia. Ono bowiem karze człowieka, by go doprowadzić do opamiętania. Lecz Nowy Testament stwierdza, że obecnie Bóg karze człowieka dopiero wtedy, gdy wyczerpie względem niego najwyższe środki swojej nieskończonej miłości. „Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na wskutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia” (Ef 2, 4-5). To jest ostateczny dowód miłosierdzia Bożego. Zamiast karać grzechy w człowieku niewdzięcznym i niepoprawnym, ukarał je w swoim Jednorodzonym Synu, aby człowiek wierząc w Chrystusa ukrzyżowanego, znalazł zbawienie. „Łaską jesteście zbawieni! — woła św. Paweł. — Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga” (tamże 5-8). Dar całkowicie darmo dany. Żadne stworzenie nie mogłoby się go nigdy spodziewać ani wysłużyć. I chociaż ten dar został dany całej ludzkości przed dwoma tysiącami lat, człowiek, by korzystać z jego dobrodziejstw, ma tylko uwierzyć w Chrystusa i przyjąć Jego Ewangelię. Bóg również Żydom ofiarowywał za darmo łaski zbawienia wówczas, gdy chcąc ich uchronić przed wężami jadowitymi, rozkazał Mojżeszowi wznieść na pustyni węża miedzianego. A człowiek ukąszony, patrząc na ten wizerunek, ratował się od śmierci. Lecz był to tylko nikły obraz zbawienia, jakie przyniósł Jezus, kiedy został wywyższony na krzyżu, „aby każdy, kto w Niego wierzy, miął życie wieczne” (J 3, 15). „Albowiem Bóg — ciągnie dzisiejsza ewangelia — nie posłał swego Syna na świąt po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony” (tamże 17). Sąd jednak będzie, lecz będzie taki, jaki sam człowiek wykona nad sobą, kto bowiem wierzy w Chrystusa, „nie podlega potępieniu”, podobnie jak „kto nie wierzy, już został potępiony” (tamże 18). Kto odpycha Chrystusa Odkupiciela, kto Go odrzuca, sam się wyklucza ze zbawienia, a sąd Boży potwierdzi tylko jego wybór. „Przemożne bogactwo” łaski i dobroci Boga „względem nas, w Chrystusie Jezusie” (Ef 2, 7) mówi, jak wielka jest odpowiedzialność tego, kto odrzuca dar Boży lub lekkomyślnie go nadużywa. W istocie człowiek nie uczyni nigdy za wiele, by Go przyjąć z wdzięcznością, wiarą i miłością, na jakie zasługuje. Wysławiamy Cię, Ojcze święty, bo stworzyłeś wszystkie swoje dzielą w mądrości i miłości. Ukształtowałeś człowieka na obraz i podobieństwo swoje i powierzyłeś mu cały świat, aby służąc Tobie samemu jako Stwórcy swemu rządził wszelkim stworzeniem. A gdy człowiek przez swoje nieposłuszeństwo stracił Twoją przyjaźń, nie pozostawiłeś go pod władzą śmierci, lecz w miłosierdziu swoim pośpieszyłeś z pomocą wszystkim ludziom, aby Ciebie szukali i znaleźli. Wielokrotnie zawierałeś przymierze z ludźmi i przez proroków pouczałeś ich, by oczekiwali zbawienia. Ojcze święty, tak umiłowałeś świat, że gdy nadeszła pełnia czasu, zesłałeś nam Jednorodzonego Syna swojego, aby nas zbawił. On to za sprawą Ducha Świętego stał się człowiekiem, narodził się z Maryi Dziewicy, i był do nas podobny we wszystkim oprócz grzechu. Ubogim głosił dobrą nowinę o zbawieniu, jeńcom wyzwolenie, smutnym radość. Aby wypełnić swój plan miłości, wydał się dobrowolnie na śmierć, a zmartwychwstając, zwyciężył śmierć i odnowił życie (Mszał Polski: czwarta modlitwa eucharystyczna). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny Sławimy dziś św. Józefa, Oblubieńca Bogarodzicy i opiekuna Jezusa. Na początku pragnął on być mężem i ojcem rodziny, ale Bóg zaprosił go do większej miłości. Św. Józef przez swoje posłuszeństwo Bogu stał się dla Maryi prawdziwym wsparciem, a dla Jezusa ojcem i nauczycielem. Bóg w swojej dobroci pragnął, aby Jego Syn uczył się miłości i modlitwy od tego, którego na ziemi nazywał swoim ojcem. Tym bardziej i my powinniśmy uczyć się od św. Józefa oddania Bogu, posłuszeństwa Jego łasce i trwania na modlitwie. ks. J. Szcześniak Pierwsze czytanie zabiera nas do Dawida, wielkiego przodka Jezusa. Jezus i Maria, oboje z domu Dawida, są ubodzy, a mimo to ich dom jest domem królewskim. Pochodzą od królów Izraela, a obietnice dane Izraelowi i domowi Dawida dotyczą ich osobiście. Prorok Natan zapewniał Dawida, że Bóg Jahwe wzbudzi mu dziedzica i uczyni królestwo niewzruszonym. Dawid zrozumiał obietnice tak, jak zrozumiałaby je większość królów, wyłącznie w kategoriach historii, dynastii i władzy tak, jak je rozumie świat. Ale Słowo Boga nigdy nie jest tylko tym, czym się wydaje. Słowo Boże jest wielowarstwowe i wzrasta, zyskując własne życie, gdy zostaje wypowiedziane w głośno w świecie, w konkretnym czasie i przestrzeni. Zatem dom Dawida zostanie zbudowany przez prostego, ubogiego, ciężko pracującego i bardzo marzycielskiego cieślę ze wsi Nazaret wiele pokoleń później. Zaprawdę, Jego Królestwo przetrwa, ale będzie zupełnie różne od jakiegokolwiek innego Królestwa. Ps 89 i jego refren – „Utrwalę na wieki twoje potomstwo” – jest aktem wiary ze strony Dawida, oparcia się na słowie Boga jako nadziei i pocieszeniu. Zatem Dawid śpiewa o łaskach Bożych i jego wierności przez wszystkie pokolenia. Bóg będzie skałą Dawida, Ojcem, Bogiem i Zbawicielem, Bóg będzie wszystkim tym i kimś więcej dla przyszłych pokoleń. Obietnica ta jest osią przymierza. Przychylność i dobroć Boga znajdzie odbicie w innym człowieku imieniem Józef, który będzie chronił Dziecię-Boga i Jego matkę, i będzie ich skałą, bezpieczeństwem, ucieczką na ziemi. Paweł mówi o sprawiedliwości, która bierze się z wiary i faktu, że z wiarą wszystko staje się łaską. Nie mówi o Dawidzie, ale o Abrahamie, starożytnym patriarsze, ojcu wszystkich tych, którzy tęsknią za domem i wierzą w słowo Przymierza Pańskiego. Jest ojcem w wierze dla wszystkich narodów, ale ojcem w oczach Boga, który „ożywia umarłych i to, co nie istnieje, powołuje do istnienia.” Wszelkie ojcostwo postrzegane jest w świetle Boga, Stwórcy, konstruktora i źródła życia, Tego, który powołuje do istnienia przez słowo swoich ust. Abraham miał nadzieję wbrew nadziei i uwierzył, że stanie się ojcem potomków bardziej licznych niż gwiazdy na niebie. Wiara Abrahama poczytywana mu jest za sprawiedliwość, właściwą relację z Bogiem, a przez to z innymi i całą ziemią. Sprawiedliwośc to hesed , łagodność i miłość, taka jaką okazuje Bóg względem wszystkiego, co zostało uczynione i co trwa. Sprawiedliwość to prawość, świętość, prawość, trwały pokój dla wszystkich, stan bycia takim, jakim najbardziej jest człowiek, najbardziej jak obecność Boga, jak Trójca, wspólnota. Wiara i sprawiedliwość są czymś osobistym. Związek z Józefem? Józef, który żyje słowem pochyconym w marzenie, w ponurych czasach, trudnym miejscu, nazywany jest Józefem sprawiedliwym. Jest prawy, święty, wierny, żywi nadzieję wbrew jakiejkolwiek nadziei, że to, czym żyje, jest prawdą. Józef żyje prawdą i wiarą, która sięga dużo szerzej niż to, co kiedykolwiek wyobrażali sobie Abraham, Dawid czy jakikolwiek prorok przed Józefem. Ewangelia uczy nas, że Jakub był ojcem Józefa, Józef mężem Maryi, z której zrodził się Jezus, zwany Mesjaszem. Relacja Józefa z Jezusem i Maryją nie zależy od więzów krwi, małżeństwa czy pokrewieństwa w jakiejś zwyczajowej formie, ale od marzeń, przyjaźni i miłości. Józef ryzykuje, adoptując dziecko Boga; jest tylko ojcem-człowiekiem, którego będzie znał Jezus, na którym będzie polegał i któremu będzie się zwierzał jako ojcu. Jest mężem Maryi, która była bliżej z Bogiem niż z nim – czy raczej jej bliskość z Józefem opierała się na poznaniu Ducha Bożego i bliskości z Nim. Opowieść Józefa w Pismach zaczyna się od jego zaręczyn z Maryją. Zanim zaczęli mieszkać razem, stała się brzemienna za sprawą Ducha Świętego. W relacji Łukasza Józef nie jest nawet wspomniany, ale w opowieści Mateusza Józef, na wieść o ciąży Marii, świadom że nie jest ojcem dziecka, znajduje się w trudnym położeniu. Jest człowiekiem prawym, ale nie chce poddawać Maryi ocenie Prawa, więc postanawia wziąć z nią cichy rozwód. W ten sposób pozostaje wiele niedopowiedzeń. Jego życie – tak jak je zaplanował – skończyło się. Jego marzenia o rodzinie, miłości, czułości, miejscu w społeczności, skończyły się. Bez względu na to, jak silna była jego relacja z Maryją, była na tyle silna, żeby nie postępował według Prawa, co naraziłoby ją na upokorzenie i być może na śmierć przez rytualne ukamienowanie, a przynjamniej doprowadziłoby do wydalenia jej ze społeczności. Zamiast tego Józef postanawia rozwieść się z nią po cichu. Mogła udać się do dalekich kuzynów lub krewnych albo pozostać samotną matką, prostytutką, niewolnicą w czyimś domu. Ale przynjamniej mieliby szansę na przeżycie – ona i dziecko. Taki był zamiar Józefa, prawdopodobnie wypracowany w agonii ducha i duszy, ze złamanym sercem i w rozpaczy na myśl o własnej przyszłości w pojedynkę. A dostaje tylko sen. Pojawia się przed nim anioł i mówi: ‘Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jeo grzechów”. To w skrócie. Rozkaz, by żyć bez lęku i zrobić tę jedną rzecz, której postanowił nie robić. Zyska zaszczyt nadania dziecku imienia Jezus, Jeszua, Zbawiciel swego ludu. Wskazówki z przeszłości współbrzmiałyby z przekonaniem Józefa; dziecię zrodzone z Ducha i imię Jozuego, towarzysza Mojżesza, który przyprowadził lud do Ziemi Obiecanej, człowieka, który zburzył miasto Jerycho bez walki. Wszystko to we śnie. Mamy tendencję do umniejszania znaczenia tych snów jako form ucieczki od rzeczywistości, trudnych spraw, wobec których trzeba stanąć i o których należy zdecydować. Ale sny w wierze są czymś całkowicie innym. Księga Rodzaju opowiada o innym śniącym o imieniu Józef. Kiedy jego bracia widzą, jak nadchodzi, wołają szyderczo: „Oto nadchodzi ten, który miewa sny” . Ale to Józef zdobędzie władzę w Egipcie i pewnego dnia nakarmi swoich braci i rodzinę i uratuje swój lud, a potem pojedna się z tymi, którzy pragnęli go zgładzić. Ten Józef i jego imiennik są dobraną parą. Obaj wierzyli w sny o Bogu i ludziach i wyczuwali, że Bóg zawsze używał dziwnych środków i okrężnych dróg. John Sanford w „Dreams: God’s Forgotten Language” przypomina nam, że sny są jedną ze zwykłych – niezywkłych dróg komunikacji z ludźmi w imię przyszłości stworzenia. Sen w wielu opowieściach z pism hebrajskich wnosi wiedzę, która jest pewna, tak wiarygodna, że śniący oprze na niej całe swoje życie, choć nie będzie tego w stanie wytłumaczyć nikomu innemu. Posłuszeństwo jest jedyną odpowiedzią na tego rodzaju doświadczenie mądrości i objawienia. Józefa odwiedza anioł i oferuje mu alternatywę, która na zawsze zmienia jego życie, tożsamość i całą jego osobę. Staje się mężem Maryi, ojczymem Zbawiciela swego ludu, to Jezus nadaje imię Słowu, które stało się ciałem. Będzie żył bez lęku w tym związku, ocali matkę i dziecko, byśmy wszyscy mogli zostać zbawieni przez Dziecię, które dorośnie i stanie się mężczyzną. Wszystko, co wiemy o Józefie to tyle, że jest prawy i posłuszny, ale nie jest posłuszny Prawu, jeżeli krzywdzi ono drugiego człowieka. Zwraca uwagę na sny, zna tradycję i historię, i podejmuje ryzyko – życia za dwie inne osoby. Ale tych dwoje jest więcej niż warte podjęcia ryzyka. Jaką wiedzę i zrozumienie miał Józef o Maryi i Jezusie? Jaka była jakość miłości, przyjaźni i modlitwy w tym domu? Wspólnie przeżywali niepewność, biedę, nienawiść przemoc, ucisk i wygnanie, gdy zdecydowali się osiedlić na prowincji, żeby dziecko było bezpieczne. Wspólnie dzielili także bliskość w życiu codziennym – uwielbienie Boga, nauka, tradycje, posiłki, dary i nadzieja w ich Boga. Żyli słowami aniołów, które pojawiły się tylko na początku, i pracowali nad nimi wspólnie od tamtego momentu. Dom był silnie stałym i bezpiecznym miejscem, miał trwać na wieki i przetrwał na wieki. Więzy, jakie ich łączyły, były w widoczny sposób inne niż u większości ludzi: wiara w Boga, nadzieja przeciwko nadziei, posłuszeństwo Słowu Bożemu, marzenia o zbawieniu i przebaczeniu grzechu, wreszcie obecność dziecka, Boga, który stał się ciałem i Ducha Świętego, którzy scalali ich razem. Często postrzegamy Maryję jako uczennicę, ponieważ uwierzyła Słowu Boga, które zostało jej powierzone. Ale Józef, w nie mniejszym stopniu niż Maryja, jest uczniem Dziecięcia Jezus, z tego samego powodu. Jego wiara jest wymagająca, wzywająca do pokory i uczyniła go sługa w nie mniejszym stopniu niż jego żonę. Zaprawdę, Józef zamieszkiwał w domu Pana przez wszystkie dni swojego życia! Jezuita Bill McNichols naucza nas tej prostej modlitwy: Święty Józefie, w nocy, nauczałeś tajemnego sposobu odosobnienia w ciszy albo w posłuszeństwie w snach. Ale za dnia prowadzisz nas w modlitwie, co oznacza po prostu czuwanie nad Matką i Dziecięciem. W Nowym Meksyku i wielu miejscach na Południowym Zachodzie występuje kwiat zwany „laską Św. Józefa” (znany także jako malwa). Są wysokie, twarde, mają silne kwiaty w jaskrawych kolorach, czasami kwitną dwa razy w szczycie letniego upału i suszy. Stoją wysoko, wymagając uwagi i prezentując piękno w jaskrawym kontraście z piaszczystym gruntem i paloną cegłą ścian. Rok po roku wiernie wracają, zajmując coraz większą powierzchnię i zyskując na sile w miarę upływu czasu. Józef – śniący, posłuszny sługa Świętego, mąż Marii, ojczym Jezusa, przyjaciel sprawiedliwych. Józef – ludzki ojciec Jezusa, opiekun i model mężczyzny. Musimy bliżej przyjrzeć się Jezusowi, pamiętając, że wiele nauczył się od tego mężczyzny, tak samo jak od swojej matki. Tych dwoje ukształtowało go i nauczyło jak być Jezusem z Nazaretu, cieślą. Nauczyli go jak się modlić i pielęgnowali w Nim wiarę przodków, śpiewali z Nim, karmili Go i ubierali, kochali w misji, jaką pełnił i w wolności pozwolili pójść własną drogą. Byli pierwszymi towarzyszami Jezusa w drodze, pierwszymi Jego uczniami, pierwszymi przyjaciółmi. Mieli relację wyjątkową w skali całego świata. Jestem pewna, że Józef nie miałby nic przeciwko adoptowaniu jeszcze kilku dzieci Bożych błąkających się dzisiaj po świecie. Być może czeka tylko, by go o to poprosić. Józefie, mężu Maryi, uczyń z nas tych, którzy śnią, przyciągnij bliżej do swojej rodziny i uchroń od nas od wszelkiej szkody, gdy wzrastamy, by być dziećmi, w których Nasz Ojciec może bezgranicznie się radować. Pomóż nam dojść do domu. Amen. Megan McKenna z książki "Wielki Post - Refleksje i opowieści" „Oto sługa roztropny i wierny, którego Pan ustanowi! głową swojej rodziny” (Ant. na wejście) Liturgia dzisiejsza ku czci św. Józefa ukazuje jasno cechy tego pokornego i cichego człowieka, który zajął pierwszoplanowe miejsce przy włączeniu Syna Bożego w historię. Potomek Dawida — „syn Dawida” jak go nazywa Ewangelia (Mt 1, 20) — łączy on Chrystusa z tym pokoleniem, z którego Izrael oczekiwał Mesjasza. Przez pokornego cieślę z Nazaretu wypełnia się w ten sposób proroctwo uczynione Dawidowi: „Przede Mną dom twój i twoje królestwo będzie trwać na wieki. Tron twój będzie utwierdzony na wieki” (2 Sm 7, 16; I czytanie). Józef nie jest naturalnym ojcem Jezusa, ponieważ nie dał Mu życia, lecz jest ojcem dziewiczym, który z polecenia Bożego wypełnia względem Jezusa misję prawną: nadaje Mu imię, włącza Go do rodu, opiekuje się Nim, stara się o Jego utrzymanie. A ta styczność, tak zażyła, z Jezusem wynika z jego zaślubin z Maryją. Józef jest człowiekiem „sprawiedliwym” (Mt 1, 19), jemu została powierzona misja dziewiczego oblubieńca najwspanialszej istoty wśród stworzeń i misja dziewiczego ojca Syna Najwyższego. On jest „sprawiedliwy” w całym znaczeniu słowa wyrażającego doskonałą cnotę, świętość. Jest to zatem sprawiedliwość, która ogarnia całą istotę poprzez doskonałą czystość serca i życia, przez całkowite, przylgnięcie do Boga, do Jego woli. A to wszystko w ramach życia niezwykle pokornego, ukrytego, ale jaśniejącego wiarą i miłością. „Sprawiedliwy z wiary żyć będzie” (Rz 1, 17); a Józef, „sprawiedliwy” w całym tego słowa znaczeniu, żyje doskonale tą cnotą. Drugie czytanie (Rz 4, 13. 16—18. 22) bardzo tu stosownie mówi o wierze Abrahama, ukazując ją jako typ i figurę wiary Józefa. Abraham uwierzył „wbrew nadziei” (tamże 18), że stanie się ojcem licznego potomstwa, i nie przestał w to wierzyć nawet wówczas, kiedy z posłuszeństwa rozkazowi Bożemu miał złożyć w ofierze jedynego syna. Józef wobec niepojętej tajemnicy macierzyństwa uwierzył słowu Anioła: „z Ducha Świętego jest, co się w Niej poczęło” (Mt 1, 20), i stłumiwszy wszelkie wątpliwości posłuchał jego rozkazu: „nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej małżonki” (tamże). Jeszcze bardziej niż Abraham musiał wierzyć w to, co po ludzku mówiąc było nie do pomyślenia: macierzyństwo dziewicy, wcielenie Syna Bożego. Przez swą wiarę i posłuszeństwo zasłużył sobie, że te wielkie tajemnice dokonały się pod jego dachem. Głoś, o Józefie... cuda, które oglądały twoje oczy. Widziałeś Dzieciątko spoczywające na łonie Dziewicy; adorowałeś Je z magami; oddałeś chwałę Bogu razem z pasterzami według słów Anioła. Proś Chrystusa Boga, aby zbawił nasze dusze... Głoś, o Józefie... cuda, które oglądały twoje oczy. Widziałeś Dzieciątko spoczywające na łonie Dziewicy; adorowałeś Je z magami; oddałeś chwałę Bogu razem z pasterzami według słów Anioła. Proś Chrystusa Boga, aby zbawił nasze dusze... Byłeś posłuszny rozkazom Bożym; napełniony czystością nie znającą równej sobie, o święty Józefie, zasłużyłeś sobie otrzymać za oblubienicę tę, która jest czysta i niepokalana między niewiastami; byłeś stróżem tej Dziewicy, gdy Ona zasłużyła sobie stać się przybytkiem Stworzyciela... Ty poprowadziłeś z miasta Dawidowego do Egiptu Dziewicę czystą, podobną do tajemniczej chmury kryjącej w swoim łonie Słońce sprawiedliwości... O Józefie, sługo niepojętej tajemnicy. Opiekowałeś się roztropnie, o Józefie, Bogiem, który stał się dzieckiem w ciele; służyłeś Mu jak jeden z Jego aniołów; On cię natychmiast oświecił, a ty przejąłeś w siebie Jego duchowe promienie. O Święty, serce, i dusza twoja jaśnieją blaskiem światłości. Ten, co jednym słowem stworzył niebo, ziemię i morze, nazywany był synem cieśli, synem twoim, przedziwny Józefie. Zostałeś ustanowiony ojcem Tego, który nie ma początku i który uwielbił cię jako sługę tajemnicy, przewyższającej wszelki rozum. Jak cenna była twoja śmierć w obliczu Pana, o święty Józefie. Poświęcony Panu od dzieciństwa, byłeś stróżem świętym błogosławionej Dziewicy i śpiewałeś razem z Nią hymn pochwalny: „Każde stworzenie niech błogosławi Pana i wywyższa Go po wieki wieczne. Amen” (hymn Kościoła greckiego) o. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
WIECZERZA PAŃSKA „Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? Poniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pana” (Ps 116, 12-13) „Bierzcie i jedzcie wszyscy: to jest Ciało moje... Bierzcie i pijcie wszyscy: to jest kielich Krwi mojej” (MP). Liturgia dzisiejsza wzywa wierzących, których żywą wiarę osłabiło przyzwyczajenie, by otrząsnęli się i spojrzeli głębiej i z miłością na niewysłowioną rzeczywistość tajemnicy, jaka dokonała się po raz pierwszy w Wieczerniku, na oczach zdumionych uczniów, a dzisiaj odnawia się z tą samą skutecznością na ołtarzu. Zawsze to sam Pan Jezus, w osobie swojego szafarza, wykonuje akt konsekracji, a dzisiaj w rocznicy ustanowienia Eucharystii i w wigilię śmierci Pana, nabiera on szczególnie przejmującej wymowy. Jezus „umiłowawszy swoich... do końca ich umiłował”, mówi Jan- rozpoczynając opowiadanie Ostatniej Wieczerzy (III czytanie: J 13, 1-15); „tej nocy, w której był wydany”, uściśla św. Paweł opisując ustanowienie Eucharystii. Straszliwe przeciwieństwo: ze strony Jezusa miłość nieskończona, aż „do końca”, aż do śmierci; ze strony ludzi zdrada, zaparcie się, opuszczenie. Eucharystia jest odpowiedzią Pana na zdradę stworzeń. Wydaje się, jakby się niecierpliwił, by zbawić tych tak słabych i wiarołomnych ludzi, więc uprzedza mistycznie swoją śmierć, ofiarując im na pokarm to ciało, które wkrótce złoży w ofierze na krzyżu, i tę krew, którą wyleje aż do ostatniej kropli. I chociaż za kilka godzin śmierć wydrze Go ziemi, Eucharystia uwieczni Jego obecność żywą i prawdziwą aż do skończenia wieków. Lecz Jezus w sakramencie miłości zostawił Kościołowi testament miłości: swoje „nowe przykazanie”. Dwunastu widzi nagle Mistrza klękającego przed nimi w postawie sługi, jak „nalewa wody do miednicy i zaczyna umywać uczniom nogi”. Scena kończy się upomnieniem: „Jeżeli Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi”. Nie chodzi tyle o naśladowanie zewnętrznego czynu, ile raczej o postawę szczerej pokory we wzajemnych stosunkach; uczniowie mają zachowywać się jak słudzy jedni drugich i za takich się uważać. Tylko taka pokora uczyni możliwym spełnienie przykazania, jakie Jezus ma dać: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem” (tamże 34). Umywanie nóg, ustanowienie Eucharystii, śmierć na krzyżu pokazują, jak i do jakiego stopnia trzeba kochać braci, by spełnić przykazanie Pana. O dobry Jezu, chcąc pobudzić nas do miłości, postanowiłeś pozostać na zawsze między nami... A przecież przewidywałeś już wówczas los, jaki Cię czekał wśród ludzi, jakie poniewieranie i zelżywości miałeś wycierpieć O Ojcze Przedwieczny, jak mogłeś pozwolić, aby Syn Twój pozostał na zawsze wśród nas i aby co dzień cierpiał od nas nowe zelżywości? O Boże mój, jakaż to nieskończona miłość Syna, jaka niepojęta miłość Ojca! O Ojcze Przedwieczny, jak mogłeś pozwolić, aby Syn Twój na każdy dzień oddawał siebie w ręce tak przewrotnych ludzi jak my? Jak ojcowskie serce Twoje może to przenieść na sobie, by co dzień jeszcze nowe cierpiał zniewagi? Czyż możliwe to, aby On ciągle płacił wszystko, co nam jest ku pożytkowi? Czyż nikt się nie znajdzie, kto by przemówił za tym najłagodniejszym Barankiem? Ojcze święty, który jesteś w niebie... Jeśli Twój Boski Syn nie zaniedbał niczego, aby nam, biednym grzesznikom, dać ten niepojęty dar Najświętszej Eucharystii, nie pozwalaj, o najmiłosierniejszy Panie, aby był tak niegodnie traktowany! On pozostał wśród nas w sposób tak przedziwny, że możemy Go składać w ofierze, ilekroć zechcemy. Niechże wiec przez te Przenajświętszą Ofiarę zostanie wreszcie powstrzymany zalew grzechów i nieuszanowania względem tego Najświętszego Sakramentu, gdziekolwiek On się znajduje (zob. św, Teresa od Jezusa: Droga doskonałości 33,2-4; 35,3) Niech będzie chwała Tobie, Ojcze święty, przez Chrystusa, naszego Pana. On, jako prawdziwy i wieczny Kapłan, ustanawiając obrzęd wiekuistej Ofiary, pierwszy się Tobie złożył w zbawczej Ofierze i nam polecił ja składać na swoją pamiątkę. Pożywajac Jego Ciało, za nas złożone w ofierze, dostępujemy umocnienia, a pijąc Jego Krew, wylana za nas. oczyszczenia. Daj nam, o Ojcze, abyśmy z tak wielkiego misterium czerpali pełnię miłości i życia (zob. Mszał Polski: prefacja i kolekta). O Jezu, przyjdź, mam nogi zabrudzone. Dla mnie stań się sługą. Nalej wody do miednicy; przyjdź, obmyj mi nogi. Wiem. że to, co mówię, jest zbyt śmiałe, lecz obawiam się groźby Twoich słów: „Jeśli nie umyję nóg twoich, nie będziesz miał udzialu ze Mną”. Obmyj więc moje nogi, abym miał cząstkę z Tobą. Lecz cóż ja mówię, obmyj mi nogi? To mógł powiedzieć Piotr, który musiał obmyć tylko nogi, ponieważ cały był czysty. Ja raczej, raz obmyty,, potrzebuję tego chrztu, o którym Ty, o Panie, mówisz: „Co do mnie, jest inny chrzest, którym mam być ochrzczony” (Orygenes). o. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
WIELKI PIąTEK Wielki Piątek nie celebruje się w kościele Mszy świętej, ta bowiem zaczęła się w Wielki Czwartek i potrwa aż do Wigilii Paschalnej. Chrześcijanie podążają za Jezusem i Jego męką. Wchodzą w ciemność śmierci, by uchwycić się światła zmartwychwstania. Dlatego jeszcze raz słuchają opisu męki naszego Pana. To wspominanie czyni z tej narracji liturgiczne dzisiaj. Dzisiaj stoję pod krzyżem, dzisiaj Pan umiera. Żeby zrozumieć ten fragment opowieści, trzeba go po prostu przeżyć. o.T.Z.OP PRZEBITY ZA NASZE GRZECHY „W ręce Twoje powierzam ducha mojego, Ty mnie odkupujesz, Panie, Boże wierny” (Ps 31, 6) Liturgia, między czytaniami Izajasza i Jana, umieszcza urywek listu do Hebrajczyków (4, 14-16; 5, 7-9). Jezus, Syn Boga, ukazany jest jako najwyższy i jedyny Kapłan, nie tak jednak daleki od ludzi, aby „nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu”. Widać to z Jego życia ziemskiego, a przede wszystkim z Jego męki, w czasie której doznał w niewinnym swoim ciele wszystkich dolegliwości, cierpień, smutków, słabości natury ludzkiej. W ten sposób jest On równocześnie Kapłanem i Ofiarą, nie składa jednak na wynagrodzenie za grzechy ludzi krwi cielców lub baranów, lecz własną krew. ,,Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci”. Oto echo konania w Getsemani: „Abba, Ojcze! Dla Ciebie wszystko jest możliwe, zabierz ten kielich ode Mnie! Lecz nie to, co Ja chcę, ale to, co Ty” (Mk 14, 36). Z posłuszeństwa dla woli Ojca wydaje siebie na śmierć, a zakosztowawszy jej goryczy zostaje uwolniony przez zmartwychwstanie, stając się „sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 5, 9). Być posłusznym Chrystusowi — Kapłanowi i Ofierze, oznacza to przyjąć jak On krzyż, zdając się razem z Nim na wolę Ojca: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23, 46; zob. psalm resp.). Zaledwie Chrystus umarł, zostaje natychmiast uwielbiony. Setnik pełniący straż zawołał: „Istotnie, człowiek ten był sprawiedliwy!”, a wszyscy obecni, gdy „zobaczyli, co się działo, wracali bijąc się w piersi” (Łk 23, 47-48). Kościół czyni tak samo. Opłakawszy śmierć Zbawiciela, wybucha hymnem pochwalnym i upada w adoracji: „Uwielbiamy Twój Krzyż, Panie, chwalimy i sławimy Twoje święte zmartwychwstanie; to drzewo bowiem przyniosło radość na świat cały”. Liturgia z takimi samymi uczuciami zaprasza wiernych, aby posilili się Eucharystią, w której dziś szczególniej jaśnieje rzeczywistość pamiątki śmierci Chrystusowej. W sercu rozbrzmiewają słowa Pana: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19), i te Pawłowe: „Ilekroć spożywacie ten chleb i pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie” (1 Kor 11, 26). O Chryste Jezu, upadając przed Twoim krzyżem, uwielbiam Cię. „Mocy Boga”, Ty okazujesz się powalony słabością, by nas nauczyć pokory i zawstydzić naszą pychę. „O Kapłanie Najświętszy, Tyś przeszedł przez wszystkie nasze cierpienia, aby się upodobnić do nas i móc nam współczuć w naszych słabościach”. Nie zostawiaj mnie samemu sobie, ja bowiem jestem samą słabością; niech będzie we mnie Twoja moc, abym już nie mógł ulegać złu (K. Marmion: Chrystus w swoich tajemnicach 14). Bądź pozdrowiona Głowo krwią zbroczona, cierniem ukoronowana, zraniona, rozbita, trzciną uderzana, okryta plwocinami, bądź pozdrowiona! Na Twoim Obliczu tak słodkim widnieje zapowiedź śmierci; straciło Ono świetność, lecz mimo tej straszliwej bladości dwór niebieski uwielbia Cię. O święte Oblicze tak zeszpecone, zbite i wyszydzone za nasze grzechy, spraw, aby w oczach tego niegodnego grzesznika zajaśniał znak Twojej miłości! Zgrzeszyłem, przebacz mi! Nie odrzucaj mię od siebie. Gdy śmierć się zbliży, skłoń ku mnie Twoją głowę i spraw, aby odpoczęła w moich ramionach. Kiedy ja również będę musiał umrzeć, przyjdź szybko, o Jezu! Twoja Krew niech mi będzie pomocą w tej straszliwej godzinie. Wspomóż mię i uwolnij! Opuszczę ziemię, kiedy zechcesz, o mój drogi Jezu, lecz bądź wówczas przy mnie! Uściskam Cię, bo mię miłujesz; lecz ukaż mi się wtedy na tym krzyżu, przez który nas zbawiłeś! (św. Bernard). O Krzyżu, niewysłowiona miłości Boga; Krzyżu, chwało nieba! Krzyżu, zbawienie wieczne; Krzyżu, postrachu złych. Podporo sprawiedliwych, światłości chrześcijan, o Krzyżu, dla ciebie na ziemi Bóg przyjąwszy ciało stał się niewolnikiem; przez ciebie w niebie człowiek w Bogu stał się królem; przez ciebie wzeszła prawdziwa światłość, a zwyciężona została złowieszcza ciemność... Ty jesteś więzią pokoju, łączącą ludzi z Chrystusem pośrednikiem. Ty stałeś się drabiną, po której człowiek wstępuje aż do nieba. Bądź zawsze dla nas, Twoich wiernych, kotwicą i słupem ognistym. Rządź naszym domem, kieruj naszą łodzią. Krzyż niechaj umacnia w nas wiarę, Krzyż niech przygotuje nasz wieniec chwały (św. Paulin z Noli). o. G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Wielka Sobota - Wigilia Paschalna Liturgia paschalna będzie jak księga z piękną opowieścią. Pierwsza karta jest kartą ciemności, która rozświetlona zostaje światłem Paschału symbolizującego Chrystusa. I jak na poczatku stworzenia Bóg uczynił światło, tak teraz Chrystus przywraca światło i życie tym, którzy trwali w ciemności grzechu i śmierci. Błogosławiona wina przynosi tak wspaniałego Odkupiciela, w Chrystusie ciemność staje się jasnością, koniec nowym początkiem! o. T.Z. OP „Dziękujcie Panu, bo jest dobry, bo łaska Jego trwa na wieki” (Ps 118, 1) Liturgia paschalna przypomina (II czytanie) jedno z najbardziej wzruszających przemówień Piotra o zmartwychwstaniu Jezusa: „Bóg wskrzesił Go trzeciego dnia i pozwolił Mu ukazać się... wybranym świadkom... nam, którzyśmy z Nim jedli i pili po Jego zmartwychwstaniu” (Dz 10, 40-41). W tych słowach drga jeszcze wzruszenie Głowy Apostołów z powodu wielkich wydarzeń, jakich był świadkiem, oraz zażyłości, w jakiej był z Chrystusem zmartwychwstałym, siedząc przy stole, jedząc i pijąc razem z Nim. Wielkanoc zaprasza wszystkich wierzących do wspólnego z Chrystusem stołu, przy którym On sam jest pokarmem i napojem. „Chrystus został ofiarowany jako nasza Pascha. Odprawiajmy nasze święto w Panu” (śpiew przed ewang,). Wiersz jest wyjęty z pierwszego listu do Koryntian. Św. Paweł, odwołując się tutaj do obrzędu, który nakazywał spożywać baranka wielkanocnego z chlebem przaśnym — bez kwasu — zachęca chrześcijan, aby wyrzucili wszelki,, stary kwas... złości i przewrotności”, by świętowali Paschę przy użyciu „przaśnego chleba czystości i prawdy” (1 Kor 5, 7-8). Do stołu Chrystusa, prawdziwego Baranka ofiarowanego za zbawienie ludzi, trzeba przystąpić z sercem czystym, wolnym od wszelkiego grzechu, odnowionym w czystości i prawdzie; innymi słowy, z sercem Zmartwychwstałego. Zmartwychwstanie Pana, Jego „przejście” ze śmierci do życia, powinno odzwierciedlić się w zmartwychwstaniu wierzących, dokonywanym przez coraz skuteczniejsze „przejście” ze słabości człowieka starego do życia nowego w Chrystusie. A wyrazem tego zmartwychwstania jest coraz głębsze pragnienie rzeczy niebieskich. „Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych — mówi Apostoł — szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi” (Kol 3, 1-2). Potrzeba zajmowania się sprawami ziemskimi nie powinna przeszkadzać tym, którzy „zmartwychwstali z Chrystusem”, by zwrócili serce do rzeczy wiecznych, jedynie trwałych. Pokusa urządzenia się, takiego przylgnięcia do ziemi, jak gdyby ona była jedyną ojczyzną, zawsze na nas czyha. Zmartwychwstanie Pana jest potężnym wezwaniem. Ono przypomina wierzącym, że tu tylko obozują, zdążają zaś do ojczyzny wiecznej. Chrystus zmartwychwstał, aby pociągnąć wszystkich ludzi do swojego zmartwychwstania i zaprowadzić ich tam, gdzie On żyje wiecznie, czyniąc ich uczestnikami swojej chwały. To jest Pascha, pascha Pana... Nie figura, nie historia, nie cień, lecz prawdziwa pascha Pana... Jezu, prawdziwie zachowałeś nas od wielkiej zguby i wyciągnąłeś ku nam swoje ojcowskie ręce, ukryłeś nas pod Twoimi ojcowskimi skrzydłami. Wylałeś na ziemię Twoją boską krew, by stwierdzić to krwawe i pełne miłości ku ludziom przymierze. Oddaliłeś od nas groźby gniewu i przywróciłeś nam pierwotny pokój z Najwyższym... O Ty, który jesteś prawdziwie sam wśród samotnych i cały we wszystkich! Niech przyjmą niebiosa Twojego ducha... lecz ziemia niech zachowa Twoją krew... O boska Pascho, która zstępujesz z nieba na ziemię i z ziemi wstępujesz na nowo do nieba!... Dla wszystkich jesteś radością, zaszczytem, pokarmem, rozkoszą; Tyś rozproszyła ciemności śmierci, wszystkim darowałaś życie, bramy nieba otwarłaś. Bóg stał się człowiekiem, a człowiek stał się Bogiem... O boska Pascho! Bóg nieba jednoczy się z nami teraz w Duchu przez swoją szczodrobliwość. Dzięki Niemu jest sala godów weselnych już zapełniona; wszyscy są ubrani w szatę godową... Nie zgasną już więcej lampy dusz. W sposób duchowy i Boży jaśnieje we wszystkich ogień łaski, w ciele i w duszy, podtrzymywany olejem Chrystusowym. Prosimy Cię, o Panie Boże, Królu wieczny dusz, Chryste, wyciągnij swoje wielkie dłonie nad cały Kościół święty i nad lud Twój święty, który zawsze należy do Ciebie: broń go i strzeż, zachowaj go; zwalcz, wyzwij i poddaj wszystkich nieprzyjaciół... Pozwól nam śpiewać z Mojżeszem pieśń zwycięstwa, bo Twoja jest chwała i potęga na wieki wieków! (św. Hipolit Rzymski). O Chryste zmartwychwstały, i my z Tobą zmartwychwstaniemy; usunąłeś się ludziom sprzed oczu, a my powinniśmy iść za Tobą. Powróciłeś do Ojca swojego, a my powinniśmy tak postępować, aby życie nasze „było ukryte z Tobą w Bogu”... Obowiązkiem i przywilejem wszystkich Twoich uczniów, o Panie, jest podnosić się wzwyż i przemieniać się w Ciebie. To nasz przywilej żyć w niebie przez nasze myśli, pragnienia, tęsknoty, westchnienia i uczucia, chociaż jesteśmy jeszcze w ciele... Naucz nas „szukać tego, co w górze” (Kol 3,1), ukazując nam, że należymy do Ciebie, że nasze serce zmartwychwstało z Tobą i że życie nasze jest ukryte w Tobie (zob. J. H. Newman). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Szósta Niedziela Wielkanocna Po raz kolejny usłyszymy dziś najważniejsze wezwanie Ewangelii, abyśmy się wzajemnie miłowali. To po tym wszyscy poznają, że jesteśmy uczniami Chrystusa. W tym świetle staje się zrozumiałe, dlaczego Chrystus nigdy nie posyłał uczniów pojedynczo, dlaczego tak ważna w głoszeniu słowa Bożego jest wspólnota. Nie możemy również oczekiwać owoców głoszenia Ewangelii, jeśli nie ma w nas miłości wobec tych, do których idziemy. Bóg jest miłością, przez miłość Go poznajemy i przez miłość przekazujemy Go innym. o. Marek Rojszyk OP Wobec tajemnicy nieba Wielu ludzi nie uznaje istnienia żadnych form życia po śmierci człowieka. Dla nich rozpad ciała jest tak przejmująco jasnym dowodem kresu dziejów człowieka na ziemi, że snucie refleksji nad możliwością jego życia w nowym świecie wydaje się być pozbawione sensu. Los człowieka staje się podobny do losu ściętych kwiatów, które z podziwem układamy w wazonie, by po kilku dniach, kiedy zwiędną, wyrzucić je, bo nie przedstawiają żadnej wartości. Inni dostrzegając duchowe wartości w życiu człowieka, podchodzą do zjawiska śmierci inaczej. Ten, kto prawdziwie kocha, nie wierzy, by miłość, która czyniła jego życie bogatym i pięknym, kończyła się z chwilą śmierci osoby kochanej. Gdyby tak było, życie człowieka nie różniłoby się w niczym od innych form życia, które obserwujemy w przyrodzie. Ci dostrzegają człowieka przede wszystkim w wymiarze ducha, a ciało traktują jako narzędzie. Śmierć jest kresem sprawności narzędzia, ale nie człowieka. Sęk jednak w tym, że wyczuwając intuicyjnie istnienie innego świata, nie są w stanie dostarczyć przekonujących dowodów na jego istnienie. Z pomocą przychodzi wiara w Chrystusa. On należał do naszego świata i dobrowolnie wszedł w bramy śmierci, czyli przeszedł do innego życia. Po trzech dniach wrócił i przez kilka tygodni pozostawał w kontakcie z wybranymi uprzednio Apostołami, dowodząc istnienia życia poza grobem. On też przekazał nam garść wiadomości na temat tego życia. Jest ich stosunkowo niewiele, ale chcąc doskonalić wiarę warto do nich wracać. Niebo, w którym przebywa zmartwychwstały Chrystus jest bowiem punktem docelowym ziemskiej wędrówki wszystkich chrześcijan. Chrystus mówi o niebie jako o rodzinnym domu, w którym panuje atmosfera miłości. Jest to dom kochającego Ojca. Niebo zatem to przede wszystkim możliwość obcowania z Bogiem twarzą w twarz, to spotkanie z naszym Ojcem, który jest samą mądrością, pięknem, dobrem, sprawiedliwością, prawdą, miłością. Do domu Ojca zaprasza nas Jego Jednorodzony Syn, jako swoich przyjaciół. „Już nie nazywam was sługami, ale przyjaciółmi”. Podstawowym zaś prawem przyjaźni jest miłość wzajemna. Stąd Jezus pragnie, byśmy już tu na ziemi doświadczyli rzeczywistości nieba przez zorganizowanie życia w oparciu o miłość wzajemną. „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem”. Wezwanie jest odważne. Chodzi o wprowadzenie w życie takich wzajemnych odniesień, jakich przykład dał nam Chrystus, aż do ofiary z siebie: „Nikt nie ma większej miłości nad tę, gdy kto życie oddaje za przyjaciół swoich”. Oto najwyższa miara miłości, którą objawia sam Chrystus. Ponieważ Syn Boży przyniósł na ziemię miłość Boga, pragnie, byśmy tą Jego miłością darzyli się wzajemnie. Kto odkrył prawdę, że Bóg go kocha, ten potrafi podobną miłością objąć swoich bliskich. Niebo to świat czystej miłości i na ziemi tylko ci, którzy doświadczyli prawdziwej miłości, są w stanie dostrzec jego realny kształt. Niebo to przede wszystkim stan serca umiejącego prawdziwie kochać. Ci, którzy kochają Boga z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił, a bliźniego jak siebie, noszą niebo w sobie. Są to najszczęśliwsi ludzie na ziemi. Niebo jednak to nie tylko szczęśliwy stan serca doświadczającego miłości, to również niezwykle piękny i bogaty świat stworzony przez Boga. Apostoł Narodów po otrzymaniu łaski objawiania tego świata zapisał bardzo znamienne słowa: „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2, 9). Przygotował Bóg dla nas nowy, szczęśliwy świat. Wiedzie do niego droga wiary, a jedynym kluczem, którym można otworzyć jego drzwi, jest prawdziwa miłość. Dar pobożności Bóg potrzebuje chrześcijan jako świadków odwiecznej, nieodwołalnej miłości, jaką On darzy ludzkość. Ponieważ zarówno pojęcie Boga, jak i pojęcie miłości jest w świecie zamazane i wieloznaczne, świadczenie o istnieniu tej wspaniałej rzeczywistości wymaga przede wszystkim autentycznego i bliskiego spotkania z samym kochającym Bogiem. To spotkanie dokonuje się w modlitwie. Świadek zmartwychwstałego Jezusa musi pozostawać w stałym i żywym kontakcie z prawdziwym Bogiem, czyli musi być człowiekiem modlitwy. To wcale nie przypadek, iż Piotr dostrzegł już na samym początku wielkie niebezpieczeństwo, grożące każdemu duszpasterzowi, utonięcia w akcjach charytatywnych z zaniedbaniem modlitwy. Stąd zalecił wybór siedmiu diakonów, by odciążyć Apostołów i w ten sposób ratować czas potrzebny im na modlitwę i przepowiadanie słowa. Dzieje Apostolskie ukazują zarówno Piotra, jak i Pawła jako mężów modlitwy. Przestając z Bogiem na modlitwie, zyskujemy pewność co do decyzji Boga, która określa gdzie, kiedy i w jaki sposób należy świadczyć o Ewangelii. Świadek jako mąż modlitwy nigdy nie daje świadectwa na własną rękę, jest zawsze „wysłany” z misją przez samego Boga. Dokonuje się to zarówno wówczas, gdy trzeba przemawiać publicznie, by chronić Bożego prawa, jak i wtedy, gdy należy się włączyć w rozmowę w wagonie jadąc z Wrocławia do Brzegu. Ten, kto to uczyni na własną rękę, może doprowadzić do kłótni, z których będzie więcej zgorszenia niż pożytku. Zjednoczony z Bogiem bezbłędnie zabierze głos, a jego świadectwo, jak ewangeliczny kwas, niezależnie od tego, czy zostanie przyjęte czy odrzucone, zawsze będzie twórcze. Doskonalenie modlitwy to trudna sztuka. Do nas należy skupienie, pragnienie modlitwy i wygospodarowanie czasu na nią, ale sama modlitwa jest tak wzniosłym czynem człowieka, iż wymaga specjalnego wsparcia Ducha Bożego. To wsparcie nazywamy darem pobożności. Chodzi w nim o dwa dzieła Ducha Świętego w sercu tego, kto jest świadkiem ewangelicznych wartości. Duch Święty spełnia rolę Mistrza, który stroi duszę człowieka, by można na niej wygrać pieśń uwielbienia Boga, bo każde świadectwo jest taką właśnie pieśnią. Wiadomo, że skrzypce mogą być wysokiej jakości, ale jeśli nie są dobrze nastrojone, nawet geniusz nic na nich nie wygra. To strojenie, to przygotowanie instrumentu jest podstawowym warunkiem danego koncertu. Człowiek jest jak skrzypce. Sam nie potrafi idealnie nastroić strun swego serca, bo albo je zbytnio naciągnie, albo zabraknie tych tysięcznych milimetra i nie uda się ich razem zestroić. Tu jest potrzebna interwencja Bożego Ducha. Strojenie strun naszego serca, przygotowujące je do modlitwy, to pierwszy owoc daru pobożności. Drugim owocem tego daru jest umiejętność natychmiastowego oddania siebie do dyspozycji Boga, gdy jest Mu potrzebne nasze świadectwo. Czyli zaśpiewanie, tu i teraz, hymnu uwielbienia Boga przez słowo, postawę, czyn, które świadczą o zmartwychwstałym Jezusie. Dar pobożności sprawia, że chrześcijanin publicznie wygrywa radość i moc swojej wiary, zawsze pod kierunkiem doskonałego Mistrza, który dba o strojenie instrumentu jego serca i pilnuje, by struny serca drgnęły wtedy, gdy audytorium tego potrzebuje. Ten właśnie dar sprawia, że nasze świadectwo staje się narzędziem głoszenia Ewangelii w ręku samego Boga. ks.E.S.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego Posiadamy już pierwsze dary Ducha. To znaczy, że w nas rośnie i nabiera kształtu królestwo Boże, nowe stworzenie. Nie jesteśmy wygnańcami, ale dziedzicami; nie jesteśmy już poza Bogiem, ale w Jego domu, a On w nas. Dar Ducha Świętego świadczy o tym, że Bogu zależy na nas bardziej niż nam samym. On sam modli się w nas, gdyż my nie umiemy. Przenika nasze serca, abyśmy potrafili kochać. Właśnie dlatego strumienie ożywiającej wody Ducha Świętego mogą popłynąć z naszego wnętrza. Ta woda jest nowością dla świata. o. A. Kuśmierski OP Dar mądrości Gdyby postawić pytanie, gdzie należy szukać głównego źródła nieszczęść na ziemi, wcześniej czy później musielibyśmy stwierdzić, że jest nim brak mądrości, a mówiąc prościej, ludzka głupota. Iluż to ludzi w dojrzałych latach przyznaje, że w życiu popełnili wiele błędów, których się wstydzić będą aż do śmierci, i ze smutkiem pytają: dlaczego człowiek tak długo uczy się mądrości. Jest to jedna z największych tajemnic ludzkiej egzystencji. Grzech jest zawsze niemądrym postępowaniem, ale stanowi nieodłączny element na drodze wiodącej do pełni dojrzałości. Tylko nadzwyczajna łaska Boga może go wykluczyć z ludzkiego życia. Jego zagrożenie maleje, gdy człowiek doskonali swą mądrość. Grzech bowiem na początku jawi się przed nami jako kuszące dobro, a dopiero w skutkach ujawnia swe prawdziwe oblicze. Ten zaś, kto go popełnia, odkrywa, że został oszukany. Mądrość przewiduje i dostrzega przyszłe owoce każdej decyzji i każdego czynu. Wie, co sieje i co będzie zbierać. Mądrość w dziedzinie doczesnej zdobywamy doskonaląc wiedzę o świecie i życiu oraz nabywając doświadczenia. To jest droga wypracowania cnoty mądrości, którą dostrzegali i wysoko cenili, obok odwagi, sprawiedliwości i umiarkowania, już w starożytności pogańscy filozofowie. Gdy Bóg przez Objawienie otworzył przed nami perspektywę życia wiecznego, potrzebne było udoskonalenie mądrości nabytej przez ludzi, by wiedzieli, co należy siać w doczesności, jeśli chcą zbierać piękne owoce w wieczności. To udoskonalenie dokonuje się przez dar mądrości. Dar ten stanowi cenne wyposażenie duchowe każdego dojrzałego chrześcijanina. To on umożliwia mu życie bez obaw o poważne zagrożenie przez grzech. Pozwala podejmować decyzje obfitujące w piękne owoce. Szczególnie zaś ten dar potrzebny jest przy dawaniu świadectwa wierze. Mądrość postawy, decyzji, wypowiedzi stanowi argument, któremu nie można się oprzeć. Doskonale to można obserwować w dyskusjach, jakie prowadził Sanhedryn z Apostołami. Po Zesłaniu Ducha Świętego św. Piotr i św. Jan, ludzie prości bez wykształcenia, odpowiadają na stawiane im zarzuty tak celnie i zdecydowanie, że całe gremium uczonych w Piśmie nie jest w stanie obalić ich argumentacji. Podobnie jest ze św. Szczepanem, który życiem przypłacił swój zbyt jasny i mocny wywód na temat zatwardziałości serc Izraelitów. Mocy jego mądrości przeciwnicy mogli przeciwstawić jedynie ciężar rzucanych w niego kamieni. Jezus w Wieczerniku oświadczył, że świat pozna Jego uczniów po ich wzajemnej miłości. Chcąc, by ta miłość miała moc świadectwa i ujawniała wartość chrześcijaństwa, musi promieniować mądrością. Warto zwrócić uwagę na to, że prawdziwa mądrość należy do tych wartości, które nie ulegają nigdy dewaluacji. Bez względu na środowisko człowiek prawdziwie mądry otoczony jest szacunkiem. Może pojawić się zazdrość, złośliwość, może dojść do prześladowania człowieka mądrego, a nawet jego zniszczenia, ale to nie obniża wartości ani jego, ani posiadanej przez niego mądrości. Każdy chrześcijanin po bierzmowaniu dysponuje darem mądrości. Jeśli potrafi doskonalić nabytą przez doświadczenie cnotę mądrości i harmonizować ją z tym Bożym darem, jego świadectwo będzie zawsze promieniowało wartością najwyższą. Nie musi wiele mówić, nie musi angażować się w głośne akcje, jego spojrzenie, postawa, czasem milczenie powiedzą więcej niż godzinne przemówienia ludzi, którym brak mądrości. Mądrość pochodząca od Boga waży słowa i ceni milczenie, wie bowiem, że tego, co najcenniejsze nie przekazuje się innym przez długie wykłady, lecz przez świadectwo. W Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończymy refleksje nad wyposażeniem duchowym, jakie w sakramencie bierzmowania otrzymuje uczeń Jezusa, by mógł dawać świadectwo swej wierze w zmartwychwstanie Mistrza i w nieodwołalność Bożej miłości. Tym wyposażeniem — obok cnoty wiary, nadziei i miłości — jest siedem darów Ducha Świętego. Dar mądrości obejmuje je wszystkie i pomaga w twórczym wykorzystaniu każdego. Dary te są jak talenty. Trzeba je wydobyć i nimi się posługiwać, by miał z nich pożytek i radość Bóg, Kościół i ich posiadacz. Duch Prawdy Nie lubimy prawdy. Najczęściej się jej obawiamy. Wolimy żyć w złudzeniach. Prawda wydaje się przemawiać przeciw nam. Nie lubimy słuchać prawdy z ust lekarza, który odkrywa groźną chorobę w naszym organizmie, nie lubimy słuchać prawdy z ust osoby bliskiej, która ma do nas pretensje o złe postępowanie. Nie lubimy przyjaciół, którzy mają odwagę powiedzieć nam prawdę w oczy. Dlatego też nie lubimy spotkania z Bogiem — bo wiadomo, że On mówi tylko prawdę i czeka na nasze słowa prawdy. Żyjemy w świecie zakłamania. Przyzwyczailiśmy się do tego, dobrze nam, gdy okłamujemy innych i gdy inni nie mówią nam prawdy. Chrystus powiedział Apostołom: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Niewielu chrześcijan odkrywa wyzwalającą moc prawdy, niewielu też doświadcza zawartej w niej radości. Znajomość prawdy i jej umiłowanie stanowi o mocy i wolności człowieka. Odkrycie bogactwa Uroczystości Zesłania Ducha Świętego łączy się ściśle z dostrzeżeniem potęgi i wartości umiłowania prawdy. Duch Święty to Duch Prawdy. Istnieje zatem ścisła zależność między świętością a prawdą. Święty to człowiek żyjący prawdą, kochający prawdę, świadczący o prawdzie. Jezus wiedział, że wierność prawdzie przerasta możliwości człowieka. W świecie kompromisów i kłamstwa dochowanie wierności prawdzie graniczy z heroizmem. Stąd też postanowił swoim uczniom zesłać pierwszy dar — Ducha Prawdy — aby już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. W oparciu o tego Ducha Prawdy człowiek może dawać świadectwo swojej wiary. Sam Jezus w rozmowie z Piłatem wyznał: „Jam się na to narodził i po to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha głosu mego”. Wskazał tym samym na ten zakres fal, na którym zawsze można nawiązać z Nim kontakt. Jest to fala umiłowania prawdy. On na tej fali przemawia. Na niej można Go słuchać. Duch Święty to właśnie owa fala Bożej Prawdy docierająca do każdego, kto jest z prawdy, kto chce jej słuchać. Wspominamy historyczne wydarzenie, jakie miało miejsce w Jerozolimie w kilka tygodni po zmartwychwstaniu Jezusa. Ale nie jest to jedynie wspomnienie, możemy dziś zostać napełnieni Duchem Prawdy. On jest w Kościele i działa. Jezus przyszedł na ziemię i wstąpił do nieba. Duch Prawdy zstąpił na ziemię i nie opuści jej, aż do skończenia świata. Jest i działa w Kościele i przez Kościół. To jest tajemnica obecności Boga, która pozwala ludziom poznać i umiłować prawdę. Nie musimy mówić o świętości, wystarczy mówić o umiłowaniu i wierności prawdzie, nie trzeba mówić o wolności — wystarczy ukochać prawdę, a ona sama nas wyzwoli. Człowiek poznający prawdę o sobie, o świecie, o Bogu odnajduje swoje miejsce w otaczającej go rzeczywistości. Świętość zaś i wolność polega na zajęciu tego miejsca, jakie nam Bóg wyznaczył. Umiłowanie prawdy nie tylko łączy z Bogiem, lecz łączy ludzi między sobą. Ci, którzy żyją w duchu prawdy, spotykają się na płaszczyźnie autentycznej przyjaźni. Każde kłamstwo oddziela od innych, prawda jednoczy i staje się mocą wspólnoty. Pochylmy głowy i otwórzmy serca na działanie Ducha Prawdy, który przybywa, by nas uświęcić i doprowadzić do pełni wolności. ks.E.S.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela Każda rodzina cieszy się z narodzin dziecka, które jest owocem miłości rodziców i darem Boga. Z każdym dzieckiem są związane plany i marzenia, że wyrośnie na wspaniałego człowieka i będzie dumą rodziny. Jan Chrzciciel nie przychodzi na świat, aby zrealizować rodzinne ambicje. On przychodzi, aby przygotować ludzkie serca na przyjęcie Mesjasza i zaświadczyć, że Jezus z Nazaretu jest Zbawicielem świata. J. Kruczek OP „Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna”. Elżbieta uchodziła dotąd za niepłodną. Domyślamy się, że oboje z mężem Zachariaszem głęboko cierpieli z powodu braku potomstwa. Byli ponadto posunięci w latach. Jednak Bóg, który niemożliwe czyni możliwym, miał w tym swój plan. Okazał im miłosierdzie, obdarzając płodnością i powołując do roli rodziców Jana Chrzciciela (hebr. Jochanan znaczy: „Jahwe okazał łaskę”). Dla wszystkich stało się jasne, że była to interwencja Boga. Wiele razy spotykamy w Biblii opisy cudownych narodzin. Opisy te, podobnie jak postacie Elżbiety i Zachariasza, zapraszają nas do modlitwy za wszystkich małżonków cierpiących z powodu niepłodności. Oby zaufali Bogu i doznali wsparcia ze strony ludzi. Optymizmem i nadzieją napełnia w tym kontekście fakt rozwoju naprotechnologii, która niesie pomoc niepłodnym małżonkom, odwołując się do naturalnych metod, niesprzecznych z prawym sumieniem. „A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga”. Imię Zachariasz pochodzi od hebrajskiego rdzenia „zakar”, oznaczającego pamięć, wspominanie, które jest jednocześnie aktualizacją zbawczych dzieł Boga dokonanych w historii. W swej pieśni Zachariasz błogosławi Boga za okazane miłosierdzie i że „wspomniał na swe święte przymierze”. Jego modlitwa dziękczynna jest zachętą, byśmy i my nie zapominali zbawczych dzieł Boga dokonanych w naszej historii. Niech Duch Święty nas oświeci, abyśmy umieli je dostrzegać i rozpoznawać. „Kimże będzie to dziecię?” Takie pytanie stawia sobie wielu rodziców i bliskich przy narodzinach dziecka. „Na kogo wyrośnie? Jaka będzie jego droga? Jaka jego życiowa misja?” Pytania te, pełne nadziei i dobrych pragnień, przypominają nam, że życie każdego z nas jest niepowtarzalnym darem Boga. Każdy jest Jego dzieckiem, każdego Bóg kocha i każdy jest Mu potrzebny. Jan Chrzciciel miał swoją drogę i swoją misję. Dziękujmy Bogu za nasze życie i powołanie. Prośmy, abyśmy umieli je rozpoznać i Jemu powierzyć. Niech powyższe pytania uczą nas także troski i odpowiedzialności za wychowanie młodego pokolenia. ks. W. Zimny TAJEMNICA BOGA ŻYWEGO „Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego” (Ps 84, 3) Trójca Przenajświętsza w pełni szczęśliwa i doskonała w sobie samej, nie zamyka jednak w sobie swojego życia, dobra, szczęśliwości, lecz pragnie do pewnego stopnia uczynić swoje stworzenia ich uczestnikami. Trójca otwiera się na świat: Ojciec daje Syna, Syn za sprawą Ducha Świętego wciela się i staje się człowiekiem, a ludzie, jeśli zechcą, też mają dostęp do Trójcy. „Przez [... Chrystusa] — mówi św. Paweł — mamy przystęp do Ojca w jednym Duchu” (Ef 2, 18). Trójca miłuje nas: otwiera się ku nam i daje się nam, aby nas pociągnąć do siebie. Cała wielkość życia chrześcijańskiego ma swój początek w tajemnicy Trójcy. Dzięki tej tajemnicy wierzący jest dzieckiem Ojca, bratem Syna wcielonego, świątynią Ducha Świętego. Jeśli Trójca jest darem istotowym i całkowitym we własnym życiu wewnętrznym, jest także darem — chociaż dowolnym, względnym, udzielonym i stworzonym — także w odniesieniu do ludzi. Ojciec daje się człowiekowi, którego stworzył na swój obraz i podobieństwo, poświęca Jednorodzonego, aby go zbawił; Syn daje się stając się człowiekiem, umierając za człowieka na krzyżu i nieustannie oddając się mu na pokarm; oddaje się Duch Święty, który mieszka w jego sercu, rozlewając w nim łaskę i miłość. Trójca oddaje się swoim stworzeniom po to właśnie, aby je podnieść do stanu dzieci Bożych, wprowadzić do grona swojej rodziny boskiej i uczynić je uczestnikami swojego życia miłości i szczęśliwości wiecznej! Ewangelia ukazuje Ojca otaczającego człowieka swoim ojcowskim miłosierdziem i opatrznością. Syna zaś, jak prowadzi go za rękę i poucza, jak ma żyć prawdziwe dziecko Boga i Ducha Świętego, który rodzi go do życia Bożego, odnawia i uświęca. O tym wszystkim myślał Apostoł, kiedy kończył list do Koryntian tym znamiennym życzeniem: „Łaska Pana Jezusa Chrystusa, miłość Boga [Ojca] i dar jedności w Duchu Świętym, niech będą z wami wszystkimi” (2 Kor 13, 13). Chrześcijanin, kiedy wspomina Trójcę Przenajświętszą, powinien pamiętać o tym wszystkim, aby wzbudzić w sobie miłość, wdzięczność i uwielbienie. „Wzywamy Cię, wysławiamy Cię, wielbimy Cię, o błogosławiona Trójco” (LG). Wzywam Cię, o błogosławiona, święta i chwalebna Trójco, Ojcze, Synu i Duchu Święty; Boże, Panie i Pocieszycielu; miłości, łasko i darze. Wzywam Cię, który rodzisz, Ciebie, który jesteś zrodzony, i Ciebie, który odradzasz; prawdziwe światło z prawdziwego światła i prawdziwa światłości; zdroju, rzeko i nawodnienie; z jednego wszystko, przez jednego wszystko i w jednym wszystko; z którego, przez którego i w którym są wszystkie rzeczy; życie żywe, życie pochodzące z żywego i ożywiciel żyjących jeden od siebie; jeden z jednego i jeden z obydwóch... prawdą jest Ojciec, prawdą jest Syn i prawdą Duch Święty... Bóg, najwyższa i prawdziwa szczęśliwość, z której, przez którą i w której wszystko jest szczęśliwe, co jest szczęśliwe. Bóg, prawdziwe i najwyższe życie, z którego, przez które i w którym żyje wszystko, co prawdziwe, i szczęśliwie żyje (Pseudo-Augustyn). O nadziejo moja, Ojcze mój, Stwórco mój, Panie mój prawdziwy i Bracie, gdy wspomnę na słowa Twoje, iż rozkoszą Twoją jest mieszkać z synami człowieczymi, dusza moja wielce się raduje. Panie nieba i ziemi, czyż grzesznik słysząc te słowa może jeszcze rozpaczać? Czy brak Ci może, Panie, kogoś, z kim byś używał rozkoszy, że szukasz sobie takiego jak ja nędznego robaka? Kiedy Syn Twój przyjmował chrzest w Jordanie, usłyszano głos nad Nim, że Ty upodobałeś sobie w Nim. Czy jesteśmy na równi z Nim, Panie? O, jakiż to nadmiar miłosierdzia, jaki ogrom łaski, na którą nigdy nie mogliśmy zasłużyć! I my, śmiertelni, możemy jeszcze o tym wszystkim nie pamiętać? Panie, Ty wszystko wiesz, wspomnij na naszą słabość i nie zapominaj o naszej bezgranicznej nędzy! O duszo moja, rozważaj tę wielką rozkosz miłości, jaką ma Ojciec poznając Syna swego, a Syn Ojca swego, i święty zapał miłości, z jakim Duch Święty jednoczy się z Ojcem i Synem! Żadna z trzech Osób nie może się odłączyć od tej miłości i od tego poznania, bo wszystkie Trzy są jedną istnością; wzajemnie siebie poznają, wzajemnie siebie miłują i wzajemne mają w sobie upodobanie. Na cóż im potrzebna miłość moja? Na co jej żądasz ode mnie, Boże mój? Co na niej zyskasz? Bądź błogosławiony, Boże mój, na wieki! Niechaj wszystko stworzenie chwali Ciebie, Panie, bez końca, jak Ty jesteś bez końca! (Św. Teresa od Jezusa: Wołania duszy do Boga 7, 1-2). o. Gabriel
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Niedziela XXVII tygodnia okresu zwykłego Nie jest dobrze ze światem, w którym wszystko jest na chwilę, na niby, na próbę, dopóki nam się nie znudzi. Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; powiedział Bóg i dał Adamowi pomoc w osobie Ewy. Ewa to odpowiedź na samotność mężczyzny, to matka jego dzieci. Razem budują nowy, wspólny świat. Człowiek przestaje być samotny dopiero wtedy, gdy odnajduje w sobie wiarę w niezawodną Obecność. W małżeństwie jest ona zobowiązaniem nie na chwilę, nie na niby, nie na próbę, ale na zawsze, nawet wtedy, gdy się znudzi. o. T. Zamorski OP Bóg złączył Jedna z najboleśniejszych ran współczesnego człowieka to niezwykle częste rozdarcie serc, które Bóg złączył. Rana rozwodów. Krwawiąca, paraliżująca ruchy jednej i drugiej strony, a przede wszystkim raniąca serca dzieci. W spotkaniu serc męża i żony Bóg uczynił gniazdo bezpieczeństwa dla ich dzieci. One tu się poczynają, tu wzrastają, tu wychowują, aż do pełnej samodzielności. Dwa serca połączone miłością są w stanie zbudować dla siebie i swoich dzieci dom szczęścia. Wszystko inne jest jeno dodatkiem. Najważniejsze jest, by odpowiedzialne skrzydła miłości objęły serca tworzące dom. Jeśli się to stanie, jest w nim przytulnie, bezpiecznie, dobrze, bo ich pieśnią jest harmonia kochających serc. Tak zaprogramował człowieka Bóg. Niedojrzałość ludzka przejawia się między innymi w braku odpowiedzialności za decyzję budowy domu szczęścia. Słabe poznanie partnera i nieumiejętność życia prawdziwą miłością prowadzi do dramatu. Zamiast domu szczęścia powstaje sala wzajemnego torturowania. Finał jest znany. Zmęczeni, uciekają od siebie z głębokim poczuciem klęski. Zdumiewa fakt, że ludzie niedojrzali ciągle mają do Boga pretensje o to, że decyzja zawarcia małżeństwa wiąże ludzi w sposób nieodwracalny aż do śmierci. Ciągle też szukają jakichś sposobów, by usprawiedliwić rozpad małżeństwa i możliwość zmiany partnera. Tak było w Starym Testamencie. Mojżesz zgodził się na takie żądanie ludzi i w trudnych wypadkach pozwolił stosować list rozwodowy. Chrystus znosi to Mojżeszowe złagodzenie. Wzywa do uszanowania decyzji Boga. I mimo tak jasnego postawienia sprawy przez Zbawiciela, wśród chrześcijan coraz częściej pojawiają się żądania, by je zlekceważyć i usprawiedliwić rozpad małżeństwa. Ludzie, którzy popełnili błąd niewłaściwego doboru partnera, chcą udowodnić, że są mądrzejsi od Boga i lepiej znają drogę do szczęścia, niż On. Jezus jednak dobrze wie, że ze zranionego serca nie da się budować nowego, szczęśliwego domu. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!” /Mk 10, 9/. Z punktu widzenia religijnego warto wśród wielu przyczyn wzrastającej liczby rozpadających się małżeństw dostrzec dwie. Pierwsza to brak odpowiedniego przygotowania do małżeństwa. Niewielu młodych ludzi dorasta do podjęcia obowiązków dobrej matki i odpowiedzialnego ojca. Ich niedojrzała decyzja zyskuje wymiar prawny, a w Kościele sakramentalny, i przez to jej konsekwencje są już całożyciowe. Zbyt późno odkrywają swą pomyłkę, a jej naprawa przerasta ich możliwości. Skoro bowiem nie byli odpowiednio przygotowani do budowy domu szczęścia, tym bardziej nie są przygotowani do jego ratowania, gdy się rozpada. Nie należy się też dziwić, że w chwili próby nie umieją sprostać zadaniu i ratują się ucieczką. Ucieczka ta jednak jest ich klęską. Trzeba odkryć ten mechanizm, ponieważ skuteczna praca nad zahamowaniem wzrostu ilości rozwodów wiedzie przez udoskonalenie wychowania młodych, w rodzinie i Kościele, do pełni odpowiedzialności za budowę rodzinnego domu. Druga przyczyna jest jeszcze poważniejsza. Nowożeńcy stając przy ołtarzu dają Bogu słowo, że nie opuszczą współmałżonka aż do śmierci. Gdyby potraktowali Boga jako konkretną osobę i wiedzieli Komu dają słowo, to oddaliby życie, ale danego Mu słowa by nie złamali. Niesłowność wobec Boga jest zawsze brakiem szacunku dla Niego. Niesłowny człowiek nie traktuje na serio ani współmałżonka, ani Kościoła, ani Boga. Dotykamy tu słabości wiary. Wierność miłości małżeńskiej można budować w sposób pewny jedynie w oparciu o Boga. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela!”. Kto wie, kim jest Bóg, nie będzie Go poprawiał, lecz uczyni wszystko, by współpracować z Nim w łączeniu serc i budowie domu szczęścia. Pierwszy słownik Autor natchniony notuje w Księdze Rodzaju bardzo znamienne wydarzenie. Oto Adam sporządza pierwszy słownik nadający nazwy zwierzętom i ptakom. Nie uczynił tego Bóg, lecz zlecił to zadanie człowiekowi, „by się przekonać, jaką da im nazwę”. Autor w tak prosty sposób sygnalizuje ważne wydarzenie tworzenia języka. Śledzi następnie uważnie dzieje tego pierwszego wspólnego i jedynego języka, bo kilka rozdziałów dalej mówi w sposób obrazowy o procesie powstawania wielu języków. Czyni to sięgając po obraz budowy wieży Babel. Zwięzłe uwagi autora natchnionego na temat języka można odczytywać w dwu aspektach: historii języków świata, a jest ich obecnie tysiące, oraz w aspekcie jednoznaczności pojęć. W tym pierwszym chodzi o proces powstawania i zanikania różnych języków na ziemi oraz o tęsknotę za jednym, by ułatwić komunikację między ludźmi. Obecnie wyraźnie zmierza się do dominacji jednego języka, który byłby językiem świata. Drugi natomiast aspekt dotyczy solidności i wiarygodności przekazu informacji. Z punktu widzenia życia religijnego i moralnego chodzi o sprawę wielkiej wagi. Chodzi o to, by słowo było jednoznaczne i zrozumiałe dla każdego odbiorcy. Tylko wówczas może być ono nośnikiem wielkich wartości. Jeśli słowo ma wiele znaczeń i podtekstów, zamiast ubogacać, objawiać prawdę, wprowadza w błąd lub staje się zupełnie nieskuteczne. Śledząc szereg wypowiedzi, nawet na forum publicznym, ma się wrażenie, iż uczestniczymy w budowie wieży Babel. Sami mówcy nie rozumieją jednoznacznie tego, co mówią. Jest to bardzo smutny bełkot, którego celem jest niszczenie cennego czasu i uniemożliwienie jakiejkolwiek szansy twórczego załatwienia ważnych z punktu widzenia gospodarczego, społecznego, kulturalnego czy narodowego spraw. Ktokolwiek chce prowadzić dzieło niszczenia jakiejś społeczności, rozpoczyna je najczęściej od rozmywania słów określających jej wielkie wartości. Możemy to obserwować w naszym życiu religijnym. Podstawowe słowa Ewangelii są dziś tak wieloznaczne, iż przekaz przy ich pomocy zbawczej treści staje się prawie zupełnie nieskuteczny. Co ludzie rozumieją dziś przez słowo — miłość? Co rozumieją przez słowa — prawo, prawda, posłuszeństwo, jedność, grzech? Nawet wśród współczesnych uczonych w Piśmie istnieją wielkie rozbieżności w interpretacji podstawowych pojęć. Prawdziwa odnowa życia religijnego w skali społecznej może się dokonać jedynie przez sporządzenie i opanowanie słownika, który umożliwiłby jednoznaczne rozumienie poszczególnych słów. Wtedy można się porozumieć, można szukać nowych twórczych rozwiązań. Bóg, ile razy czegoś od nas wymaga lub nam obiecuje, przemawia do nas językiem zrozumiałym. Jedynie gdy chce podprowadzić w świat tajemnicy, posługuje się symbolami i obrazami trudnymi do jednoznacznej interpretacji. Jest to jednak język tajemnicy, celowo przez Boga zastosowany dla naszego dobra. Do wejścia w tajemnicę trzeba długo dorastać. Język obrazów, mitów, symboli umożliwia ten proces dorastania. Należę jeszcze do pokolenia, które ceniło definicje. Znało je i umiało je precyzować. Często z żalem patrzę na rzesze młodych ludzi, którzy opuszczają szkołę średnią i nie wiedzą, czym jest definicja, wielu kończy studia nawet z dyplomami, a nie potrafi precyzyjnie odpowiedzieć na najprostsze pytania. To jest jedna z największych słabości współczesnego pokolenia. To ona głównie stoi u podstaw marazmu życia i wielu jego klęsk. Ileż to razy małżonkowie po kilku miesiącach od ślubu odkrywają z przerażeniem, że się w ogóle nie rozumieją, że te same słowa znaczą dla jednego i drugiego zupełnie co innego. Jakakolwiek współpraca, nie mówiąc o organizacji wspólnego życia, musi bazować na wspólnym i precyzyjnie rozumianym języku. To nie przypadek, że jedno z pierwszych zadań, jakie Bóg wyznaczył Adamowi, polegało na sporządzeniu słownika. Kto chce się dogadać z Bogiem i z ludźmi, musi taki język opanować. ks. E. Staniek „Błogosławiony każdy, kto boi się Pana, kto chodzi Jego drogami” (Ps 128, 1) Pierwsze czytanie, psalm responsoryjny i Ewangelia z dnia zbiegają się w temacie rodziny. Ze Starego Testamentu czytamy wspaniałą kartę Księgi Rodzaju (2, 18-24), gdy Bóg przyprowadza przed człowieka „wszelkie zwierzęta ziemne i wszelkie ptaki powietrzne” (tamże 19), aby każdemu dał nazwę i przekonał się, czy między nimi znajduje się odpowiednia „pomoc” dla niego. Adam daje nazwę każdemu zwierzęciu, lecz żadne nie zaspokaja jego potrzeby towarzystwa i miłości. Wśród tak wielkiej rozmaitości istot żyjących człowiek zostaje sam, oddalony od wszystkich, wskutek najwyższego daru rozumu i woli, który go czyni „obrazem” Boga. Wówczas Bóg stara się wypełnić jego samotność: „Nie jest dobrze, zęby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (tamże 18). Stwarza niewiastę, a kiedy mu ją ukazuje, Adam unosi się radością, rozpoznając w niej towarzyszkę we wszystkim podobną do siebie: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!” (tamże 23). Niewiasta stworzona, aby stać się pomocą dla mężczyzny, uzupełnia go, podobnie jak on ją uzupełnia. Ta sama natura ludzka, lecz zróżnicowana w obydwu płciach, które według planu Bożego mają wielkie zadanie dopełniać się, podtrzymywać wzajemnie i współpracować z Nim dla rozmnożenia rodzaju ludzkiego. Stąd wniosek: „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (tamże 24). Nierozerwalność małżeństwa tutaj ma swój korzeń, swoje głębokie i święte uzasadnienie. Kiedy faryzeusze będą pytali Jezusa o rozwód (Mk 10, 2-16), dozwolony przez Mojżesza w pewnych wypadkach, wtedy nie uczyni On żadnej różnicy, lecz zniesie go w sposób najbardziej bezwzględny odwołując się właśnie do tych słów Pisma. Pan oświadcza, że prawo Mojżeszowe było dane „przez wzgląd na zatwardziałość serc” ludzi (tamże 5), na początku zaś stworzenia nie było tak, Bóg bowiem stwarzając mężczyznę i niewiastę chciał, by byli złączeni „tak, by byli oboje jednym ciałem”. I kończy: „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela” (tamże 9). Kiedy uczniowie prosili Go o dalsze wyjaśnienie, Jezus potwierdził jeszcze tę naukę. W ten sposób nierozerwalność małżeństwa, potwierdzona już w zaraniu ludzkości, została w pełni odnowiona przez Pana. Ona zabezpiecza trwałość i świętość rodziny nie tylko dla dobra małżonków, lecz także dla dobra dzieci. Ewangelia dzisiejsza opatrznościowo kończy się urywkiem dotyczącym dzieci. Uczniów znudziło to nieustanne gromadzenie się małych wokół Mistrza, usiłowali więc je oddalić, a oto Jezus mówi: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże” (tamże 14); a biorąc je w objęcia i błogosławiąc, bez wątpienia przyjmował i błogosławił także matki, które je prowadziły. Zadaniem rodziców chrześcijańskich jest właśnie „wpajać chrześcijańskie nauki i ewangeliczne cnoty potomstwu przyjmowanemu z miłością od Boga” (KK 41). Naśladując ten przykład niewiast żydowskich, rodzice powinni prowadzić swoje dzieci do Jezusa, aby je błogosławił, aby wzrastając w Jego szkole, zachowały niewinność i kiedyś weszły do królestwa niebieskiego przygotowanego dla nich. W ten sposób małżeństwo przyczynia się do rozszerzenia królestwa Bożego, podobnie jak przyczynia się do tego, chociaż innymi drogami, dziewictwo poświęcone Bogu. Dwa różne powołania, lecz równie potrzebne i uzupełniające się. To, co rodzice czynią w obrębie rodziny dla wychowania chrześcijańskiego własnych dzieci, to samo ludzie poświęceni Bogu robią w społeczeństwie na rzecz dzieci innych ludzi, szczególnie najbardziej opuszczonych i potrzebujących przewodnictwa, by spotkać Jezusa i żyć według Ewangelii. Boże, Ty mocą swojej potęgi stworzyłeś wszystko z niczego, Ty wprowadziwszy ład na początku wszechświata dałeś człowiekowi stworzonemu na obraz Boży niewiastę jako nieodłączną pomoc, aby byli już odtąd oboje tylko jednym ciałem, a przez to pouczyłeś nas, że nigdy nie wolno rozłączyć tego, co z Twojego rozporządzenia miało jeden początek. Boże, Ty uświęciłeś związek małżeński przez tak podniosłą tajemnicę, że stał się on obrazem mistycznego związku Chrystusa z Kościołem. Z Twojej woli niewiasta łączy się z mężem, a związek ten, ustanowiony na początku, otrzymuje tak szczególne błogosławieństwo, iż go nie unicestwia ani kara za grzech pierworodny, ani wyrok potopu. Zwróć swoje dobrotliwe spojrzenie, o Panie, na każdą oblubienicę chrześcijańską, która jednocząc się ze swoim oblubieńcem, pragnie umocnienia Twoim błogosławieństwem. Niech ten związek będzie dla niej związkiem miłości i pokoju, aby mogła naśladować przykład świętej oblubienicy wychwalanej przez Pismo święte. Niech jej zawierzy serce oblubieńca; i uważając ją za towarzyszkę i współuczestniczkę życia łaski, niech odnosi się do niej zawsze z należytym uszanowaniem, miłuje ją, jak Chrystus umiłował swój Kościół. Udziel, o Panie, łaski, aby małżonkowie trwali niewzruszenie w wierze, wierni swoim obowiązkom i zawsze zjednoczeni, i jaśnieli nieskazitelnością życia. Umocnieni nauką Ewangelii niech się staną dla wszystkich prawdziwymi świadkami Chrystusa; obdarz potomstwem rodziców cnotliwych; niechaj oglądają potomstwo swych dzieci i doczekają się w końcu pogodnej starości, i osiągną życie wieczne w królestwie niebieskim (Mszał Polski: modlitwy mszy za nowożeńców). o. Gabriel od św. Marii Magdaleny, karmelita bosy
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Niedziela XXVIII tygodnia okresu zwykłego Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego. Wielbłąd nie zmieści się w uchu igielnym. Nie zaznają smaku życia wiecznego ci, którzy z niczego nie chcą zrezygnować i chcą posiąść królestwo Boże w taki sam sposób, w jaki posiada się kolejne rzeczy. Któż więc może się zbawić? U Boga wszystko jest możliwe. Jedynie w Nim warto złożyć nadzieję, jedynie On nie tylko spełnia obietnice, ale nadto daje wiele więcej. o.T.Z. Wielbłąd i ucho igielne Ile razy rozważam spotkanie Jezusa z bogatym młodzieńcem, tyle razy wspominam te wszystkie rozmowy, w których ludzie stawiali pytania, a w rzeczywistości wyczekiwali na aprobatę ich postawy. Pytanie: „Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” prowokowało do sprawdzenia, co pytający dotychczas uczynił. A kiedy oświadczył, że przykazań dekalogu przestrzegał od swojej młodości, czekał jeno na pochwałę. Uzyskał ją w spojrzeniu Jezusa pełnym miłości. Nie spodziewał się jednak żadnych nowych wymagań. On miał już dobrze ustawione życie. Odkrył wartość dekalogu, na wierności przykazaniom budował przyszłość i cieszył się błogosławieństwem Boga na ziemi. Był bogaty. Wierność przykazaniom miała mu zapewnić zbawienie. Przyszedł do Jezusa tylko dlatego, by uzyskać pieczątkę pod własną koncepcją życia doczesnego i wiecznego. On już wszystko wiedział. On nie zamierzał nic zmieniać. Starotestamentalny ideał doskonałości religijnej doskonale harmonizował ze szczęściem doczesnym, które opiera się w dużej mierze na bogactwie. Odpowiedź Jezusa była dla niego bardzo niemiłym zaskoczeniem. On jej nie szukał. Człowiek, który szuka, cieszy się, gdy znajdzie przewodnika znającego to, czego szuka. Młodzieniec nie szukał, był pewien, że jest na dobrej drodze wiodącej do królestwa Bożego. Czekał jeno na aprobatę. Wielu ludzi jest podobnych do tego człowieka. Pytają, ale nie dlatego że interesuje ich prawda, lecz dlatego że potrzebują akceptacji ich koncepcji życia, ich rozwiązań, na które się zdecydowali. Gdy ktoś nie podzieli ich zdania, odchodzą smutni i mają często pretensje do pytanego, iż zburzył im pokój wewnętrzny. Jezus, czysta Prawda, wiedział, kto przed Nim stoi. Podobał Mu się ten młodzieniec. Podobała się jego maksymalistyczna postawa. Stał przed Nim kandydat na apostoła — Jezus wezwał go do wejścia na drogę wiodącą do życia wiecznego. Do dekalogu dodał jednak jeden warunek. „Idź, sprzedaj wszystko, co masz i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!”. Innymi słowy, Jezus zażądał od niego wysłania wpierw do Domu Ojca swojego doczesnego bogactwa, a dopiero po tej wysyłce obiecuje i jemu możliwość dotarcia do nieba. Takiego rozwiązania młodzieniec się nie spodziewał i mimo że Mistrz spojrzał na niego z miłością, „odszedł od Niego zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości”. Jezus wykorzystał to spotkanie dla pouczenia uczniów o wielkim niebezpieczeństwie ukrytym w materializmie. Młodzieniec nie zdecydował się na propozycję Jezusa. Wolał nie ryzykować wysyłania swych dóbr do nieba. Został na walizkach, strzegąc ich zawartości. Chrystus demaskuje główną metodę działania zła. Ono oczarowuje ludzi bogactwem i każe im w pieniądzach złożyć swoją ufność. Czyni ich przez to niewolnikami. Obciążeni dobrami tego świata nie są w stanie wejść do królestwa Bożego. Jezus jak zawsze, tak i w tym wypadku operuje bardzo konkretnym obrazem: „Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego”. Obraz był tak szokujący, że uczniowie postawili pytanie: „Któż więc może się zbawić?”. Ich rozumowanie było poprawne. Wielbłąd przez ucho igielne nie przejdzie. Po ludzku sądząc nikt nie ma szans zbawienia. Jezus jednak uspokaja: „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga; bo u Boga wszystko jest możliwe”. Piotr chce mieć pewność, czy jego decyzja opuszczenia wszystkiego i pójścia za Chrystusem była mądrą decyzją. On zrealizował żądanie Jezusa, które tak zasmuciło młodzieńca. Mistrz go uspokaja. W ewangelicznym ubóstwie nie chodzi o to, by nic nie mieć, lecz o to, by być wolnym od dóbr doczesnych. Kto tę wolność posiądzie, już w tym życiu otrzyma „stokroć więcej”, a w przyszłym — życie wieczne. Kto wie, czy wielu ubogich ludzi Trzeciego Świata nie uprzedzi chrześcijan w królestwie niebieskim. Niejeden wykąpany w wodzie chrztu stanie przed bramą Domu Ojca jak wielbłąd przed uchem igielnym i stwierdzi, że przekroczenie tej bramy jest dla niego niemożliwe. Jezus kończy to pouczenie znamiennym ostrzeżeniem: „Wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi”. To w tym kontekście należałoby odczytać wszystkie wizyty papieskie w krajach Trzeciego Świata. Jan Paweł II pragnie, by ludzie odkryli wartość ubóstwa. Pamiętając o ewangelicznej igle wzywa bogatych, by wielbłądzie garby dóbr tego świata rozdali ubogim i mogli wejść do królestwa niebieskiego. Biednych natomiast zachęca, by odkryli zbawczy wymiar swego ubóstwa. Jest to jeden z głównych wątków jego papieskiego nauczania. Skuteczność Bożego słowa Słowo Boga jest skuteczniejsze i ostrzejsze od najbardziej nowoczesnego laserowego noża. Przenika aż do rozdzielenia duszy i ducha, a więc osiąga to, co dla nas jest niezwykle trudne, wciąż jeszcze w pełni niemożliwe. Nie umiemy oddzielić życia od ducha, nie potrafimy osądzić pragnień i myśli serca. To słowo stworzyło jednak ludzkie wolne serce, i mimo iż je przenika i zna, idealnie do samego dna, nie ingeruje w nie i nie przestawia nic, by nie naruszyć jego wolności. Szanuje ten skarb, bo on decyduje o osobowości człowieka i czyni zeń partnera Boga zdolnego do spotkania z Nim na płaszczyźnie przyjaźni. Dobrze to widać w spotkaniu Jezusa z bogatym człowiekiem, który wypełniony był pragnieniem osiągnięcia życia wiecznego. Jego życie moralne było na wysokim poziomie. Ta szlachetność zachowana „od młodości” spotkała się z radosnym przyjęciem przez Jezusa. Rzadko Ewangeliści notują, iż Jezus „spojrzał z miłością”. Marek podkreśla to mówiąc właśnie o tym spotkaniu. Ta miłość Chrystusa pozwala, a nawet każe postawić wysokie wymagania: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz... Potem przyjdź i chodź za Mną!”. Piękne serce wezwane do przyjaźni z Jezusem musiało dokonać wyboru. Przyjaźń za cenę rezygnacji ze wszystkiego, a mówiąc ściślej, za cenę zamiany dóbr tego świata na dobra wieczne. Bogaty człowiek stanął ze swą wolnością na rozdrożu. Bóg objawił mu perspektywę nowego, innego życia. Szanował jego wolność, nie wywarł żadnej presji, choć wiedział, że droga, którą wybiera, będzie drogą jego życiowej klęski. Szacunek dla wolności, jaką Bóg obdarzył część stworzonych przez siebie istot, stanowi jedyną granicę dla wszechmocy Bożego słowa, dodajmy granicę przez Niego samego ustanowioną. Jak niesamowitą wartością jest zatem nasza wolność, skoro to Słowo, które stwarza zdumiewająco wielki kosmos, puka jedynie do drzwi naszego serca i w progu przekazuje nam wiadomość o możliwości jego ubogacenia. Mimo iż doskonale wie, co w tym naszym sercu jest, nie wchodzi do niego, lecz czeka, aż zaprosi je do jego wnętrza. Gdybyśmy znali tajemnicę naszej wolności, którą szanuje sam Bóg, odkrylibyśmy wielkość naszej godności. Wolność nasza nie zwalnia nas jednak z odpowiedzialności za przyjęcie lub odrzucenie słowa Bożego. Zamknąć przed Bogiem drzwi swego serca może tylko głupiec. Wolność winna bardzo uważnie śledzić konsekwencje swoich decyzji, bo tylko ich dobra znajomość umożliwia trafność dokonanego wyboru. Słowo Boga jest wszechmocne, a człowiek może je odrzucić, nie na zasadzie swojej wszechmocy, lecz na zasadzie wolności. Jest to niezwykle głęboka tajemnica, do której trzeba nam wracać, i to często, jeśli chcemy wykorzystać w pełni zarówno wolność, jak i łaskę wszechmocnego Boga. Pod murem klauzurowego klasztoru ludzie marginesu społecznego urządzili sobie melinę. Dwa światy sąsiadujące ze sobą bardzo blisko. Grube mury, małe zakratowane okna dzielą dwie wspólnoty. W jednej spotykają się siostry zakonne, które odpowiedziały na łaskę Bożą, w drugiej mężczyźni i kobiety sięgające po grzech. O przynależności do jednego czy drugiego świata zadecydowała wola. Słowo Boga było skierowane do każdego. Jedni powiedzieli swoje „tak”, drudzy nie chcieli zrezygnować z karmienia swego ciała. Kochający Bóg delikatnie wspiera tych, którzy wybrali świat łaski. Cierpliwie czeka ze swym przebaczeniem na tych, którzy poszli swoimi drogami. Wolność opowiedzenia się po stronie Boga czy grzechu to jedna z najgłębszych tajemnic. Chwała każdemu, kto umie powiedzieć Bogu „tak”. ks.E.S. „Naucz nas, Panie, liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość...” (Ps 90, 12) Teksty Pisma świętego na dzień dzisiejszy mówią o wartości mądrości, przeciwstawiając ją bogactwu i podkreślając jej znaczenie. Pierwsze czytanie (Mdr 7, 7-11)” przytacza pochwalę mądrości, jaką wypowiedział Salomon, który ją cenił ponad wszelkie inne dobro. „Modliłem się i przyszedł na mnie Duch mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku” (tamże 7-9). Bogactwo jest wartością czysto ziemską i dlatego przemijającą; mądrość natomiast posiada wartość nieprzemijającą, „nie zna snu blask od niej bijący” (tamże 10), trwa na wieki. Nie chodzi tu jednak o mądrość ludzką, ale o mądrość pochodzącą od Boga jako promień Jego nieskończonej mądrości. Mądrość boska została dana ludziom przez słowo Boga, które jest jej pewnym przekaźnikiem. Jego cechy przedstawia drugie czytanie (Hbr 4, 12-13). „Żywe jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha... zdolne osądzać pragnienia i myśli serca” (tamże 12). Kto chce dać się prowadzić mądrości boskiej, powinien rozważać słowo Boże, zgodzić się, by ono przenikając serce oświecało je i oczyszczało, sądziło i pobudzało, by serce mogło odrzucać wszystko, co nie jest ze słowem zgodne. Nie można pozostać obojętnym wobec słowa Bożego; ono zobowiązuje człowieka, aby się opowiedział za lub przeciw niemu, a zatem, by okazał, czym jest wewnątrz. Ewangelia (Mk 10, 17-30) idzie jeszcze dalej i ukazuje wcielenie mądrości, przede wszystkim w Jezusie jako w Mądrości Ojca, a potem w Jego nauczaniu. Młodzieniec, który może oświadczyć, że przestrzegał przykazań, a więc że żył mądrze według słowa Bożego „od młodości” (tamże 20), przedstawia się Mistrzowi jako ktoś, kto pragnie uczynić jeszcze więcej. „Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: »Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną«„ (tamże 21). Jezus ukazuje mu najwyższą mądrość: wyrzec się wszystkich dóbr ziemskich, by naśladować wyłącznie Jego, Mądrość nieskończoną. Nie jest to obowiązek, lecz wyraźne zaproszenie, by „za nic uważać bogactwo” w porównaniu?. dobrami wiecznymi i naśladowaniem Chrystusa. Słowo Pana przenika serce młodzieńca i wywołuje w nim rozterkę. Niestety, wezwany nie opowiada się za Nim: „ale spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (tamże). Również Jezus zasmucił się i wyjaśnił: „Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego!” (tamże 23). Tutaj, jak i na innych miejscach Ewangelii, bogactwo okazuje się niepokonaną przeszkodą na drodze do zbawienia. Nie dlatego, że samo w sobie jest złe, lecz dlatego, że człowiek jest bardzo skłonny przywiązywać się do niego tak bardzo, że stawia je nad Boga. „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne — dodał Jezus — niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” (tamże 25). Uczniowie byli „zdumieni”; słowa Mistrza wydają się przesadne. On jednak nie wycofuje się, aczkolwiek pozwala mieć nadzieję, bo chociaż każdemu człowiekowi, a nie tylko bogatym, trudno jest się zbawić, to „u Boga wszystko jest możliwe” (tamże 27). Bóg nie odmawia swej łaski temu, kto prosi o nią z pokorną ufnością i wzywa pomocy Bożej, aby móc pokonać przeszkody, jakie stają mu na drodze. Szczęśliwi Apostołowie, którzy posiadając niewiele, nie wahali się opuścić wszystkiego: domu i sieci lub roli, matki i ojca, braci i sióstr, dla Chrystusa i dla Ewangelii. Modliłem się do Ciebie, o Panie, i dałeś mi zrozumienie, przyzywałem i przyszedł na mnie duch Mądrości. Przeniosłem ją nad berła i trony i w porównaniu z nią za nic miałem bogactwa. Nie porównałem z nią drogich kamieni, bo wszystko złoto wobec niej jest garścią piasku, a srebro przy niej ma wartość błota. Umiłowałem ją nad zdrowie i piękność fizyczną i wolałem mieć ją aniżeli światło, bo nie zna snu blask od niej bijący. Wraz z nią dałeś mi wszystkie dobra, o Panie; w jej ręku niezliczone bogactwa... jest ona dla ludzi skarbem nieprzebranym: ci, którzy go zdobyli, zjednali sobie Twoją przyjaźń i stali sip Tobie miłymi (Księga Mądrości 7, 7-11, 14). Jakże niczym jest wszystko, co czynimy lub co możemy uczynić dla Ciebie, Boże mój, który raczysz miłościwie zostawać w łączności z takim jak ja robakiem! A kiedy dana nam jest nadzieja, że już w tym życiu możemy się cieszyć Twym obcowaniem, dlaczegóż jeszcze czekamy? Czemu się ociągamy? O Panie, jaka jest siła zdolna powstrzymać nas, byśmy choć na chwilę zaprzestały za przykładem oblubienicy szukać Cię, o Panie, po ulicach i rynkach? Wszystko, co jest na świecie, jest złudzeniem, jeśli nam do tego celu nie dopomaga! I chociażby wiecznie trwać mogły wszystkie uciechy, bogactwa i rozkosze jego i chociażby były tak liczne, żeby przewyższały wszelką wyobraźnię — wszystko to śmieci i gnój w porównaniu z tymi skarbami, których posiadaniem cieszyć się mamy bez końca. A i te skarby jeszcze niczym są w porównaniu ze szczęśliwością posiadania Ciebie, Panie i Władco wszystkich skarbów nieba i ziemi. O ślepoto ludzka! Kiedyż już, kiedyż zejdzie nam z oczu ta ziemia?... Naucz nas, Panie, posługiwać się naszymi błędami przynajmniej w tym celu, abyśmy poznali głębiej naszą nędzę. Niech te błędy otworzą nam oczy i poprawią wzrok nasz wewnętrzny, na podobieństwo błota, którym pomazałeś oczy ślepego i uzdrowiłeś go. Spraw, abyśmy coraz wyraźniej widzieli nasze niedoskonałości i goręcej błagali Cię, abyś z nędz naszych wyprowadził dobro, iżbyśmy we wszystkim stali się przyjemnymi Tobie (św. Teresa od Jezusa: Twierdza wewnętrzna VI, 4, 10-11). o.G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Niedziela XXIX tygodnia okresu zwykłego Ci, którzy decydują się podążać za Jezusem, nieuchronnie będą z Nim dzielić Jego mękę i krzyż, a więc pić z Jego kielicha. I nie jest to kwestią zaszczytów ani hierarchii w bliskości z Panem, gdyż droga przyjaźni z Chrystusem to droga służby, kto chce być pierwszym, niech będzie sługą i niewolnikiem wszystkich. Stań się najmniejszy, stań się nieważny, stań się jak Chrystus. o.T.Zamorski OP Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą (Ps 33, 20) Liturgia eucharystyczna jest zawsze ofiarą, ponieważ jest pamiątką i celebracją Ofiary krzyżowej. Lecz dzisiejsza liturgia słowa szczególnie jasno ukazuje tę jej cechę, zwracając się całkowicie do tajemnicy męki i śmierci Jezusa. Pierwsze czytanie (Iz 53, 10-11) zapowiada ją w krótkich wierszach, które objawiają plan Boży względem „Sługi Pańskiego” będącego figurą Chrystusa. „Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem” (tamże 10), taka była wola Boga, który raczył dać swojego Jednorodzonego na zbawienie świata. Taką była wola Chrystusa, który dobrowolnie „wyda swe życie na ofiarę za grzechy” (tamże). Ta dobrowolna ofiara „usprawiedliwi wielu” (tamże 11), czyli zbawi mnóstwo ludzi, zbawi wszystkich, którzy chcą być zbawieni. Ceną będzie Jego śmierć, przez którą odpokutuje „ich nieprawości” (tamże). Istotnie grzech nie jest małą rzeczą, a miłość Boga ku ludziom nie jest ani żartem, ani gołosłownym stwierdzeniem, skoro dla odkupienia człowieka Bóg chciał, aby Jego Syn umarł na krzyżu. Śmierć przemieniła się w chwałę zmartwychwstania, lecz jedynie przez cierpienia i najstraszniejsze utrapienia. Ewangelia z dnia (Mk 10, 35-45) powtarza prośbę synów Zebedeusza w bolesnym kontraście z przemówieniem o męce, którą Jezus zapowiedział aż trzykrotnie: „Użycz nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie” (tamże 37). Człowiek stara się zawsze uciec przed cierpieniem, a zapewnić sobie zaszczyty. Lecz Jezus nie łudzi nikogo; kto pragnie mieć udział w Jego chwale, powinien pić z Nim gorzki kielich cierpienia: „czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” (tamże 38). Chociaż dwaj Apostołowie nie zrozumieli jeszcze tajemnicy krzyża, odpowiadają twierdząco: „Możemy” (tamże), a ich odpowiedź jest proroctwem. Kiedyś istotnie, gdy już zrozumieją głębokie wymagania płynące z naśladowania Chrystusa, potrafią cierpieć i umrzeć dla Niego; lecz chociaż to uczynią, będą musieli wyrzec się wszelkiego pragnienia pierwszeństwa. W Kościele Chrystusowym nie ma miejsca na nędzne współzawodnictwo pychy ani na chytre dążenie do osobistych celów, ani na zarozumiałość powodzenia, chwały, wywyższenia nad innych. Kto pozwala się opanować takim nieuporządkowanym pragnieniom, postępuje nie jak chrześcijanin, lecz jak poganin: „Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je — mówi Jezus —. .. nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich” (tamże 42-43). Jeśli może być wałka między chrześcijanami, to tylko o zajęcie miejsca wymagającego większej służby, lecz i to bez zarozumiałości. Nie wolno wynosić się nad innych, lecz trzeba raczej znikać. Jezus daje tego przykład, On, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (tamże 45). Zatem służyć niosąc krzyż za siebie i za innych, cierpieć, by odpokutować winy własne i drugich, ofiarować się z Jezusem „na okup za wielu”, za wszystkich. Św. Paweł, by zachęcić wierzących do niesienia krzyża (II czytanie: Hbr 4, I4-16), przypomina, że mają w Jezusie „Arcykapłana wielkiego”, który będąc podobnym we wszystkim do ludzi, zna ich słabości, doświadczywszy ich na wszelki sposób „z wyjątkiem grzechu”. Teraz zaś siedzi po prawicy Ojca i wstawia się za nimi. Podlegał cierpieniu jak oni, konał i drżał jak oni wobec cierpienia i śmierci, może więc nie tylko współczuć im, ale nawet spieszyć im z pomocą. „Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla uzyskania pomocy w stosownej chwili” (tamże 16). O Panie mój, gdy wspomnę na Twoje wielkie cierpienia i że wcale na nie nie zasługiwałeś, nie wiem, co mam powiedzieć o sobie? Nie wiem, gdzie miałam rozum wówczas, gdy uciekałam od krzyża, nie wiem, gdzie go mam i dzisiaj, gdy w czymkolwiek chcę uniewinniać siebie! Wiesz dobrze, o Najwyższe Dobro moje, że jeśli jest we mnie co dobrego, nie z innych rąk to otrzymałam, tylko z Twoich. Cóż Cię to kosztuje, Panie, czy mniej dasz czy więcej? Jeśliby Ci chodziło o zasługę moją, to również niegodną byłam tych łask, które mi już dałeś. Czy to rzecz podobna, bym ja pragnęła, aby ktokolwiek dobrze myślał o takim, jakim ja jestem, złym stworzeniu, kiedy tyle mówiono złego na Ciebie, który jesteś Dobrem nad wszystkie dobra? To byłoby nie do zniesienia, tego ścierpieć niepodobna, Boże mój! I nie zniosłabym tego, byś Ty ścierpiał w służebnicy Twojej cokolwiek, co by nie było przyjemnym w oczach Twoich. Moje oczy są ślepe, Panie; zdaje im się, że byle co już będzie Tobie przyjemne. Oświeć je, Ty, światłością Twoją! Spraw, niech pragnę być przez wszystkich wzgardzona za to, że również ja gardziłam Tobą, który mnie umiłowałeś taką wierną miłością. Lecz my jesteśmy tak bardzo skłonni wywyższać się, że chociaż nie ma nad kogo wywyższać się do nieba, jednak trudno uniżyć się nam w czymkolwiek. O Panie, Panie! Czyż Ty nie jesteś wzorem naszym i Mistrzem? Bez wątpienia, że jesteś. Na czymże więc Ty opierałeś cześć Twoją, Ty, który jesteś naszym zaszczytem? Ach, Panie!... Poniżając siebie aż do śmierci. W ten sposób nie tylko nic nie straciłeś, lecz przeciwnie, zyskałeś tym większą cześć i zyskałeś ją tym większą dla nas wszystkich (św. Teresa od Jezusa: Droga doskonałości 15, 5; 36, 5). o. G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
Niedziela XXX tygodnia okresu zwykłego - Rocznica poświęcenia własnego kościoła Nie wiemy, jak długo niewidomy żebrak Bartymeusz siedział przy drodze, prosząc o jałmużnę. W pewnym sensie siedział tam całe życie i czekał na tego jedynego Przechodnia, gdyż dopiero spotkanie z Jezusem odmieniło jego los. Dopiero Ten, który przywrócił mu wzrok i obdarował go światłem, nadał jego życiu nowy wymiar. Chrystus nieustannie przechodzi także przez nasze życie, nieustannie prosi nas o wiarę. o.T.Z.OP Kto idzie za Tobą, Panie, będzie miał światło życia (J 8, 12) Kościół dzisiaj obchodzi liturgię światła, radości, wiary; światło i radość z powrotu narodu wybranego z wygnania (I czytanie: Jr 31, 7-9). Bóg pamiętał o “reszcie Izraela”, która pozostała Mu wierną, i On sam stał się jego przewodnikiem w czasie podróży do ojczyzny. Wszyscy powracają, nawet najbardziej dotknięci kalectwem i cierpiący, także “niewidomy i chromy” (tamże 8), kiedy bowiem prowadzi Bóg, niewidomi są oświeceni, a chromi nie utykają. Piękny obraz wewnętrznego nawrócenia z ciemności i bezdroży grzechu. Po ślepocie duchowej i ciągłym chromaniu między dobrem a złem człowiek, oświecony światłem Bożym, może postępować prostą drogą wiodącą go do Boga. Powrót jego jest radosny jak powrót Izraela: “Wśród pociech ich przyprowadzę. Przywiodę ich do strumienia wody równą drogą — nie potkną się na niej. Jestem bowiem ojcem dla Izraela” (tamże 9). Tak Pan przemawia do swego ludu i tak przemawia do każdego człowieka, który się do Niego nawraca. Choć pierwsze kroki powrotu mogą być przykre i trudne, to Bóg jako miłościwy Ojciec wychodzi naprzeciw swojemu stworzeniu, pokrzepia je żywą wodą łaski, podtrzymuje w walce, usprawnia do drogi. Ewangelia z dnia (Mk 10, 46-52) podejmuje temat w dwojakim aspekcie: uzdrowienia i nawrócenia do Chrystusa pewnego niewidomego. Jezus wychodzi z Jerycha, Bartymeusz zaś, który siedział przy drodze żebrząc, woła do Niego: “Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” (tamże 47). Niektórzy chcą go uciszyć, lecz on woła jeszcze mocniej. Niewidomy na ciele, widzi w duchu i poznaje w Jezusie Mesjasza, “Syna Dawida”. Wiara nie pozwala mu milczeć; jest pewien, że w Jezusie znajdzie zbawienie. Zwrócony do Niego, zaledwie Mistrz go zawoła, odrzuca płaszcz, zrywa się na nogi i staje przed Nim. Pan go zapytuje: “Co chcesz, abym ci uczynił?” A on: “Rabbuni, żebym przejrzał” (tamże 51). Dialog niezmiernie krótki, lecz istotny, wyrażający ze strony Jezusa wszechmoc, a ze strony Bartymeusza wiarę. Zetknięcie się tych dwóch sił wywołuje cud: “natychmiast przejrzał” (tamże 52). Zgaszone oczy niewidomego rozjaśniają się i widzą Jezusa, widzieć Go i iść za Nim to jedno. Światłu zewnętrznemu odpowiada światło wewnętrzne i Bartymeusz idzie za Panem. Chrześcijanin jak on jest “oświecony” przez Chrystusa; wiara otworzyła mu oczy: dała mu poznać Boga i Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Lecz czy wiara ta jest w nim tak żywa, aby go pociągnąć na serio do służby Bogu, do naśladowania Chrystusa? Drugie czytanie (Hbr 5, 1-6) porusza inny temat: kapłaństwo, a w szczególności kapłaństwo Chrystusa. Chrystus jest najwyższym i wiecznym Kapłanem z woli Ojca, który udzielił Mu tej godności, ustanawiając Go Pośrednikiem między sobą a ludźmi. Nie można dojść do Boga nie przechodząc przez ten pomost łączący ziemię z niebem, przez główną drogę, jaką jest Pan Jezus. Nie można żyć wiarą niezależnie od Niego, On bowiem “w wierze nam przewodzi i ją wydoskonala” (Hbr 12, 2). Źródłem i pokarmem dla wiary jest słowo Jezusa, ono oświeca świat i daje “światło życia” (J 8, 12); jest Eucharystia, w której On daje jako pokarm wzmacniający i oświecający swoje Ciało niepokalane na zbawienie ludzi. Każde sprawowanie Eucharystii jest tajemnicą wiary. W niej wierzący spotyka Jezusa-Kapłana i ofiarę, która go posila i prowadzi do Ojca. O Boże, Ty, który dajesz światło cielesne oczom ciała, czyż nie możesz użyczyć czystym sercom niegasnącego światła całkowitej wytrwałości, w której nie ma jakichkolwiek braków?... “U Ciebie jest zdrój życia, a w światłości Twojej będziemy oglądać światłość”... O Słowo, Ty jesteś zdrojem, a zarazem światłością... Dla spragnionego jesteś zdrojem, dla ślepego światłem. Spraw, aby otwarły się moje oczy, aby widzieć światło, aby otwarły się usta mojego serca, aby pić ze źródła. Piję to, co widzę i słyszę. Boże mój, Ty jesteś wszystkim dla mnie, jesteś wszystkim, co miłuję... Ty jesteś wszystkim dla mnie; jeśli jestem głodny, jesteś dla mnie chlebem, jeżeli jestem spragniony, jesteś dla mnie wodą, jeżeli pozostaję w ciemnościach, jesteś dla mnie światłem, które nie zanika, jeżeli jestem nieodziany, jesteś dla mnie szatą nieśmiertelności, gdyż to, co skazitelne, przyoblecze się w nieskazitelność, a to, co jest śmiertelne, przyodzieje się w nieśmiertelność (św. Augustyn). Panie Jezu, połóż ręce na moje oczy, abym zaczął patrzeć nie na te rzeczy, które można widzieć, lecz na te, których się nie widzi. Otwórz mi oczy, abym nie utkwił ich w teraźniejszości, lecz w przyszłości; uczyń jasnym spojrzenie serca, które ogląda Boga w duchu (zob. Orygenes). o. G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
Piątek XXX tygodnia okresu zwykłego - wspomnienie obowiązkowe wszystkich wiernych zmarłych Tam, gdzie człowiek czuje się bezradny, najpełniej objawia się moc Boża. Gdy niewiasty, przygnębione śmiercią Jezusa, stają z lękiem przy Jego grobie, aniołowie ogłaszają im dobrą nowinę o Jego zmartwychwstaniu. Także my, stając dziś nad grobami naszych zmarłych, przyjmijmy dobrą nowinę o tym, że „w Chrystusie wszyscy będą ożywieni”. Nasza niemoc spotka się nie z pustką, lecz z miłością Boga, którego każdy z nas zobaczy twarzą w twarz i który przygarnie nas tak samo, jak dziś przygarnia naszych zmarłych. M.Majdan Wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych O Panie, ci którzy są Tobie wierni, będą przy Tobie trwali w miłości (Mdr 3,9) Wczoraj Kościół pielgrzymujący na ziemi czcił chwałę Kościoła niebieskiego prosząc o przyczynę Święty ch3 a dzisiaj łączy się w modlitwie za swoje dzieci, które „dokonawszy żywota, poddają się oczyszczeniu” (KK 49). Dopóki będzie trwał czas, Kościół będzie się składał z trzech grup: z błogosławionych, którzy już cieszą się oglądaniem Boga, ze zmarłych, którzy potrzebują oczyszczenia, ale jeszcze go nie dostąpili, i z pielgrzymów, poddanych próbie życia doczesnego. Między jednymi i drugimi istnieje głęboki rozdział, nie przeszkadzający jednak duchowej łączności, „wszyscy bowiem,, którzy są Chrystusowi... zrastają się w jeden Kościół i zespalają się wzajemnie ze sobą w Chrystusie. Łączność zatem pielgrzymów z braćmi, którzy zasnęli w pokoju Chrystusowym, bynajmniej nie ustaje, przeciwnie... umacnia się jeszcze dzięki wzajemnemu udzielaniu sobie dóbr duchowych” (tamże). Jakie to są owe dobra? Święci wstawiają się za braćmi, którzy walczą tutaj na ziemi, i zachęcają ich swoim przykładem; pielgrzymujący zaś proszą, aby przyspieszyć wieczną chwałę zmarłych braci, oczekujących wprowadzenia do niej. Jest to obcowanie Świętych w akcie: Świętych w niebie, w czyśćcu, na ziemi: wszystkich Świętych, chociaż w stopniu bardzo różnym, dzięki łasce Chrystusa, która ich ożywia i jednoczy. W perspektywie tej pocieszającej rzeczywistości śmierć nie przedstawia się jako zniszczenie człowieka, lecz jako przejście, co więcej, jako narodzenie do prawdziwego życia, życia wiecznego. „Wiemy, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom... wiecznie trwały w niebie” (2 Kor 5, 1; II czytanie z III Mszy). Ulegnie zniszczeniu ciało, przybytek doczesnego mieszkania, lecz duch będzie żył u Boga, dopóki na końcu czasów również i ciała nie zmartwychwstaną mocą Chrystusa, który oświadczył: „to jest wolą Ojca mego, aby każdy... kto wierzy w Syna, miał życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 40). Pielgrzymi na ziemi, zmarli w czyśćcu i błogosławieni w niebie, jesteśmy wszyscy w drodze do ostatecznego zmartwychwstania, które uczyni nas w pełni uczestnikami paschalnej tajemnicy Chrystusa, Teraz, gdy jesteśmy nimi częściowo, modlimy się jedni za drugich, a przede wszystkim składamy ofiary za naszych zmarłych, ponieważ „jest to myśl święta i pobożna modlić się za zmarłych, aby zostali uwolnieni od grzechów” (2 Mch 12, 46). Panie i Boże, nie można pragnąć dla innych więcej, niż pragnie się dla siebie samych. Dlatego błagam Cię: nie oddzielaj mnie po śmierci od tych, których tak czule kochałem na ziemi. Spraw, o Boże, błagam Cię, aby tam, gdzie powinienem się znaleźć, znaleźli się inni razem ze mną, abym tam w górze mógł radować się ich obecnością, tym bardziej, że tak szybko zostałem pozbawiony jej na ziemi. Błagam Cię, o Boże Najwyższy, pospiesz się przyjąć te umiłowane dzieci na łono życia. Za ich życie ziemskie tak krótkie udziel im łaski posiadania szczęśliwości wiecznej (św. Ambroży). O Panie i Stwórco wszechświata, a szczególnie człowieka stworzonego na Twój obraz; Boże ludzi. Ojcze... Panie życia i śmierci; Ty zachowujesz i napełniasz dobrodziejstwami nasze dusze; Ty wypełniasz i przemieniasz każdą rzecz przez dzieło Twojego Słowa, w godzenie postanowionej i według ekonomii Twojej mądrości; przyjmij dzisiaj naszych zmarłych braci jako pierwociny naszej pielgrzymki... Obyś Ty mógł przyjąć nas w chwili, w jakiej Ci się spodoba, potem, kiedy już nas prowadziłeś i pozostawiłeś w ciele na czas, jaki zdał Ci się pożyteczny i zbawienny. Obyś mógł przyjąć nas przygotowanych dzięki Twojej bo jaźni, bez niepokoju i wątpliwości, w dzień ostateczny. Spraw, abyśmy nie opuszczali z przykrością rzeczy doczesnych, jak to czynią ci, którzy są zbyt przywiązani do świata i ciała; spraw, abyśmy przeszli zdecydowani i szczęśliwi do życia drugiego i szczęśliwego, jakie jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym, któremu należy się chwała na wieki wieków. Amen (św. Grzegorz z Nazjanzu). o. Gabriel
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
Skąd w Kościele Dzień Zaduszny? Dzisiaj szczególnie modlimy się do Boga, by zmarli mieli udział w Chrystusowym zwycięstwie nad śmiercią. Ci zmarli, którzy po śmierci doświadczają czyśćca, są już bezpieczni, bo znaleźli się w Bożych rękach. Potrzeba szczególnej modlitwy dotyczy zwłaszcza tych, którzy po śmierci potrzebują oczyszczenia w miłości, czyli czyśćca nazywanego "przedsionkiem nieba". Dogmat o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił na Soborze w Lyonie w 1274 r., a potwierdził i wyjaśnił na Soborze Trydenckim (1545-1563) w osobnym dekrecie. Opiera się na przesłankach zawartych w Piśmie św. oraz na sięgającej II wieku tradycji kościelnej. Duży wkład w rozwój nauki o czyśćcu wniósł św. Augustyn. Dogmat podkreśla dwie prawdy: istnienie czyśćca jako pośmiertnej kary za grzechy oraz możliwość i potrzebę modlitwy i ofiary w intencji dusz czyśćcowych. Ci zmarli, którzy po śmierci doświadczają czyśćca, są już bezpieczni, bo znaleźli się w Bożych rękach. Mogą być pewni zbawienia, na którego pełnię muszą się jeszcze przygotować. Czyściec jest wyrazem Bożego miłosierdzia, które oczyszcza tych, którzy za życia na ziemi nie wydoskonalili się w pełni w miłości do Boga, bliźniego i samego siebie. Stanu czyśćca nie należy pojmować jedynie jako kary, lecz jako przygotowanie do pełnego zjednoczenia z Bogiem w niebie. Aby zmarli mieli udział w Chrystusowym zwycięstwie nad śmiercią, oczyszczenie winno być całkowite. Przez czyściec przechodzą dusze, które zeszły z tego świata w grzechach powszednich i nie odbyły jeszcze na ziemi całej doczesnej kary za grzechy. Istotą kary doświadczanej po śmierci wydaje się tymczasowa rozłąka z Bogiem i oczekiwanie na spotkanie z Nim. Dusza ludzka, poznając po śmierci Boga jako pełnię miłości, pragnie zjednoczenia z Nim, a równocześnie rozpoznaje, że jeszcze nie jest tego godna, i szuka możliwości oczyszczenia. Bóg w swoim miłosierdziu odpowiada na to pragnienie poprzez działanie, które nazywamy czyśćcem. W związku z okresem modlitw za zmarłych można uzyskać dla nich odpusty. Należy nawiedzić pobożnie cmentarz w dniach 1-8 listopada i modlić się za dusze zmarłych, przy zachowaniu stałych warunków odpustu: stanu łaski uświęcającej, przyjętej w tym samym dniu Komunii św., wolności od przywiązania do grzechu (nawet lekkiego) i modlitwy w intencjach Ojca Świętego (np. "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario"). W samym dniu 2 listopada - przy zachowaniu tych samych warunków - również można uzyskać odpust za zmarłych związany z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniem w nich modlitwy "Ojcze nasz" i "Wierzę w Boga". Patrząc na historię, pamięć o zmarłych była czczona już w czasach pogańskich. W Rzymie obchodzono pogańskie rytuały w lutym każdego roku. Chrześcijanie przejęli tę cześć obrzędów, która nie była sprzeczna z wiarą. Wspominano najbliższą rodzinę. Powszechne wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych spotykamy dopiero w VII wieku. Narodziny Dnia Zadusznego przypadają na 998 r., kiedy to w klasztorach podległych opactwu Cluny zaczęto obchodzić 2 listopada wspomnienie zmarłych. Poprzez kluniackie klasztory zwyczaj rozpowszechnił się na północ od Alp. Dotarł także do Rzymu, ale dopiero około XII wieku. Z kolei w XV wieku wśród hiszpańskich dominikanów rozpowszechnił się zwyczaj odprawiania w tym dniu trzech Mszy św. przez każdego z kapłanów. Stopniowo papieże rozciągnęli ten przywilej wielokrotnego odprawiania Mszy św. na cały Kościół. W obliczu Bożego Miłosierdzia, któremu zawierzamy zmarłych, istotne wydaje się nie tyle nastawienie ilościowe na wielokrotne sprawowanie tego dnia Eucharystii, ale głęboka wiara wypływająca z przeżywania paschalnej tajemnicy Chrystusa. Kościół w modlitwie z ufnością zwraca się do Boga, by zmarli mieli udział w Chrystusowym zwycięstwie nad śmiercią. KAI
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
załączniki:
Niedziela XXXI tygodnia okresu zwykłego Co czynić, aby nasze życie było udane? Słowo Boże podkreśla dziś znaczenie przykazań Bożych, a zwłaszcza przykazania miłości Boga i bliźniego. Skąd jednak czerpać motywację do ich przestrzegania, kiedy przytłacza nas własna słabość i grzeszność? Ostateczną odpowiedzią Boga na nasze poszukiwanie szczęścia nie jest przepis, lecz osoba Jezusa Chrystusa, który z miłości ofiarował samego siebie za nasze grzechy. Tylko przyjmując Jego miłość, możemy naprawdę kochać siebie i bliźnich, żyjąc w bliskości królestwa Bożego. M. Majdan Miłuję Cię, Panie, mocy moja, Boże mój, ostojo moja (Ps 18, 2-3) Liturgia dzisiejsza wykazuje ciągłość między Starym a Nowym Testamentem a zarazem nowość tego ostatniego. W Księdze Powtórzonego Prawa (6, 2-6) czytamy pierwsze sformułowanie przykazania miłości: „Słuchaj, Izraelu: Pan jest naszym Bogiem — Pan jedyny. Będziesz miłował twojego Boga, Pana, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (tamże 4-5). Te same słowa powracają w dzisiejszej Ewangelii (Mk 12, 28-34) jako odpowiedź Jezusa dana uczonemu, pytającemu Go, „które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?” (tamże 28). Słowa te były dobrze znane Żydom, powtarzali je bowiem dwa razy w ciągu dnia jako modlitwę ranną i wieczorną. Pierwsze słowo: „Słuchaj” — od którego ta modlitwa wzięła nazwę — było wezwaniem do rozważania przykazania Pańskiego i do odmierzania nim własnego życia. Istotnie, modlić się to nie znaczy tylko wzywać Boga i prosić Go o łaski, lecz przede wszystkim słuchać Go: słyszeć Jego słowo, rozważać je i być mu posłusznym. Jezus również położył nacisk na to pełne i życiowe pojęcie modlitwy: „Nie każdy, który mi mówi: «Panie, Panie», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Jezus podejmując dawne przykazanie nadaje mu nowe znaczenie. Przede wszystkim odłącza je od całokształtu drugorzędnych przepisów i stawia ponad wszelkie przykazania, a następnie łączy z przykazaniem miłości bliźniego i stwierdza z powagą: „Nie ma innego przykazania większego od tego” (Mk 12, 31). Uczony w Piśmie, który Go o to zapytał, stwierdza i wnioskuje mądrze, że miłować Boga ze wszystkich sił, bliźniego zaś jak siebie samego, „daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary” (tamże 33). W jego słowach brzmi głos proroków, którzy nieustannie stwierdzali bezużyteczność kultu, którego nie ożywiałaby miłość. Boga należy czcić modlitwą i ofiarami, lecz one nie są miłe Bogu, jeśli nie pochodzą z serc miłujących Go szczerze i razem z Nim kochających bliźniego. Bóg jest miłością; całe stworzenie jest owocem Jego miłości. Człowiek stworzony z miłości, żyje dzięki miłości, która go zachowuje przy istnieniu i napełnia swoimi darami. Ponieważ miłość jest źródłem jego życia, człowiek nie może nie kochać, miłość jest dla niego zasadniczym wymaganiem i nierozłącznym obowiązkiem, odpowiednim do jego natury. Przede wszystkim powinien kochać Miłość, która go stworzyła, Boga Najświętszego; a otrzymawszy od Niego wszystko, logiczne jest, aby Go miłował nie tylko jakimś westchnieniem, lecz „całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (tamże). Ponadto, stworzony na obraz Boga miłującego wszystkie stworzenia, człowiek powinien rozciągnąć swoją miłość na wszystkich do siebie podobnych. Jezus, istotnie łącząc miłość bliźniego z miłością Boga, uwolnił ją od wszelkiego zacieśnienia; uczył, że bliźni to nie tylko krewny, przyjaciel, sąsiad, współziomek, lecz także nieprzyjaciel, obcokrajowiec, nieznajomy, czyli każdy człowiek. Potwierdził to własnymi słowami, lecz jeszcze więcej własnym przykładem, oddając życie za wszystkich ludzi, umierając za nich, gdy jeszcze byli nieprzyjaciółmi (Rz 5, 8). „Jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować... Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała” (1 J 4, 11-12). Słowa św. Jana pogłębiają wniosek uczonego w Piśmie i uzupełniają go. Apostoł zrozumiał całą doniosłość przykazania miłości i łączność Życiową między miłością ku Bogu a miłością ku bliźniemu — do tego stopnia, że twierdzi, iż pierwsza jest doskonała tylko wtedy, gdy towarzyszy jej druga. Kto tak żyje przykazaniem miłości, jest nie tylko „niedaleko od królestwa Bożego” (Mk 12, 34), jak powiedział Jezus do uczonego, lecz odnajduje je w swoim wnętrzu, ponieważ „kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4,16). Miłuję Cię, Panie, mocy moja! Udziel mi łaski, abym strzegł dróg Twoich i nie odchodził przez grzech od Ciebie. Spraw, abym miał przed sobą wszystkie Twoje przykazania i nie odrzucał od siebie Twoich poleceń. Droga Twoja, o Boże, jest nieskalana; słowo Twoje jest czyste; Tyś jest tarczą dla wszystkich, którzy do Ciebie się chronią. Niech żyje Pan! Moja skała niech będzie błogosławiona! Niech będzie wywyższony Bóg, mój zbawca (zob. Psalm 18, 2.22-23. 31. 47). Szerokie jest bardzo Twe przykazanie, Panie... Ty mnie pouczasz, że szerokością tego przykazania jest miłość, bo gdzie jest miłość, tam nie ma ciasnoty.,. O Panie, daj mi mieszkać w tej szerokości... Daj mi miłować to, czemu człowiek nie potrafi zaszkodzić. Daj mi kochać Ciebie, Boże mój, kochać braterstwo, kochać Twoje prawo, kochać Twój Kościół, daj, abym kochał miłością, która będzie wieczna... Udziel nam łaski, o Boże, abyśmy miłowali się wzajemnie. Spraw, abyśmy miłowali wszystkich ludzi, również naszych nieprzyjaciół, nie jakoby byli już braćmi, lecz aby nimi się stali. Spraw, abyśmy zawsze zapalali się w braterskiej miłości, czy to względem tego, który już jest naszym bratem, czy to względem wroga, aby się stał bratem przez miłość. Daj mi zrozumieć, że zawsze, ilekroć kocham brata, kocham przyjaciela. Jest on już ze mną, jest już złączony ze mną w jedności rozciągającej się na wszystkich ludzi... Spraw, o Panie, abym ze swej strony kochał, a kochał miłością prawdziwie braterską... Cała moja miłość niech zwraca się ku chrześcijanom, ku wszystkim Twoim członkom, o Chryste Jezu... Spraw, aby moja miłość ogarnęła z miłości ku Tobie cały świat, bo członki Twoje rozpościerają się po całym świecie (św. Augustyn). o. G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
II Niedziela Adwentu W codziennym życiu zdarza się nam spotykać ludzi bardzo krytycznych i wymagających, którzy łatwo dostrzegają nasze wady i błędy, obnażając je ciętym językiem. Zazwyczaj nie darzymy ich sympatią, często wręcz ich ignorujemy. A przecież mają oni w sobie coś z Jana Chrzciciela, surowego proroka wzywającego do nawrócenia. Surowość, z jaką drugi człowiek widzi nasze wady i błędy, nie zawsze jest wynikiem jego stronniczości. Często może być reakcją na naszą zatwardziałość serca i wezwaniem do przemiany życia. ks. J.Konarski „Przygotujcie drogi; Panu, prostujcie Jemu ścieżki!” (Łk 3, 4) „Złóż Jeruzalem, szatę smutku i utrapienia swego, a przywdziej wspaniałe szaty chwały, dane ci na zawsze przez Pana. Oblecz się płaszczem sprawiedliwości, pochodzącej od Boga... Z radością bowiem Bóg poprowadzi Izraela do światła swej chwały z właściwą sobie sprawiedliwością i miłosierdziem” (Ba 5, 1–2. 9), Baruch prorok językiem poetyckim wzywa Jerozolimę, zniszczoną i opuszczoną wskutek wygnania jej synów, do radości, albowiem zbliża się dzień odkupienia i powróci do niej lud przyprowadzony przez samego Boga. Jerozolima jest figurą Kościoła. Również on cierpi wskutek oddalenia się i zguby tylu swoich synów, a więc i on w Adwencie jest wezwany, aby ożywił nadzieję ufając Zbawicielowi, który przez coroczne święto Bożego Narodzenia odnawia mistycznie swoje przyjście, by zbawić go z całym jego ludem. Grzech oddala ludzi od Boga i od Kościoła. Drogę powrotu przygotował sam Bóg przez wcielenie swego Jednorodzonego. W Adwencie zaś cały nowy lud Boży wyrusza Mu naprzeciw. Prorocy mówili o drodze, jaką należałoby przeprowadzić przez pustynię, aby ułatwić powrót wygnańcom. Lecz kiedy Jan Chrzciciel podejmuje ich przepowiadanie i jawi się na brzegu Jordanu jako „głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie Jemu ścieżki” (Łk 3, 4), nie zachęca już do zbudowania drogi materialnej, lecz do przygotowania serc i przyjęcia Mesjasza, który już przyszedł i ma rozpocząć swoją działalność. Dlatego Jan obchodził okolice „i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów” (tamże 3). Nawrócić się, to znaczy oczyścić się z grzechu, wyprostować krzywizny serca i umysłu, wypełnić doliny niestałości i kaprysu, obalić dążenia pychy, zwyciężyć opory egoizmu, wygładzić szorstkości w obcowaniu z bliźnim, jednym słowem, uczynić życie własne prostą drogą do Boga, bez wybojów i kompromisów. Programu tego nie da się wyczerpać w Adwencie, lecz podczas każdego Adwentu należy go wypełniać w nowy i głębszy sposób, by przygotować się na przyjście Zbawiciela, W ten sposób „wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże” (tamże 6). Nawrócenie osobiste nakłada również obowiązek pracy dla dobra braci i wspólnoty. To jest wniosek wypływający z drugiego czytania. Św. Paweł raduje się wraz z Filipianami z ich udziału w szerzeniu Ewangelii i modli się o to, aby miłość ich doskonaliła się coraz bardziej i aby stali się „czyści i bez zarzutu na dzień Chrystusa, napełnieni plonem sprawiedliwości” (Flp 1, 10–11). Eschatologiczna perspektywa występuje w tych wierszach zgodnie z duchem Adwentu i jest nowym wezwaniem do szybkiego nawrócenia siebie i innych, aby dokonało się „do dnia Chrystusa Jezusa” (tamże 6). Trzeba jednak pamiętać, że zbawienie własne i innych jest raczej dziełem Boga niż dziełem człowieka. Człowiek powinien z oddaniem współpracować, lecz to sam Bóg inicjuje i doprowadza do końca tak wielkie dobro (tamże). Tylko z pomocą łaski człowiek może być „napełniony plonem sprawiedliwości” na dzień ostateczny, bo sprawiedliwość, czyli świętość, nabywa się tylko „przez Jezusa Chrystusa” (tamże 11) otwierając się z pokorą i ufnością na Jego uświęcające działanie. Pobudź, Boże, nasze serca do przygotowania dróg Jednorodzonemu Synowi Twojemu, abyśmy dzięki Jego przyjściu mogli Ci służyć w czystości duszy. O Panie Jezu, przez pierwsze swoje przyjście w ludzkiej naturze, spełniłeś odwieczne postanowienie, a nam otworzyłeś drogę wiecznego zbawienia. Spraw, kiedy ponownie przyjdziesz w blasku swej chwały, abyśmy w dniu ostatecznym mogli w pełni światłości otrzymać obiecane dary, których teraz czuwając z ufnością oczekujemy (Mszał Polski: kolekta i 1. prefacja). O Panie, nie chełpię się z mych uczynków... nie chwalę się dziełem moich rąk, lękam się, że kiedy Ty je zaczniesz badać, znajdziesz więcej grzechów niż zasług. O jedną rzecz tylko proszę, jedno tylko powiem, jedno tylko pragnę otrzymać: abym nie gardził dziełem rąk Twoich. Spojrzyj we mnie na swoje dzieło, a nic na moje; patrząc bowiem na moje, potępisz mnie; patrząc na swoje, wynagrodzisz mnie. Albowiem ile jest dobrego we mnie, wszystko pochodzi od Ciebie, a zatem więcej jest Twoje niż moje... przez łaskę zostałem zbawiony za pośrednictwem wiary, i nic dla moich zasług, lecz z Twojej dobroci; nie przez własne uczynki, abym przypadkowo nic miał się czym chełpić. Jestem Twoim dziełem, Ty utworzyłeś mnie w łasce swojej razem z moimi dobrymi uczynkami (św. Augustyn). o. Gabriel
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
III Niedziela Adwentu Uporczywe wołanie Jana Chrzciciela, obrazy, którymi się posługuje, i radykalizm jego świadectwa mogą stworzyć wrażenie, że nawrócenie jest czymś trudnym czy wręcz niewykonalnym. Tymczasem gdy ludzie pytają go, na czym konkretnie ma polegać przemiana życia, Jan Chrzciciel udziela prostych odpowiedzi. Jego polecenia są zdroworozsądkowe i nieprzekraczające ludzkich możliwości. Nawrócenie nie jest dokonywaniem rzeczy niemożliwych, lecz odkrywaniem prostoty codziennego życia z Bogiem. ks. J. Konarski PATRONI DNIA: Święta Adelajda, cesarzowa urodziła się w 931 lub 932 r. jako córka Rudolfa II, króla Burgundii. Gdy miała 16 lat, została wydana za Lotara, króla Włoch. Dała mu córkę, Emmę. Owdowiała mając 20 lat. Potem wyszła za Ottona I. Dała mu troje dzieci, wśród nich jego następcę, Ottona II. Papież Jan XII w Boże Narodzenie 962 roku dokonał w bazylice św. Piotra uroczystej koronacji Ottona I na pierwszego cesarza Niemiec. W 973 roku Adelajda po raz drugi została wdową. W 983 r. Adelajda stała się regentką w zastępstwie jeszcze małoletniego cesarza, Ottona III. Ujawnił się w całej pełni jej zmysł organizacyjny, mądrość i roztropność, umiejętność dobierania ludzi na odpowiednie stanowiska. Wyróżniała się przy tym wielkim miłosierdziem i hojnością w przeznaczaniu dóbr na cele kościelne. Korzystając z pełnego cesarskiego skarbca, wystawiła kilkanaście opactw i klasztorów. Zmarła 16 grudnia 999 roku. „Oto Bóg jest zbawieniem moim! Będę miał ufność i nie ulękną się” (Iz 12, 2) Wobec zbliżającego się Bożego Narodzenia liturgia wzywa nas do radości z powodu wielkiego wydarzenia zbawczego, które niedługo będzie obchodzić, nie przestając równocześnie nawoływać do nawrócenia. O radości mówią dwa pierwsze czytania. „Wyśpiewuj, Córo Syjońska! Podnieś radosny okrzyk, Izraelu! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem!” (So 3, 14). Powodem tak wielkiej radości jest nie tylko odnowienie Jerozolimy, lecz mesjańska obietnica, która daje zakosztować prorokowi obecności Boga wśród swojego ludu: „Owego dnia powiedzą... Pan, twój Bóg, pośród ciebie; On Mocarz i Zbawiciel” (tamże 16–17). „Ów dzień” tak radosny będzie dniem narodzenia Jezusa w Betlejem. Wówczas Pan będzie obecny na świecie w sposób realny, stając się człowiekiem między ludźmi, aby być Zbawicielem wszystkich. Jeśli Jerozolima radowała się oczekując „owego dnia”, Kościół każdego roku wspomina go z radością o wiele większą. Tam była obietnica i nadzieja, tutaj jest rzeczywistość, fakt dokonany. Nie wyklucza to jednak nadziei, ponieważ człowiek jest zawsze w drodze do Pana, który już przyszedł w ciele, a powróci w chwale na końcu czasów. Pielgrzymowanie Kościoła zamyka się między tymi dwoma wydarzeniami, I jak Kościół raduje się z pierwszego, tak też weseli się z powodu ostatniego i zachęca swoich synów do radowania się z nim: „Radujcie się zawsze w Panu; jeszcze raz powtarzam: radujcie się!... Pan jest blisko!” (Flp 4, 4–5). Blisko, ponieważ już przyszedł, blisko, bo powróci; blisko, bo temu, kto Go szuka z miłością, z okazji każdego Bożego Narodzenia przynosi nową łaskę, aby mógł odkryć Pana i zjednoczyć się z Nim na nowo i jeszcze ściślej. Św. Paweł, jako przygotowanie na przyjście Pana, razem z radością zaleca dobroć: „Niech będzie znana wszystkim ludziom wasza wyrozumiała łagodność” (tamże 5). Kładzie na to nacisk Ewangelia poprzez przepowiadanie Jana Chrzciciela przygotowujące ludzi na przyjście Mesjasza. „Cóż więc mamy czynić?” (Łk 3, 10), pytały go tłumy, które się schodziły, by go słuchać. A on odpowiadał: „Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni” (tamże 11). Miłość ku bliźniemu złączona z miłością ku Bogu jest punktem centralnym nawrócenia. Człowiek egoista, zatroskany tylko o swoje sprawy, musi zmienić swoje nastawienie i zwrócić się ku potrzebom i dobru braci. Również celnikom i żołnierzom, którzy go pytali, Jan stawiał program sprawiedliwości i miłości: nie pobierać więcej ponad to, co się należy, nie znęcać się, nie uciskać bliźniego, poprzestawać na swojej zapłacie. Chrzciciel nie żądał wielkich czynów, lecz miłości bliźniego, objawiającej się konkretną wielkodusznością względem potrzebujących i uczciwością w wykonywaniu własnego zawodu. To był wstęp do przykazania miłości, na które Jezus miał położyć tak wielki nacisk. Wystarczy stanąć całym sercem na tej drodze, by przygotować się godnie na Boże Narodzenie. Jezus rodząc się pragnie być przyjętym nie tylko osobiście, lecz w każdym człowieku, a przede wszystkim w ubogich, uciśnionych, z którymi tak chętnie się utożsamia: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść... byłem nagi, a przyodzialiście Mnie” (Mt 25, 35–36). Oczekujemy dnia rocznicy Twego Narodzenia, o Jezu, i według Twojej obietnicy ujrzymy je niebawem... Spraw, aby nasza dusza, wznosząc się ponad siebie samą, zerwała się upojona radością na Twoje spotkanie, gdy przychodzisz, zwrócona całkowicie naprzód z gwałtownym żarem, pragnąc kontemplować to, co ma przyjść... O Panie, przyjdź do nas, jeszcze przed Twoim adwentem, zanim ukażesz się całemu światu, przyjdź i nawiedź nasze serce... Przyjdź teraz i nawiedź nas w czasie miedzy pierwszym a ostatnim Twoim przyjściem, aby Twoje pierwsze przyjście nie było dla nas bezużyteczne, a ostatnie nie przyniosło nam wyroku potępienia. Swoim obecnym przyjściem starasz się poprawić naszą pychę, upodabniając nas do swojej pokory, tak jak ją objawiłeś podczas Twojego pierwszego przyjścia. Wówczas będziesz mógł przemienić nasze nędzne ciało, czyniąc je podobnym do Twojego ciała chwalebnego, które okaże się w chwili Twojego powrotu przy końcu wieków. Dlatego błagamy Cię naszą żarliwą modlitwą i z zapałem: przygotuj nas, abyśmy zasłużyli na te odwiedziny osobiste, jakie nam daje łaska pierwszego przyjścia, a obiecuje chwała ostatniego. Ponieważ Ty, o Boże miłujesz miłosierdzie i prawdę, dasz nam łaskę i chwałę. W miłosierdziu swoim udzielisz nam łaski, a prawdzie swojej nie poskąpisz chwały (zob. Guerrico D’Igny). o. G.
Podoba się : niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik, niezalogowany użytkownik,
do góry ↑

Dodaj odpowiedź

załącz pliki »